Rzekę, która płynie pod ziemią, można poczuć. Tę z Łodzi opisał Maciej Robert

Maciej Robert, poeta, pisarz: Moje miasto, Łódź, powstało dzięki rzekom. A potem im się odwdzięczyło – zakopując je.
Czyta się kilka minut
Maciej Robert nad rzeką Łódką w okolicach ulicy Prochowej na Brusie w Łodzi // Fot. MTS dla „TP"
Maciej Robert nad rzeką Łódką w okolicach ulicy Prochowej na Brusie w Łodzi // Fot. MTS dla „TP"

Czujesz? Teraz mamy pod górkę – Maciej Robert odwraca się, by sprawdzić, czy za nim jadę. – Rzekę, która płynie w kanale pod ziemią, trudno zobaczyć, ale można ją poczuć.

Przed nami Łódź.

Trasę wyznaczy nam Łódka – rzeka, której nie ma.

Ma dwadzieścia kilometrów, dlatego wypożyczamy miejskie rowery, których metalowe błotniki będą się tłukły przy każdej próbie ominięcia ścieżek.

1.

Zaczynamy od osiedla Stoki, położonego na Wzniesieniach Łódzkich, czyli najwyższej części miasta. To tu źródła mają niektóre miejskie rzeki – poza Łódką także Jasień, Ner, Sokołówka, Bzura.

Łódka, której dzisiejsze brzmienie jest równie słodkie, co niepoważne, na początku nie miała nazwy. – Rzeka była rzeką – mówi Maciej.

Gdy ją poznawał jako chłopiec, dał jej własną nazwę – „Smródka”.

W latach 80., gdy przemysłowa Łódź była u szczytu rozkwitu, Łódka zmieniała kolor każdego dnia. – Zimą zamarzało wszystko, tylko nie woda w Łódce. Unosiły się nad nią kłęby pary, śnieg zalegał dopiero kilka metrów od brzegów – opowiada.

– Ciekawiła?

– Raczej odpychała, głównie z powodu zapachu – mówi.

Wtedy jeszcze nie wiedział, skąd ten zapach. Myślał, że wszystkie rzeki tak wyglądają: zmieniają kolor wody i brzydko pachną.

Gdy miał cztery lata, jechał z rodzicami nad morze. Przejeżdżali przez jakiś most. Pamięta ten widok: ogromna woda, po obu stronach. Gdy wracali, zapytał rodziców, czy już minęli jezioro. I nie mógł uwierzyć, że to nie jezioro, tylko Wisła.

– Tam się zaczęła fascynacja rzekami?

– Fascynacja rodzi się z braku, z tęsknoty, z tego, że czegoś, czego pragniesz, nie możesz mieć. Dla mnie jako mieszkańca Łodzi oczywiste jest to, że rzeki nie mam. A jeśli chcę ją mieć, muszę się wysilić, pojechać sześćdziesiąt kilometrów na zachód, nad Wartę, albo tyle samo na wschód, nad Pilicę. A jeśli jest wysiłek, jest i święto – mówi.

W górnym fragmencie biegu Łódki, gdzie mamy zacząć spacer, koryto rzeki zwykle jest puste. Wąski nurt można zaobserwować jedynie przy większych opadach.

– Właśnie taką Łódź pamiętam z dzieciństwa – opowiada, gdy opuszczamy centrum. – Kobiety traciły pracę w przemyśle włókienniczym, a innej nie było. Miasto, które jeszcze chwilę temu goniło pod względem liczby mieszkańców Warszawę, zaczęło podupadać. Ludzie wyjeżdżali, a ci, którzy zostali, żyli wśród ruin.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Nad rzeką Łódką w okolicach ulicy Prochowej na Brusie w Łodzi // Fot. MTS dla „TP"

2.

Stajemy nad korytem, w którym niemrawo płynie woda.

– To, co tutaj widzisz, nie jest wodą Łódki. W latach 90. przy Akademii Sztuk Pięknych powstał niewielki staw i to właśnie stamtąd spływa woda do koryta – opowiada.

– Przejdziesz? – pyta, ale po chwili jest już na środku dwóch złączonych rur, które wiszą nad korytem jak most.

Zerkam w – na moje oko – dwumetrową przepaść: – Dobra, ale musisz podać mi rękę.

Więc tu wszystko się zaczyna. Łódka po raz pierwszy daje o sobie znać. Choć tylko pustym korytem.

Schodzimy nieco w dół, na tereny, gdzie Łódka jeszcze w XIX wieku regularnie wylewała, co dziennikarze odnotowywali zwykle na przełomie marca i kwietnia.

