Neapol: potwór jest głodny

Kto nie szedł przez to miasto, ten nie jest w stanie choćby sobie wyobrazić, jak nieskończona jest przestrzeń zwana Neapolem.

07.08.2023

Czyta się kilka minut

Potwór jest głodny
Quartieri Spagnoli, Neapol, 7 września 2021 r. / PAWEL JASKÓŁKA / REPORTER

W Neapolu zamiast deszczu spadają pojedyncze krople. Lodowate, szkliste niczym łzy robota. Ale tylko ludzie naiwni, bo nietutejsi, mogą uznać to za wróżbę rychłej ulewy. ­Neapolitańczycy nie zadzierają nawet głowy i twardo prą chodnikiem dalej. Wiedzą, że niektóre spośród tysięcy klimatyzatorów, którymi obwieszono miasto, ciekną i stąd właśnie przeszywające ukłucia w spieczony kark, nakremowane ramiona, lśniącą od potu twarz, dekolt.

Umęczeni turyści postępują z kolei na odwrót i dlatego wyglądają, jakby brali udział w rytuale obłaskawiającym meteorologiczne bóstwo – wpływowe i skąpe. Zastygają bowiem raptownie, wyciągają przed siebie otwartą dłoń, patrzą w słońce. Lecz żadnego zmiłowania nie będzie. Piękno i skwar bez końca. Neapol. Lato w Neapolu.

Lato robiło różnicę

Nie chciałem spędzić w Neapolu urlopowych dni. Pragnąłem w to miasto wstąpić, jak wstępuje się do rzeki, o której wiadomo, że jest ogromna i ciemna, ale nic ponad. Przed wyjazdem darowałem więc sobie filmy i książki, w których Neapol uczyniono tematem głównym, i historię tegoż, gdy był Neapolis, stolicą Królestwa Obojga Sycylii, oswobodzonym przez aliantów gruzowiskiem, sceną Achillego Laura, ekscentrycznego burmistrza-populisty, niwą camorry.

Szerokim łukiem ominąłem również zarejestrowaną smartfonami neapolitańską współczesność, od której pęczniał w szwach Instagram i YouTube. Uznałem, że komplet podstawowych symboli i faktów – Wezuwiusz, Maradona, Herling-Grudziński, śmieci, Ferrante – w zupełności wystarczy, by ruszyć na gorliwe, skrupulatne peregrynacje. Zarazem narastało we mnie przeczucie, rodzaj nadziei, którą wsączyli do mojego serca niezłomni entuzjaści Neapolu, że mogę tam – tam i nigdzie indziej – doświadczyć tego wszystkiego, co uważałem za definitywnie stracone.

Choć już od dawna wyprawiałem się dalej i dalej, to jednak w każdej z tych podróży nie zdołałem wyzbyć się dojmującego wrażenia, że wcale nie opuszczam miejsca zamieszkania, wciąż siedzę w pracy, dalej przeżywam tragedie i problemy kraju, toczę spory w internecie. Bez przerwy układam w myślach filipiki, paradoksy, orędzia, które opublikuję na Facebooku bądź Twitterze, narkotycznie chłonę informacje albo ich wyczekuję. Obojętne, czy bawiłem w Portugalii, czy na Krecie, byłem uwięziony, niecierpliwy, przejęty, zalogowany.

A przecież jeszcze pamiętałem wakacje, z których wracałem odmieniony – wyższy, mniej naiwny, obdarzony nowym głosem i zainteresowaniami. Przez pierwszy dzień czy dwa spoglądałem wtedy na bliskich jak na dobroduszne upiory o znajomych rysach, bo tak intensywne były te kolonijne tygodnie poza domem, aura obcych, dalekich stron, wpływ koleżeńskiej wspólnoty – plemienia, do którego zostałem przyjęty w Debrznicy, Sieniawie, Jastrzębiej Górze.

