Zachodnia Afryka tonie w powodziach, a południowa wysycha i pogrąża się w ciemnościach

Najsilniejsze od lat ulewy wywołały powodzie na Saharze. Z kolei na południu Afryki zapanowała susza: zamierają elektrownie wodne, przez co w Zambii i Zimbabwe brakuje prądu. W Namibii władze kazały nawet wybijać dzikie zwierzęta, by więcej wody zostało dla ludzi.
w cyklu STRONA ŚWIATA
z Harare
Czyta się kilka minut
Ulewne deszcze wywołały powodzie na Saharze w południowo-wschodnim Maroku, 20 października 2024 r. // AFP / East News
Ulewne deszcze wywołały powodzie na Saharze w południowo-wschodnim Maroku, 20 października 2024 r. // AFP / East News

Kariba to największe sztuczne jezioro na świecie. Stworzono je w środkowym biegu rzeki Zambezi, również jednej z największych w Afryce i świecie. Kiedyś był tu głęboki wąwóz – podobny do pobliskiego z Wodospadami Wiktorii – wyżłobiony przez długą na ponad dwa i pół tysiąca kilometrów rzekę, toczącą swe wody z płaskowyżu Lunda na wybrzeże Oceanu Indyjskiego.

Na pomysł, by przegrodzić potężną rzekę, zalać jej wodami wąwóz i przerobić go w sztuczne jezioro, wpadli biali inżynierowie z Wielkiej Brytanii, w czasach, gdy dzisiejsze Zambia, Zimbabwe i Malawi były koloniami najpotężniejszego imperium w dziejach i nosiły nazwy Rodezji i Nyasalandu. Długo zastanawiano się, czy zalać wąwóz Kariba, czy też nieodległy wąwóz Kafue. W 1951 roku postawiono na Karibę (Kafue zalano kilka lat później), a cztery lata później przystąpiono do budowy zapory.

Przed zalaniem wąwozu spalono porastający go las i busz, a siedem tysięcy żyjących w nim dzikich zwierząt – słonie, nosorożce, hipopotamy, krokodyle, antylopy i małpy, ale także jadowite czarne mamby – wyłapano i wywieziono w ramach Operacji „Noe”. Z wąwozu wywieziono też 50 tysięcy ludzi, mieszkańców tamtejszych wiosek, które miano zatopić.

Budowę 40-metrowej, betonowej, grubej na 24 metry zapory ukończono w 1959 roku, a w 1963 roku Zambezi zalała wąwóz Kariba po brzegi. Nad olbrzymim jeziorem (200 km długości, 40 szerokości, średnio 30 m głębokości – w najgłębszym miejscu prawie sto metrów), w jakie się przemienił, inżynierowie i robotnicy pobudowali elektrownie wodne, których turbiny miały zapewniać nieprzerwane i niewyczerpane dostawy taniego prądu obu Rodezjom – Zambezi wyznacza między nimi granicę – i ich kwitnącym gospodarkom.

Gniew boga Nyaminyamiego

Nazwa Kariba pochodzi ponoć od słowa „kariwa”, które w mowie ludu Tonga, mieszkańców wąwozu, przemienionego w jezioro, znaczy „pułapka”. Tak właśnie nazywali Tongowie ogromny głaz, który wyrastał ze pośrodku wzburzonego nurtu rzeki u wejścia do wąwozu.

Tongowie wierzyli, że w skale mieszka rzeczne bóstwo Nyaminyami. Ich legendy głosiły, że każdego śmiałka, który nie uszanuje jego majestatu i zbliży się zanadto do jego siedziby, Nyaminyami surowo ukarze, wciągnie pod wodę i nigdy już spod niej go nie wypuści. Kiedy biali inżynierowie nie tylko zbliżyli się aż zanadto, ale zalali skałę betonem i zatopili ją w jeziorze, Tongowie byli przekonani, że spotka ich za to surowa kara. Bali się też, że rozgniewane bóstwo im także nie puści płazem tego, że porzucili swoje domostwa, rodowe ziemie i cmentarze.