Maciej przyszedł tutaj po raz pierwszy kilka lat temu, gdy zbierał materiał do książki. Zabrał mapy, ale okazały się bezużyteczne – na większości z nich rzeki były zaznaczone, ale na miejscu trudno było wytropić nawet koryto.

– To nie są moje tereny, w dzieciństwie penetrowałem końcowy odcinek Łódki. Wędrówka w górę rzeki była dziewiczą wyprawą – mówi.

I dodaje, że woda zawsze go interesowała, a jednocześnie przerażała.

– Pływasz?

– Bardzo długo nie umiałem pływać i być może dlatego bałem się wody. Nauczyłem się po trzydziestce. Pewnego dnia byłem nad jeziorem Ińsko, wszedłem do wody i popłynąłem.

– Poczekaj.

– Mówię poważnie. Woda była przejrzysta, zanurzyłem się po pierś i popłynąłem. W morzu fale na zmianę podmywają i wciągają. Jezioro bywa spokojne, prawie majestatyczne. Najbardziej lubię jednak pływać w rzece. Możesz położyć się na plecach, poczuć zimny nurt, który cię niesie. Spróbuj.

3.

Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie znów przez chwilę widać rzekę. To Stoczanka, najmniejszy dopływ Łódki. Na powierzchni można zobaczyć tylko niewielki fragment, właśnie tu – u wylotu kanału.

– Czujesz zapach? – pyta Maciej. – Charakterystyczny smrodek, który zapamiętałem z dzieciństwa.

Stajemy na mostku. Maciej wychyla się za barierki.

– Ktoś chyba był niedawno przy kanale – pokazuje ślady butów odciśnięte w zmiękczonej wodą ziemi. – Czyżby kanał był otwarty? – dziwi się i wyjaśnia, że duże stężenie trujących gazów uniemożliwi nam wejście do środka.

Po sekundzie jego bluza wisi już na poręczy mostku, a on zeskakuje.

– Idziesz? – pyta. Po czym, nie odwracając się, dodaje: – Tędy! Zobacz, otwarty.

Zapala latarkę, zagląda do kanału: – Co za smród! Ale woda jest czysta.

To ostatnie miejsce, gdzie ją widzimy. Przez centrum miasta płynie w podziemnym kanale. Odtąd pójdziemy śladem rzeki.

4.

Najpierw wchodzimy na teren Parku Helenów. W XIX wieku należał do Anstadtów, synów założyciela pobliskiego browaru. Park był ogrodzony, a wstęp był płatny. Schodziła się tu łódzka socjeta.

– Gdybyśmy zamknęli oczy i przenieśli się do Łodzi z czasów „Ziemi obiecanej” Reymonta, to co byśmy tutaj zobaczyli? – pytam, gdy wychodzimy z parku.

– W tym miejscu zobaczylibyśmy potęgę rozwijającej się Łodzi. Te ceglane budynki są pozostałościami po fabryce Biedermannów. Po drugiej stronie ulicy dawna farbiarnia. A między nimi pałace – Roberta Biedermanna, a tutaj Alfreda, jednego z jego synów. Po przeciwnej stronie ulicy zabudowania dawnego browaru Anstadta. Nieco dalej na zachód, już za Parkiem Staromiejskim, mamy ogromne imperium Poznańskiego z okazałym pałacem. A wszystko, nie bez powodu, nad Łódką. Tutaj akurat, w okolicy Parku Helenów, który jest położony w widocznym obniżeniu, Łódka często wylewała podczas wiosennych roztopów – opowiada.

Zanim przejdziemy na drugą stronę ulicy Franciszkańskiej i wejdziemy do Parku Staromiejskiego, Maciej mówi, że w tym miejscu zaczęła się Łódź. Najpierw była tu malutka wieś, która ponad sześćset lat temu otrzymała prawa miejskie. I nie wykorzystała ich tak dobrze, jak inne ośrodki w okolicy, które zaczęły się prężnie rozwijać.

– Łódź sobie przycupnęła – mówi. – Wskrzesili ją Rajmund Rembieliński i Stanisław Staszic, który szukał dobrego miejsca na produkcję przemysłową. Właśnie tu zobaczył, ile Łódź ma walorów: bliskość zachodnich przemysłowców i robotników, pobliską kolej warszawsko-wiedeńską. I najważniejsze: niezliczone łódzkie źródełka, których wielkość być może nie imponuje, ale mają na tyle wartki nurt, by wprawić w ruch młyny i maszyny fabryczne.

W taki sposób Łódka i Jasień zdecydowały o rozwoju Łodzi. Potem Łódź im się odwdzięczyła – zakopując rzeki.

5.