Potwór jest głodny

Lato stanowiło różnicę. Między drugą połową czerwca a początkiem września kluła się ze mnie kolejna wersja człowieka. Po miesiącu na letnisku w Głownie wybudzałem się ze snu, który trwał rok i podczas którego śniłem gry i zabawy w niebotycznym lesie sosnowym. Całonocna jazda trzęsącą się kuszetką do Kołobrzegu już za Poznaniem nabierała rozmachu i tajemniczości rodem z Juliusza Verne’a – sunąłem oto przez głębinę w okręcie podwodnym, zmierzałem ku bladej kuli Księżyca, wpływałem do strefy tropików. Z Mazur przywiozłem wypreparowaną czaszkę szczupaka i przekonanie, że odwiedziłem, ja, wielkomiejski laluś, inną planetę, planetę ryb i koni.

Oczywiście moje duchowo-fizyczne metamorfozy wreszcie ustały, ale wciąż, na licealnych biwakach, w trakcie studenckich wypraw, przy okazji skromnych, lokalnych rajz absolwenckiego bezrobocia, umiałem, choćby i chwilowo, wydostać się poza ten świat. Dorosłość oznaczała kres przygód i osobliwych doznań. Skończyły się transgresje, zaczęła – turystyka.

Lecąc do Neapolu, wiedziałem, że nie uda mi się powtórzyć tamtych objawień. Na pewno nie w pełni. Musiałbym znowu być dzieckiem, nastolatkiem albo przynajmniej słuchaczem trzeciego roku filologii polskiej. Miejsca oddziałują tym silniej, im jesteśmy młodsi. To najczystsza fizjologia – lokalny fluid łatwo dobiera się do świeżego serca i umysłu, a odbija od skorupy wieku dojrzałego. Czas minął, moje poprzednie „ja”, wrażliwe i podatne, umarły. Liczyłem zatem choć na jeden pogański dzień, gdy poczuję, że istotnie znalazłem się „gdzieś dalej, gdzieś indziej”, na krótko zerwałem łączność z moim dotychczasowym życiem, naruszyłem granicę, pochłonął mnie ten potwór, Neapol.

Pustostany

Nasz rodzinny plan na Neapol był jasny i prosty, choć potrzebowaliśmy kilku ładnych lat, by wyklarować w sobie tę topograficzną mądrość, a wraz z nią – technikę przemieszczeń. Po kilku wakacjach spędzonych z nosem w mapie bądź przed ekranem z GPS uznaliśmy, że mozolne krecie brnięcie od punktu do punktu nie przysparza zbyt wielu estetyczno-społecznych profitów godnych poobcieranych stóp i ekspozycji na rakotwórczy żar. Albowiem zamiast napawać się miastem i być w mieście, czytaliśmy w kółko instrukcję obsługi miasta. Stąd radykalna decyzja powzięta bodaj w Sewilli, że sprawę należy załatwić po sebaldowsku, co oznaczało „łażenie wzdłuż i wszerz po mieście” tudzież „chodzenie przez cały dzień aż do zupełnego wyczerpania” (przeł. Małgorzata Łukasiewicz). Jako taka orientacja w terenie i ruch, dryf, frenetyczna cyrkulacja.

Od Przewrotu Sewilskiego byliśmy zatem wojażerami totalnymi. Braliśmy wszystko, nie stroniliśmy od niczego. Nie imała się nas zatem ani przewodnikowa filozofia zaliczania obowiązkowych atrakcji turystycznych, ani tym bardziej snobistyczna antywycieczkowa fobia, w myśl której klienci biur podróży, ci pątnicy w białych kapeluszach sunący kolumnami po brukach Florencji, Barcelony, Paryża, Wenecji, zasługują na pogardę. Przecież jedyną właściwą metodą poznawania obcych krajów jest ostentacyjne korzystanie wyłącznie z, jak to się mówi, nieutartych szlaków, kwaterowanie w dziurach i na zadupiach, przedkładanie prowincji, najchętniej bałkańskiej, nad hałas i hurmę metropolii, by tam napawać się ascetycznym zestawem osobistych potrzeb oraz cennym, niedzisiejszym marazmem wioski pod Timișoarą, albańskiego wybrzeża, Maroka po sezonie.