Jezioro Kariba w Zimbabwe. Styczeń 2020 r. // fot. Guillem Sartorio / AFP / East News

Nyaminyami rzeczywiście wybuchał gniewem. I to niejeden raz. Tak przynajmniej twierdzili Tongowie. Rzeka Zambezi długo broniła się przed zagrodzeniem jej biegu i zamknięciem w wąwozie. Wylewała, powodując powodzie, niszczyła drogi i zrywała mosty. W końcu jednak została ujarzmiona i okiełznana. Nad dawnym wąwozem, a dziś jeziorem zapanował spokój, wydawało się, że rzeczne bóstwo dało za wygraną.

Susze, które dotykały brzegów Zambezi i całe południe Afryki, stawały się jednak coraz dokuczliwsze i dłuższe, a przede wszystkich nadciągały coraz częściej i częściej. Kiedyś zdarzały się co dziesięć lat, ostatnio przychodzą co trzy. Z każdym rokiem robi się też coraz goręcej. Upały i brak deszczów (pory deszczowe stają się coraz krótsze i skąpe w opady) sprawiły, że jezioro Kariba zaczęło parować, opadać i wysychać, a w Zambezi zabrakło wody, by je od nowa wypełniać. Dotąd po dobrych porach deszczowych opadnięte lustro jeziora podnosiło się o 5-6 metrów. W zeszłym roku podniosło się ledwie o 30 centymetrów. W tym roku, najsuchszym od stu lat, lustro wody w jeziorze opadło tak nisko, że trzeba było ograniczyć, a nawet wstrzymać pracę położonych nad nim elektrowni wodnych. W nadrzecznych Zambii i Zimbabwe zabrakło prądu, zgasły światła, spowolniły gospodarki, i tak znajdujące się w głębokiej zapaści.

Za kilka tygodni nad Zambezi nadciągnie nowa pora deszczowa, ale mało kto wierzy, że będzie lepsza niż ostatnie i że wszystko znów będzie, jak było.

Elektrownie wodne w Zambii i Zimbabwe nie wystarczają

A dobre czasy trwały długie lata. Rodezja Północna stała się w 1964 roku niepodległą Zambią, Nyasaland – Malawi, a Rodezja Południowa w 1980 roku – Zimbabwe, ich sąsiedzi zaś niezmiennie zazdrościli im niewyczerpanych, zdawało się, zasobów taniego i w dodatku czystego, niezanieczyszczającego przyrody prądu, podczas gdy oni musieli słono płacić, by wytwarzać go z drogiego węgla, ropy naftowej czy gazu ziemnego (w tamtych czasach mało kto czerpał go z wiatru, promieni słonecznych lub paliw jądrowych) i dusić się w dymie z kominów.

Elektrownie wodne były tak wygodne, że Zambia uzależniła się od nich od początku niemal całkowicie, a Zimbabwe pozwoliło, by jego stare, jeszcze rodezyjskie elektrownie węglowe zestarzały się i popsuły. Nie wydawały się potrzebne. Nawet w czasach gospodarczych zapaści. Zambia, potęga miedziowa, zbankrutowała w latach 80., gdy na światowych rynkach spadły na łeb ceny tego surowca. Zimbabwe upadło na przełomie stuleci, gdy zaordynowana z powodów politycznych reforma rolna, mająca uwłaszczyć bezrolną i małorolną biedotę, zniszczyła wielkie farmy i przemysł rolny, podstawę gospodarki.

Kłopoty sąsiadów znad Zambezi pogorszyła jeszcze światowa epidemia covidu, a susza, która przyszła po zarazie, wysychające jezioro Kariba i znieruchomiałe elektrownie wodne spadły na nich jak nowy, zabójczy cios.