Wchodzimy do Parku Staromiejskiego. Przed nami ulica Północna. – Gdy rok temu zrywano tu asfalt, dokopano się do kanału Łódki – mówi.

Jej obecność zdradzają też nazwy ulic – naprzeciw mamy Podrzeczną, która wcześniej była Nadrzeczną, a jeszcze wcześniej Nad Rzeką, bo wytyczono ją nad Łódką. W innej części miasta jest też Wodna. Albo Księży Młyn.

Wiele można też wyczytać z ukształtowania terenu. – Przejdźmy się Podrzeczną, żeby poczuć, jak odwzorowuje pofalowany bieg rzeki. W Łodzi, gdzie ulice w centrum zostały wytyczone od linijki, to tym bardziej widoczne – sugeruje.

Zatrzymujemy się przy parkowej mapie. – Zobacz: dwieście czternaście metrów nad poziomem morza, a tu dwieście dwadzieścia. Spadek od strony wschodniej, gdzie Łódka płynie pod Parkiem Staromiejskim – mówi.

Idziemy dalej, aż do Oka Śledzia – niewielkiego otworu w ziemi, przez który można zerknąć do kanału Łódki i podejrzeć jej podziemne życie. – Przypomina wizjer w drzwiach do celi. Zaglądasz do więźnia, który jest skazany na dożywocie. Widzi światło, ale na wolność już nigdy go nie wypuszczą – mówi Maciej, pochylając się nad otworem.

Obok niewielka tablica: 1917 rok, początek kanalizowania Łódki. I czarno-białe zdjęcie: kilkadziesiąt osób w płaszczach i garniturach stoi nad częściowo już skanalizowaną rzeką.

– Jest coś smutnego w tym zdjęciu.

– Przypomina fotografię z pogrzebu – mówi Maciej.

Właśnie tu, w miejscu dawnego targowiska, zaczęły się kłopoty Łódki.

Po dniu targowym rozkładały się i gniły resztki jedzenia, biegały szczury. Odpadki trafiały do rzeki, a ta roznosiła je dalej. Zatruta była nie tylko woda w rzece, ale też w pobliskich studniach. Stąd powracające epidemie. Wtedy właśnie zdecydowano, że jedynym rozwiązaniem będzie pozbycie się problemu, czyli rzeki.

– Jak wygląda kanalizowanie rzeki?

– Prawdopodobnie najpierw betonuje się dno, co w przypadku Łódki nie było specjalnie trudne, potem brzegi koryta, a na końcu powstaje półokrągłe sklepienie.

Pochylamy się nad otworem kanału. Widać ruch, wartki nurt Łódki.

– Zdarza się, że po deszczu nawet ją słychać – mówi.

Zanim wyjdziemy z parku, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę.

– Zobacz – Maciej wskazuje na dwa rzędy drzew, które pochylają się lekko nad kilkumetrowym odcinkiem zarośniętym trawą. – Chciałbym wierzyć, że wiele lat temu te drzewa rosły nad rzeką.

6.

Przed nami Manufaktura.

– Gdybyśmy przyszli tu w latach 80., zobaczyłabyś ruiny upadłych zakładów włókienniczych. Brama z zegarem, którą przed chwilą minęliśmy, witała robotników – opowiada.

Dzisiaj te tereny są jedną z wizytówek Łodzi. Ich rewitalizacja zaczęła się kilkanaście lat temu. Pod spodem płynie Łódka. – Pojawiły się nawet plany, by ją wydobyć. Zdjęto właz do kanału, ale zapach był tak straszny, że szybko z pomysłu zrezygnowano. Poza tym Łódka płynie pięć metrów pod ziemią, więc i tak nie byłaby dobrze widoczna.

Kupujemy kawę, siadamy w niewielkim lasku, tuż obok dawnego liceum Macieja.

O tym, że Łódka towarzyszyła mu od dawna, zorientował się, gdy zbierał materiał do książki.

Płynęła pod jego szkołą. Jej budynek stał w miejscu, gdzie na początku XVIII wieku był młyn na Łódce.

Płynęła pod pałacem Alfreda Biedermanna, gdzie pracował nad doktoratem, gdy mieściła się tam siedziba kulturoznawstwa.

Płynęła pod przystankiem, na którym stracił jedynkę i dwójkę. Chodził wtedy do liceum, prowadził życie awanturniczo-rozrywkowe. Należał do grupy punkowej, była też druga grupa – skinheadów.

– Przypomnij mi, żebym opowiedział coś o tym przystanku – rzucił, gdy przejeżdżaliśmy rowerami ulicą Drewnowską.