Wiedzieliśmy, że obierając taką strategię możemy ominąć jakiś arcydzielny pomnik, kultowy lokal czy muzeum zasobne w płótna niderlandzkie i surrealne, ale w zamian zyskiwaliśmy coś innego, coś, na czym nam szczególnie zależało, a mianowicie – dostęp do życia miasta, zaznanie energii tego miejsca.

„Kto jedzie w celu studyów nad sztuką, może się zamknąć nad książkami, w muzeach; chcąc poznać lepiej kraj, nie godzi się niczem gardzić, co jakąś stronę życia odkrywa”, napisał ­Józef Ignacy Kraszewski w „Kartkach z podróży 1858-1864 r. Ks. 2, Włochy, Neapol, Francya, Belgija, Niemcy”, którą to myśl uznaliśmy i za nasze credo
. Dlatego taką samą radość i wiedzę czerpaliśmy z wizyty w obleganym przez turystów z całego świata Mont Saint-Michel, jak i ze spaceru wymarłymi przedmieściami San Gimignano, które wyglądało – tam! – niczym Milanówek z palmami. Zwiedzaliśmy cmentarze, pola bitew, supermarkety, klasztory, blokowiska i adresy Gaudiego, wokół których garnęły się tłumy. W Rouen pielgrzymowaliśmy do grobu Flauberta i smutnych hamburgerowni po drugiej stronie rzeki. Podążaliśmy szlakiem nieczynnych kalabryjskich stacyjek kolejowych, nicejskich hoteli, w których bywał Nabokov, pustostanów w Porto, placów zabaw w Southampton, kreteńskich targów owocowych i warzywnych.

Głowonogi

Pierwszego dnia w Neapolu powzięliśmy ambitny zamiar, by pieszo udać się na plażę. Tyle wystarczyło – ogólny kierunek, obiekt na horyzoncie. Pomiędzy dzielnicą Arenaccia, w której mieszkaliśmy, a celem wędrówki rozciągało się miasto zupełnie nam nieznane i wielkie. Był to labirynt o nieskończonej ilości skrótów, zakrętów, ślepych uliczek, pomylonych skrzyżowań, bliźniaczych placyków, identycznych ulic, nazw, które brzmiały poetycko, bo po włosku, ale bez znajomości języka pozostawały tylko dźwiękiem, komunikatem wysłanym do kogoś innego. Kto nie szedł przez Neapol, ten nie jest w stanie choćby sobie wyobrazić, jak nieskończona jest przestrzeń zwana Neapolem.

Zarazem jakże trudno pokonać to miasto na własnych nogach. I rzecz nie w samych odległościach i upale. Bo w Neapolu gdzie się nie obrócić, nie zajrzeć, nie wejść, od razu wyłania się przed oczami filmowa scenka rodzajowa, pokaz archaicznych bez mała obyczajów, mistrzowski kadr, niepowtarzalna gra form architektonicznych, barw czy porządków historycznych albo mieniący się detal samorodek.

Dlatego przyjezdny, zwłaszcza ten, który po raz pierwszy znalazł się w Neapolu, przystaje co parę kroków i robi zdjęcie. Nie chce pozwolić, by bezpowrotnie przepadł cień wrzynający się w gąszcz naświetlonych, gigantycznych skrzypów w Orto Botanico, wiatr, który animuje ręczniki i flagi zwisające z balkonów na via Camillo Porzio, Wezuwiusz zabielony mgiełką, dojrzałe czerwcowe słońce rozlewające się na błękitno-biały blok wzniesiony między via Michele Morelli a via Giacinto Albino, minidżungle samosiejek sterczących na dachach i w oknach opustoszałych budynków. I ten kot drzemiący pod murem w skrzyneczce po figach czy połysk wystawionych na sprzedaż głowonogów, o których można pofantazjować, bo są takie wilgotne, jędrne i kształtne, że to ludzkie organy oferowane w przystępnej cenie dwudziestu euro za kilogram.