Dwa lata temu stanęły elektrownie wodne na zimbabweńskim brzegu rzeki. W kraju wprowadzono wielogodzinne przerwy w dostawach prądu. Sytuację ratowały nieco stare i zaniedbane elektrownie węglowe w Hwange. Często się jednak psuły. Rząd zwrócił się o pomoc do RPA i Mozambiku, ale państwowy skarbiec świecił pustkami, a kiedy władze nie płacą na czas rachunków za prąd, sąsiedzi przerywają jego dostawy. Kiedy zaś wyłączany jest prąd, rząd tłumaczy, że wszystko, włącznie z suszą, jest winą Zachodu i sankcji, jakimi jeszcze za rządów Roberta Mugabego (1980-2017) obłożył Zimbabwe za łamanie demokracji i swobód obywatelskich.

W tym roku zamarły elektrownie wodne w Zambii, z których pochodzi 85 procent zużywanego przez nią prądu. Tylko niewiele ponad dziesiąta część bierze się z elektrociepłowni, a największa z nich, Maamba, uległa popsuciu. Kraj pogrążył się w ciemnościach. Takiego kryzysu energetycznego kraj nie przeżywał nigdy. W wielu regionach światło pojawia się na 3-4 godziny dziennie. W innych prądu nie ma w ogóle przez kilka dni z rzędu.

Zamożniejsi pokupowali generatory prądu na drogi olej napędowy. W Lusace ludzie przesiadują w zasilanych w ten sposób prądem kawiarniach, by ładować telefony komórkowe i komputery, a także żeby się stołować. Władze rozmieściły generatory w szpitalach i urzędach. Ubożsi jadają posiłki nie wtedy, kiedy są głodni, ale kiedy w ich mieszkaniach i domach wraca na kilka godzin prąd. Najbiedniejsi, których nie stać nawet na kuchenki z gazem, gotują strawę na paleniskach z węgla drzewnego, jak ich dziadkowie, i wobec niedziałających wodociągów czerpią wodę ze studni.

Zambijski skarbiec, podobnie jak zimbabweński, jest pusty, więc Lusaka też nie może sobie pozwolić na uzupełnianie braków prądu sprowadzaniem go w wielkich ilościach z Mozambiku i RPA. A musi go kupować choćby po to, by działały kopalnie miedzi i zarabiały pieniądze na jego import.

Dopiero teraz władze zachęcają obywateli do instalowania w domach paneli słonecznych, obiecują dopłaty, ale i tak niewielu, mimo ulg, na nie stać. Pochmurna w przeddzień pory deszczowej pogoda również nie zachęca do inwestycji. Władze podpisały umowę z firmą ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich na budowę za dwa miliardy dolarów słonecznych farm (Zimbabwe podpisało umowę z Chińczykami) i z kanadyjskim przedsiębiorstwem na budowę farm wiatrowych. Ratując się z energetycznej zapaści, oba kraje stawiają jednak przede wszystkim na elektrownie węglowe. Chcą już w przyszłym roku zacząć (przy pomocy Chińczyków) budować nowe, choć reszta świata, zwłaszcza Zachód, przekonuje, że psuje to Ziemię, a jedynym ratunkiem jest przestawianie się na czystą, zieloną energię z wiatru i słońca.

Jak na Saharze pojawiły się jeziora

W czasie gdy południe Afryki dręczy susza, jej zachodnia część tonie pod wodą. Niespotykane od ponad pół wieku ulewy i powodzie sprawiły, że na Saharze pojawiły się jeziora, a pustynia zazieleniła się roślinnością.

Na częściowo pustynnym, a częściowo porośniętym sawanną Sahelu tegoroczna pora deszczowa trwała znacznie dłużej niż wcześniej i przyniosła znacznie więcej deszczów. Objęła też rozleglejsze regiony, położone bardziej na północy, dokąd zwykle nie dociera. W rezultacie ogromne obszary Czadu, Nigru, Mali i północnej Nigerii, które zazwyczaj narzekają na niedostatek wody, w tym roku zostały zalane przez powodzie. Wezbrane rzeki zniszczyły wiele dróg, mostów i zapór, a także położonych nad nimi miejscowości. Ale nie tylko – w Nigrze do powodzi doszło w położonym na pustyni Agadezie, którego niewielu tylko mieszkańców widziało w życiu deszcz.

