Po południu lunęło. Deszcz i wiatr z hukiem uderzyły w okna domu na piętrze, przypominając, jak gwałtownie może się tu zmienić pogoda. Porządnie nie padało od dobrych dwóch tygodni, temperatura sięgała dwudziestu stopni. Morze – widoczne za trzema rzędami dachów – zlało się w bielach i szarościach z niebem. Mokły szare dachówki, mokły mewy i ich pisklaki.
Zaczął się przypływ, choć jeszcze przez kilka godzin nasza skalista plaża będzie odsłonięta, pozwalając zajrzeć do rock pools, małych basenów pływowych, w przestrzenie między kamieniami i skałami, w których cofające się morze pozostawia kraby, rozgwiazdy i raki pustelniki.
Mieszkam przy najdłuższej i jednej z najstarszych ulic w miasteczku. Przecina ona Macduff od morza aż do wzgórza Doune, na którym znajduje się niewielka budowla nazywana Świątynią Wenus. Wybudowano ją w XVIII w., by cieszyła oczy właścicieli Duff House, pięknej rezydencji powstającej wtedy po drugiej stronie rzeki Deveron. Rzadko chodzę na wzgórze, choć widok stamtąd jest spektakularny.
Ciągnie mnie do morza, więc zwykle – tak jak teraz – po wyjściu z domu kieruję się w lewo, tam gdzie już od progu widzę jego taflę. Po deszczu wciąż jest ciepło, słońce odbija się w kałużach. Pisklak mewy drepcze chodnikiem – niepewny i zagubiony, choć skrzeczenie starszyzny siedzącej na dachu upewnia mnie, że rodzice są w pobliżu i czuwają nad jego podskokami i próbami lotu.
Łodzie w Macduff
Idąc do plaży – choć to może nieco mylące słowo na określenie skalistych brzegów w tej okolicy – mijam domy zamieszkane niegdyś przez rybaków. Mają ponad dwieście lat, ale nie widać tego na pierwszy rzut oka, bo współczesne elewacje skrywają kamienne ściany. Macduff, podobnie jak inne wsie i miasteczka usadowione na północnym wybrzeżu regionów Aberdeenshire i Moray, rybacki czas ma już za sobą. Musiało się wymyślić na nowo, ale nie przekształciło się w turystyczną wioskę z białymi domami i błękitnymi okiennicami jak z folderu.
Nadal żyje z morza, ale inaczej – ma małą, dynamicznie rozwijającą się stocznię, a w tutejszej przystani cumują nie jachty, ale duże rybackie trawlery i kutry. W porze lunchu do lokalnego bistro i piekarni wędrują mężczyźni w roboczych kombinezonach umazanych smarem. Turyści, gdy czasem tu dotrą, z ciekawością obserwują, jak wygląda prawdziwa strona rybackiego życia.
Kiedyś w przystani był targ rybny, na którym sprzedawano świeże ryby wyładowane z kutrów. Dziś można umówić się z którymś z rybaków i kupić od niego makrele. Rybne aukcje odbywają się wyłącznie w dużych portach, takich jak Fraserburgh i Peterhead.
Łodzie w Macduff czasem cumują kilka dni, czasem reperowane są w stoczni. Wyciąga się je z wody i dopiero wtedy widać naprawdę, jak są potężne. Co jakiś czas wodowana jest tu nowo wybudowana łódź – to zawsze miejscowe święto. Stocznia jest dla ludzi w Macduff ważna. „Gdyby nie ona, miasto by umarło” – mówią i pewnie wiele w tym racji.
Podwodna sałata
Zostawiam stocznię za sobą, mijam akwarium prezentujące florę i faunę Morza Północnego. Na ulicy pusto, słońce jest już nisko nad horyzontem. Podczas mojego pierwszego lata w Macduff często chodziłam obserwować życie zamknięte w rock poolach. Teraz rzadziej wyprawiam się na obserwacje podwodnych światów, które odsłaniają się tylko na czas odpływu. Ta, jak mówią naukowcy „strefa pływów”, wydaje się spokojna i niemal błoga – w rzeczywistości jednak toczy się w niej zaciekła walka o przetrwanie aż do przypływu, gdy znów zaleje ją morze.