Dwuznacznie

Neapol to być może najpiękniejsze miasto świata. Tyle że nie roztacza pocztówkowego czaru ani też nie magnetyzuje futurystycznym urokiem wprost z cyberpunkowej przyszłości. Estetyka Neapolu jest dość mroczna, ostra, nieoczywista, trudna nierzadko w odbiorze. Jeśli ktoś umie dostrzec piękno w rozpadzie i chaosie, dostrzeże piękno tego miasta.

Podobnie z nadmiarem – wszystkiego tu jakby dużo i za dużo. Ludzi, skuterów, graffiti, wizerunków Maradony, zaparkowanych nieprawidłowo aut, klaksonów w użyciu, klubowych szarf rozpiętych nad głowami przechodniów i monstrualnych kamienic, które na dodatek dosłownie uginają się pod ciężarem klimatyzatorów, lodżii, daszków, suszarek, kabli, skrzynek, żaluzji, anten i najróżniejszych dobudówek. Ale w rezultacie dlatego właśnie Neapol jest żywy, przez co i piękny.

Nie ma nic piękniejszego niż miasto w użyciu. Miasto, takie jak Neapol, które ukształtował przerost. Miasto rojne i głośne. Rozwibrowane od nieustannego ruchu. Miasto do samodzielnego złożenia. Plastyczna bryła, która onegdaj spadła z kosmosu. Niewyczerpywalne tworzywo, na którym pracują jego mieszkańcy – kombinatorzy, majsterkowicze, wynalazcy, ci w potrzebie, domorośli geniusze.

Piękno Neapolu będzie nadto pięknem bardzo rozległego miejsca, w którym wydarzyły się już wszystkie epoki i teraz ich resztki – ich podupadłe, materialne reprezentacje – funkcjonują obok siebie. Zamki obronne i automaty telefoniczne na kartę, freski z Pompejów i tablice upamiętniające walkę z faszyzmem, Teatro di San Carlo, na ponownym otwarciu którego doznał Stendhal w tumulcie istotnej szkody, „dwie poły mego ubrania zostały oderwane” (przeł. Leszek Sługocki), i ballardowskie wieżowce niedaleko dworca, metro i katedra z relikwiami św. Januarego.

Ten urok bywa jednak dwuznaczny – może okazać się pułapką. Zachwyt i uwiecznianie miasta oznacza wszak w przypadku Neapolu nader często uwiecznianie zaniedbań, biedy, nieładu i egzystencji na poziomie socjalnego minimum. To po wielokroć zachwyt nad beznadzieją i syfem. Przyjemnie i wzniośle jest opiewać syf, gdy jest się w syfie przejazdem. Łatwo rzucać refleksyjne banały o autentyzmie zapuszczonych okolic, jeśli nie trzeba pośród owego „autentyzmu” żyć. Turyści uwielbiają turpizm, bo ten nie dość, że jest wyrafinowanym argumentem przeciwko przesłodzonym resortom i miasteczkom, to jeszcze i świetnie wypada na zdjęciach.

Ostatecznie – sam najpewniej nie byłem lepszy. Czyż mogłem bowiem oszacować, na ile moje przekonanie o pięknie Neapolu byłoby równie silne i entuzjastyczne, gdybym na stałe mieszkał w tym rozgwarze i ciasnocie, wychowywał się na którymś z licznych podwórek studni, wegetował z rodziną w jednym z tych, jak opisywał w „Cieśninach” Wojciech Nowicki, „mieszkanek na parterze, niewielkich zagłębień jak nory”, gdzie „jedyne światło dochodzi tam z pół okien, pół drzwi, ciągle otwartych, bo duszno”. Gdybym każdego ranka i popołudnia mijał żebraków, nieopróżniane od dawna kontenery, porzucone samochody, zaniedbane imigranckie dzieci siedzące na chodnikach, nieczynne, zdemolowane stacje benzynowe, obklejone czym tylko się da i umazane sprejem ściany budynków, legowiska bezdomnych, spowite zieloną siatką zabezpieczającą ruiny o zamurowanych oknach i drzwiach?