Klęska żywiołowa dotknęła około czterech milionów ludzi, półtora tysiąca zginęło, a straty szacuje się na kilkanaście miliardów dolarów. Są one tym dotkliwsze, że doszło do nich w regionie uznawanym za najbiedniejszy i najbardziej zacofany na całym świecie.

Tegoroczna, wyjątkowo obfita pora deszczowa objęła też południowe skraje Sahary, do których zwykle nie dociera. W rezultacie powodzie dotknęły także rozrzucone na Saharze Maroko i Algierię. W pustynnych powodziach zginęło ponad 20 osób, a wśród pustynnych oaz (jak w marokańskiej Merzoudze) i wydm wykwitły spore i nigdy tu niewidziane jeziora.

Afryka nie psuje klimatu, ale płaci za jego zepsucie

Gwałtowne zjawiska pogodowe są głównie wynikiem zmian klimatu, do których w znacznej mierze rękę przyłożyli ludzie. Ze wszystkich kontynentów świata udział Afryki w psuciu klimatu i przyrody jest najmniejszy, ale właśnie ona, najuboższa i najmniej zaawansowana w rozwoju, najboleśniej odczuwa skutki globalnego ocieplenia i ponosi jego największe koszty.

Zambia i Zimbabwe nie są jedynymi krajami w Afryce zależnymi od prądu pochodzącego z elektrowni wodnych. Energię z wody czerpią też Mozambik, Malawi, Kongo, Uganda czy Etiopia. Dziś susza pomniejszyła Zambezi i unieruchomiła zbudowane na jej brzegach elektrownie wodne. Kto zapewni, że jutro nie przytrafi się to nad Limpopo, Kongiem czy Nilem? Nikt nie zniechęca do hydroelektrowni, wręcz przeciwnie. Wytwarzany przez nie prąd nie szkodzi przyrodzie. Niebezpieczne jest jednak całkowite uzależnienie się od tego źródła energii. Zwłaszcza dzisiaj, gdy wszyscy odczuwają już skutki zmian klimatycznych i globalnego ocieplenia.

A poza Sahelem powodzie znów zalały w tym roku Sudan Południowy, zaś susza dotknęła Lesotho, Malawi, Mozambik, Namibię i Angolę. W Namibii i Zimbabwe władze kazały nawet wybijać dzikie zwierzęta, by więcej wody zostało dla ludzi.

Nigeria, afrykański kolos, w którym żyje już prawie ćwierć miliarda ludzi (w całej Afryce ok. 1,3 mld), a za niespełna sto lat ma ich być dwa razy więcej (więcej ludzi żyć ma wtedy tylko w Indiach, Chinach i Pakistanie, a ludność Nigerii będzie już większa od ludności USA, Indonezji czy Brazylii), od lat zmaga się z kryzysem energetycznym, choć jej złoża ropy naftowej należą do najbogatszych na świecie.

Niedobory prądu duszą gospodarkę i nie pozwalają jej rozwinąć się tak, by utrzymać kraj i jego obywateli. Brak prądu staje się w Nigerii jeszcze bardziej odczuwalny, bo państwo to zostało uznane przez ekspertów z ONZ za jedno z pięciu na świecie, w których najbardziej odczuwalne będą narastające ze zmianą klimatu upały. Żeby je przeżyć – a są tym dotkliwsze, że nad Zatoką Gwinejską wilgotność powietrza przekracza 90 procent – potrzebny jest prąd do klimatyzatorów, wentylatorów, lodówek i zamrażarek. Tymczasem jedna trzecia Nigeryjczyków do dziś w ogóle nie ma dostępu do prądu. W całej Afryce w podobnej sytuacji jest ponad 570 milionów ludzi. To mniej więcej tyle, ile liczy cała ludność Europy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”