Zagrożeniem są inne stworzenia, nadmierna ekspozycja na słońce, brak schronienia. Staram się nie niepokoić mieszkańców, powstrzymuję się przed dotykaniem rozgwiazd i ukwiałów, nie podnoszę już kamieni w poszukiwaniu małych krabów. Niezmiennie fascynuje mnie za to rozmaitość wodorostów: ich długie, śliskie wstążki, delikatna karbowana zielona „sałata”, drobne jaskrawozielone nitki. Porzucane na plaży przez cofające się fale, układają się w przeróżne wzory i kompozycje.
Gdzieś dalej, w głębszych wodach, rosną lasy wodorostów. To w nich, wśród wijących się wstążek, pierwszy okres swego życia spędzają dorsze. Gdy dorastają, opuszczają zielono-brunatny świat rybiego dzieciństwa i łączą się w ławice. Namiastkę podwodnego lasu można zobaczyć w Marine Aquarium – w wielkim, głębokim na kilka metrów zbiorniku prześwietlonym naturalnym światłem. Poza sezonem, gdy przychodzi tam niewiele osób, lubię przyglądać się falującym brunatnicom i wyłaniającym się z nich ciekawskim rybom: dorszom, plamiakom, turbotom i rdzawcom.
Na ratunek Tarlair
Piętnaście minut drogi od Aquarium i kamienistych plaż jest Tarlair – zewnętrzny, nieczynny basen podzielony na trzy części wypełnione morzem. Morskie baseny były tu kiedyś bardzo popularne, teraz w większości zostają zapomniane. Tarlair jest szczególny ze względu na swoje położenie – otoczony amfiteatralnie przez wysokie klify, z prostymi pawilonami w stylu art deco, w których kiedyś mieściła się herbaciarnia, wydaje się trwać w idealnej harmonii z naturą. Pierwszy raz byłam tam przed kilku laty w styczniu – było pusto, pochmurnie, dziwnie spokojnie.
Później, kiedy dowiedziałam się, co to za miejsce, z trudem mogłam uwierzyć, że nie tak dawno, jeszcze w latach 50. i 60., Tarlair wypełniały tłumy. Od rana do wieczora kąpały się tam dzieci, starsi skakali z trampoliny, pływały małe łódki. Organizowano tańce i gale. Do Tarlair samochodami i autobusami zjeżdżali ludzie z całej okolicy. Potem miejsce opustoszało. Pozostawione morzu i wiatrom, coraz bardziej popadało w ruinę.

Kilka lat temu pojawiła się szansa, by do Tarlair znów wróciło życie – dzięki determinacji ludzi z niewielkiej lokalnej fundacji Friends of Tarlair udało się zyskać fundusze na renowację zabytkowych pawilonów. Prace trwają i mimo że ostatniej zimy i wiosny pogoda była katastrofalna i nie ułatwiała życia budowlańcom, wszystko wskazuje na to, że wielkie otwarcie nastąpi już w październiku. Na razie do dawnej świetności przywraca się tylko zabytkowe budynki, w których ma mieścić się kawiarnia i centrum lokalnej aktywności, ale jest nadzieja, że za jakiś czas możliwe będzie także odbudowanie i udostępnienie basenów.
Ocalenie kompleksu Tarlair – zapewne w ostatniej chwili – to wielki tryumf tutejszej społeczności. Na ten cel pieczono i sprzedawano ciasta, organizowano loterie, sprzedawano kalendarze. Teraz nie możemy doczekać się przyjemności wypicia kawy z widokiem na dzikie zimowe morze przelewające się nad ścianami basenu.
Śledziowa gorączka
Macduff powstało przed wiekami jako rybacka osada (wtedy nazywało się Doune – od gaelickiego słowa dùn oznaczającego fort), ale na jego rozwoju najbardziej zaważyła jedna srebrzysta ryba – śledź. „Śledziowa gorączka” (ang. herring boom) ogarnęła XIX-wieczną Szkocję i trwała mniej więcej do końca I wojny światowej. Wtedy rozbudowywano tu przystanie i budowano coraz lepsze i coraz liczniejsze łodzie.
Macduff, w przeciwieństwie do okolicznych wsi i miasteczek, ma przystań na tyle głęboką, że rybacy z pobliskiego Gardenstown, Crovie czy Banff mogli tu bezpiecznie cumować. W 1815 r. w Macduff otworzono pierwszy curing yard, gdzie świeżo złowione śledzie patroszono i pakowano do beczek z solą. Wkrótce takich placówek było już kilkanaście.