Z Neapolem trzeba uważać. Gładko da się tutaj przejść od naocznych obserwacji do uogólniających, krzywdzących wniosków i potwierdzenia – sobie i znajomym w Polsce – stereotypów. To zresztą jeden z ulubionych sportów turystów, również i tych w Neapolu, którzy po tygodniu bądź miesiącu pobytu wydają sądy o tym, jacy są neapolitańczycy, a nawet Włosi w ogólności. Lecz tak naprawdę trudno dociec, kim w istocie są ludzie, o których niewiele wiemy, obok których nie spędzamy nocy i dni, z którymi łączy nas tymczasowy kontakt wzrokowy, słabość do makaronów i wina, Unia Europejska, gatunek.

Czarny miał

W niektórych częściach Neapolu jest tyle śmieci, że wyglądają niczym jakieś zapomniane, starożytne pismo obrazkowe – ważki przekaz zaklęty w hieroglifie, wyryty na trawniku, utrwalony wzdłuż krawężników. To pornografia odpadków, orgia plastiku, przetłuszczonej tektury, niedojedzonych resztek i szkła. Nocami zaś niewątpliwie szwedzki stół dla karaluchów i szczurów. Ale czy ich widok cokolwiek wnosi – powinien wnosić – do naszej wiedzy o charakterze, kulturze i osobowości neapolitańczyków? Czy mamy poprzestać na krzywdzącym stwierdzeniu, które nieraz słyszeliśmy od tych, co w Neapolu byli przed nami, że „oni żyją tam w brudzie” albo przynajmniej „im to nie przeszkadza”? Czy może raczej należy spojrzeć nieco szerzej i winić za ów stan władze miasta, niewydolność instytucjonalną, korupcję i przekręty z mafią w tle, wobec których mieszkańcy są dość bezradni, więc nie im powinno być wstyd? Przecież jednocześnie Neapol to miejsce, gdzie obsesyjnie dba się o czystość. Z okien, suszarek i balkonów powiewa od rana do wieczora pranie, przez co ulice wyglądają, jakby bez ustanku trwało Boże Ciało albo wszystkie dzieci tego miasta wróciły akurat z kolonii.

Tego pierwszego dnia w Neapolu nasz marsz zakończył się na dzikiej plaży tuż za Monumento ai Caduti del Mare, na którą trzeba było się dostać przez dziurę w siatce. Widzieliśmy stamtąd Capri i Sorrento, Castel dell’Ovo, mnóstwo łodzi i jachtów, jak i Wezuwiusza. Nasz synek, Gustaw, nie zważał na czystość wody, która z wolna, pod wpływem pławiących się wielu ciał, nabierała konsystencji ulepku, i brał wrzaskliwą, radosną kąpiel. Natomiast my ze zdumieniem przesiewaliśmy w dłoniach ów czarny miał, który zalegał tam, gdzie oczekiwaliśmy kamieni bądź piasku.

Dopiero później, gdy wrócę do Zgierza, przeczytam u Normana Lewisa o „antracytowych plażach” Neapolu (przeł. Janusz Ruszkowski). U Asji Lācis i Waltera Benjamina o „ognistej kurzawie miasta” (przeł. Ireneusz Kania). U Henry’ego Jamesa o „bezlitosnej czerwcowej urodzie Zatoki Neapolitańskiej” (przeł. Anna Arno). U Józefa Kremera o „odurzającej, szumnej i hałaśnej ludności neapolitańskiej”. U Curzia Malapartego – „To nie miasto: to świat” (przeł. Jarosław Mikołajewski). Z „Przewodnika po Włoszech” wydanego w 1944 r. przez Oddział Propagandy i Kultury A.P. dowiem się, iż „Neapol i jego okolice posiadają tyle wartych widzenia szczegółów, że dla należytego ich poznania trzeba długich tygodni”. U Sándora Máraiego z kolei przeczytam, że z Neapolu „trzeba wyjeżdżać powoli” (przeł. Teresa Worowska).

Gdy wrócimy do Zgierza, po dwóch tygodniach w skwarnym i pięknym Neapolu, już pierwszej nocy spadnie deszcz i będzie padał aż do rana. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Potwór jest głodny