Potem, gdy szliśmy dalej śladem Łódki przez Park na Zdrowiu, sąsiadujący z łódzkim ogrodem zoologicznym, wrócił do Drewnowskiej. – Dopiero niedawno odkryłem, że straciłem zęby w miejscu, gdzie do podziemnej Łódki wpada jej dopływ, też podziemny – Ostroga. W „Londynie podziemnym” Peter Ackroyd cytuje badania, które dowodziły, że w miejscu zbiegu podziemnych rzek kumuluje się zła energia. Znacznie częściej dochodzi tam do przestępstw i rozbojów. I to by się zgadzało.

7.

„Rzeki, których nie ma”, esej z elementami reportażu, wpisuje się w opowieści o wodzie, których w polskiej literaturze w ostatnich latach przybywa – są wśród nich „Wisła. Biografia rzeki” Andrzeja Chwalby czy „Woda. Historia pewnego porwania” Szymona Opryszka. W przyszłym roku ma się ukazać w polskim tłumaczeniu „Dart” Alice Oswald.

Przed „Rzekami, których nie ma” były tomy poetyckie Macieja Roberta i motywy wodne – w tytułach: „Pora deszczu”, „Śnieg”, w kolejnych wierszach.

Podczas pierwszego naszego spotkania, tuż po spływie kajakowym Redą, proszę, by przeczytał na głos „III” z tomu „Śnieg”. Widzę, że się waha, ale czyta. Potem powie, że to tom osobisty.

Najpierw cytat: „Anka była w ciąży. Na zewnątrz padał śnieg” Wilhelm Sasnal, Taki pejzaż (opis obrazu Pokój).

„A latem jeździliśmy za miasto, kąpać się wieczorami w rzece” – czyta.

I kolejne fragmenty: „Z drugiej strony, znad łąki, nadciągały mgły, para leciała nam z ust, gdyśmy nago wchodzili do rzeki. Tylko tutaj można było zanurzyć się po szyję (…)”.

„Ktoś dryfował pod lodem aż do samego młyna, podobno woda ujawnia. Rzeka wyjawia ciało, wszystkie jego przygody”.

„Praca żałoby i praca rzeki. Dwie radykalnie różne prace”.

– Skąd tyle śmierci u ciebie? – pytam.

Opowiada wtedy scenę z dzieciństwa. Miał dziesięć, najwyżej jedenaście lat, jechał z rodzicami maluchem przez las. Wyjechali od babci i dziadka, którzy mieszkali pod Łodzią, na cmentarz. Leżał na tylnym siedzeniu i płakał. Bezgłośnie, jak ktoś, kto nie chce być przyłapany na chwili słabości.

– Zdałem sobie sprawę, że jestem śmiertelny – mówi. – Moje wiersze są wychylone w przeszłość i zwykle obcuję w nich ze zmarłymi.

I przywołuje scenę, którą znajdziemy w jego nowym tomie poetyckim, który premierę będzie miał wiosną.

Jechał z przyjacielem na spotkanie autorskie, które miał poprowadzić. Postanowili odwiedzić miejsce, gdzie zbiegają się Warta i Noteć. Odległe i trudno dostępne. Gdy tam dotarli, zobaczyli rodzinę – rodziców i dorosłego syna, prawdopodobnie z niepełnosprawnością. Oni wędkowali, on siedział w pobliżu ze zdjętymi butami i patrzył na zachód słońca.

„Gdzie są wasze kobiety?” – zapytała matka, gdy zobaczyła Macieja i jego przyjaciela.

– Dziwne zdanie, dziwna scena. Jak z końca świata, prawda? – mówi.

8.

Idziemy dalej biegiem Łódki. Zerkam na zegarek, już prawie 15 kilometrów i pewnie co najmniej kilka przejechanych na rowerze.

Teraz będą miejsca, które lubi najbardziej.

– Możemy iść lewą albo prawą stroną. Przy samej rzece nie ma ścieżki ani możliwości przejścia – mówi.

W pewnym momencie skręca w las. Dokładnie wie, kiedy powinien to zrobić, żeby dojść do tego miejsca. Już bez ścieżki docieramy znów nad rzekę: tym razem wcale nie jest jej mało. Kamienie w korycie mają rdzawą barwę.

– Miejsce, gdzie spotykają się Łódka i jej dopływ Bałutka.

Dwa betonowe kanały na rzece lekko nachodzą na siebie. Jesteśmy sami, prawie nikt tu nie dociera.

– Trudno powiedzieć, że się zachwyciłem, gdy zobaczyłem po raz pierwszy to miejsce, bo obiektywnie rzecz biorąc, jest tu dość paskudnie, ale spodobało mi się – mówi.

– Ma coś w sobie.

