Reklama

Rodzice z planety niedoboru

Rodzice z planety niedoboru

30.07.2019
Czyta się kilka minut
AGNIESZKA GARWOLIŃSKA, strateg marketingu: Odmowa zakupu wywołuje płacz, tupanie nogami, ale za kwadrans jest po kryzysie – bo uwaga dziecka koncentruje się na czymś innym. Tylko nam się wydaje, że mówiąc „nie” łamiemy mu serce.
PATRYK SROCZYŃSKI
M

MAREK RABIJ: Ma Pani troje dzieci.

AGNIESZKA GARWOLIŃSKA: Ignacego, Tymka i Zoję.

I zawodowo zajmuje się Pani tworzeniem strategii marketingowych dla produktów dziecięcych.

Między innymi dla produktów dziecięcych. Uważa pan, że nie można tego pogodzić z macierzyństwem?

O to chcę spytać Panią. Co myśli Pani – jako matka – słysząc zapewnienia kolegów z branży, że marketing i reklama produktów dziecięcych opiera się na komunikacji z rodzicami. Według mnie jest dokładnie na odwrót: mówicie cały czas do dzieci, a jedynie udajecie, że to przekaz do rodziców.

Ma pan rację.

Na dzieci działają zupełnie inne bodźce niż na dorosłych. Dlatego nie można trafić w reklamie do dzieci, nie mówiąc do dzieci.

To zapytam inaczej, jak rodzic: a nie moglibyście ograniczyć tej komunikacji wyłącznie do dorosłych? Dziecko nie rozumie...

12791

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Nie za bardzo w to wierzę, że można dziecku nie kupować Rzeczaków, gdy cała klasa je zbiera i wszystkie kontakty towarzyskie i zabawy zorientowane są wokół ich zbierania. To znaczy niby można. Ja będąc dzieckiem w latach 90 nie miałam tv w domu. Taka nonkonformistyczna decyzja mamy. Wszystkie dzieci w klasie mówiły cytatami z reklam tv i cały czas odnosiły się do jakichś tam programów a ja nie wiedziałam za bardzo o co chodzi. Traumy jakiejś po tym nie mam, ale jednak była to spora odrębność i musialam uczyć się tych cytatow i gdzieś poza domem zobaczyc te reklamy żeby móc normalnie gadać z rówieśnikami. Uczestniczenie w życiu spolecznym opartym na Rzeczakach bez posiadania Rzeczaków by było chyba znacznie trudniejsze. Więc pewnie bym dziecku kupowała te figurki mimo poczucia że jest to jednak marketingowe zagranie nie fair wobec mnie i wobec dziecka. A zaraz potem łapię się na takiej myśli, że może my dorośli jesteśmy jacyś dziwni, że się tak angażujemy w to dziecięce kolekcjonerstwo i może to właśnie rodzice je dodatkowo nakręcają. Zawsze patrzę ze zdumieniem na ludzi walczących o Świeżaki, czy robiących zakupy tylko w Lidlu po to by dostać jakąś tam zabaweczkę do kolekcji. Tak jakby rodzic z dzieckiem stanowił team w klasowej strukturze społecznej. Trudno mi sobie wyobrazić,aby któryś z rodziców moich kolegów i koleżanek z dzieciństwa tak się uganiał za tym co ich dziecko zbiera (głównie, jak pamiętam były na topie kolorowe karteczki z notesów) Co sobie tam dzieci zbierały to była sprawa dzieci, realizowana w ramach ich kieszonkowego i w czasie wolnym dzieci a nie rodziców. Wchodzimy trochę za bardzo w ten dziecięcy świat.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]