– Przy sporej wyobraźni można w tych potrzaskanych betonowych płytach zobaczyć pozostałości wymarłej cywilizacji zagubionej gdzieś w amazońskiej dżungli. Najbardziej lubię sobie wyobrażać, jak by to miejsce wyglądało, gdyby zedrzeć te wszystkie płyty z brzegów koryta i z dna.

9.

Ostatni łódzki odcinek. Łódka płynie już tutaj na powierzchni i bez betonowego obmurowania, ale jest prawie niedostępna.

– Musimy się trochę przedrzeć, żeby podejść do rzeki – mówi. – Damy radę? – pyta i nie czekając na odpowiedź, rusza przodem. – Zrobię ścieżkę między pokrzywami – zapowiada, już nie odwracając głowy w moją stronę.

Trawy sięgają nam momentami do ramion, pokrzywy także. Są wciąż świeże, mimo że słońce już jesienne.

Jesteśmy tuż przed miejscem, gdzie Łódka opuszcza Łódź. Niedaleko osiedla, gdzie Maciej spędził dzieciństwo.

– Miałem kolegów w podstawówce, ale tu chodziłem raczej sam.

– W takich wysokich trawach? Byłeś wtedy malutki – dziwię się.

– Przecież to jest fantastyczne: iść w trawach, które cię zakrywają. Wyruszaliśmy czasem razem z sąsiadem, który był o cztery lata starszy. Też był odmieńcem. I zapalonym biologiem, który mnie w jej tajniki wciągał. Dzisiaj jest profesorem neurobiologii w Filadelfii – opowiada. – Widzisz te topole? – pyta. – Tam musimy dotrzeć.

Po drodze instruuje co jakiś czas: chodźmy górą, dołem może być grząsko; a tu ścieżka w trawach, zobacz; tędy mogły chodzić sarny, ciekawe, czy do rzeki.

– Bażant!

– Albo kuropatwa. Coś dużego! Raczej pani bażant, ma tu swoje legowisko.

– Woda.

– I co teraz? Przeskakujemy?

– Przeskakujemy.

Docieramy do miejsca, w którym poza słupem elektrycznym nie widać nic, co byłoby związane z działalnością człowieka. Niedługo później jest i Łódka. – Właśnie tak powinna wyglądać. Bez betonowego gorsetu – mówi.

– W czasie pracy nad książką dotarłem tutaj po raz pierwszy, choć mieszkałem niedaleko – mówi, gdy przedzieramy się do zabudowań byłego PGR-u. – Wtedy odkryłem, że betonowe koryta wychodzące z chlewni, w której do początku lat 90. trzymano tysiące świń, odprowadzały łajno najpierw do specjalnego zbiornika, a stamtąd bezpośrednio do rzeki. To dlatego Łódka, którą poznałem jako dziecko, miała taki zapach.

10.

Na koniec stajemy na drewnianym mostku. Rzeka płynie pod nami, wcale nie jest mało wody, nurtu prawie nie widać.

– Kiedy tutaj byłeś po raz pierwszy?

– Trzy lata temu.

– I co?

– No popatrz tylko przed siebie – zatacza ręką koło.

– Tatuaż jest chyba jeszcze świeży? – patrzę na lewe przedramię.

– Zrobiłem go kilka dni temu. Są na nim dwie moje najważniejsze rzeki, obie wpadają do Neru: Łódka, w pobliżu której mieszkałem w dzieciństwie, i Lubczyna, najbliższa mi obecnie rzeka. Mam do niej równy kilometr. Wiosną czasem rozlewa. Są nad nią nawet bobry. Poza tym ma taką nazwę, że trzeba ją lubić.

11.

Dzień po łódzkim spacerze wysyła zdjęcie rzeki – dość szerokiej, okazałej.

– Co to za rzeka? – pytam.

– Nasza Łódka!

Wtedy przypominam sobie, że w czasie spaceru opowiedział mi historię tego zdjęcia. Był dzień jego urodzin, przeprowadzał się, przewoził książki. Mostkiem, nad którym skończyliśmy nasz spacer nad Łódką, przejeżdżał tego dnia kilka razy. Był wieczór, burza – ulewa była porządna, trwała godzinę. Zauważył grupkę ludzi, która stała nad rzeką. Zatrzymał się. Okazało się, że Łódka wylała, wyglądała jak jezioro.

Rozmawiał później z kobietą, która mieszka tu od urodzenia, a tamtego dnia podtopiło jej dom. Myślała, że pękła jakaś rura. „A to my mamy rzekę?”, zapytała, gdy Maciej powiedział jej, że to była Łódka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Podziemne życie rzek