Kiedy w połowie XIX w. zbudowano kolej łączącą rybackie wioski, ryby można było sprawnie transportować na południe do wielkich miast i do dużych portów, a stamtąd dalej do Europy. W szczycie „śledziowej gorączki” w 1907 r. ze Szkocji wyeksportowano dwa i pół miliona beczek śledzi (ok. 250 tys. ton), a śledziowa flota liczyła jakieś 10 tys. łodzi.
Śledziowe dziewczęta
Śledziowy sezon trwał jednak krótko – najpierw od stycznia do marca ławice pojawiały się przy zachodnich wybrzeżach Szkocji i tamtejszych wyspach, Hebrydach. W maju śledzie mijały Szetlandy na północy. Później płynęły do zatoki Moray Firth i wzdłuż wschodniego wybrzeża, by jesienią dotrzeć do wschodnich brzegów Anglii.
Rybacy podążali za śledziami, a za ich łodziami, lądem od portu do portu, przemieszczały się gutting quines, inaczej herring lassies: „patroszące dziewczęta” albo „śledziowe dziewczęta”. „Lassie” to w Szkocji młoda dziewczyna, ale tu na północnym wschodzie, mówi się w dialekcie doryckim, w którym dziewczyna to „quine”. To od ich szybkiej pracy zależało, czy śledzie – ryby tłuste i, co za tym idzie, szybko psujące się – na czas zostaną zapakowane do beczek.
Dziewczęta pracowały trójkami – dwie patroszyły, jedna upychała ryby w beczce. Najszybsze potrafiły wypatroszyć nawet kilkadziesiąt śledzi na minutę. Aby ochronić palce przed skaleczeniem, owijały je rodzajem bandaży z worków po mące, zwanych „cloot”. Praca była niezwykle ciężka, nieraz od świtu do późnego wieczoru, w każdych warunkach pogodowych.
„Herring lassies” były jednak doceniane i traktowane na równi z rybakami. A że zarabiały własne pieniądze, poznawały nowe miejsca i ludzi, ciężka praca oznaczała dla nich wolność i emancypację, na jaką nie miałyby szans, zostając w domu. Historia kobiet z rybackich wiosek to ważna część społecznej historii Szkocji.
W stronę Gamrie
Z Macduff do oddalonego o osiem mil Gardenstown kilka razy dziennie jedzie mały busik. Musi być mały, bo choć droga najpierw prowadzi wśród szerokich pól (wiosną zielonych i brązowych, latem złocistych od zbóż i fioletowych od facelii), to później leci stromo w dół wzgórza ku morzu, a im bliżej celu, tym więcej ostrych zakrętów. W samym miasteczku zakręty są już pod takim kątem, że większy autobus nie dałby im rady. Gardenstown, lub Gamrie – jak mówią mieszkańcy, tak jak Macduff żyło i żyje z morza. W przystani wciąż jeszcze cumuje sporo rybackich łodzi, ale to małe jednostki do połowów krabów i makreli.
Jest ciepło, połowa sierpnia, początek weekendu. Mnóstwo dzieci – część łowi w przystani kraby, inne skaczą do wody w neoprenowych piankach. Potem biegną na naleśniki do otwieranej co sezon kawiarni – co tydzień prowadzą ją wolontariusze innej lokalnej organizacji charytatywnej lub fundacji, zdobywając w ten sposób pieniądze na działalność. Ceny są symboliczne, ludzie hojni.
Dziś w wiosce jest dodatkowo większy ruch z powodu „Gamrie Creatives” – co roku podczas tego wydarzenia otwierają się studia lokalnych artystów. Można chodzić od jednego do drugiego, rozmawiać z twórcami, oglądać to, co robią z wyrzucanego przez morze drewna, muszli, kamieni i oszlifowanych przez fale odłamków szkła. Coś szczególnego musi być w tym miejscu, w zmieniających się kolorach pól, morza i nieba, w świetle, że wyzwala tyle kreatywności i pasji. Niektórzy artyści są stąd, inni przeprowadzili się tu z daleka, nawet z Londynu.
Wielki Sztorm
W sąsiedniej wiosce Crovie jest cicho i spokojnie. Nie jeździ tam żaden autobus, nawet najmniejszy, a i samochodem dojazd jest problematyczny. Najlepiej przejść z Gamrie na piechotę ścieżką przez plażę i potem u podnóża klifu. Ostatniej zimy trasa była zamknięta, bo padało tak często i obficie, że na ścieżkę osunęły się zwały ziemi i kamienie. Teraz fragmenty zbocza odsłaniają ziemię i wygląda to tak, jakby ktoś brutalnie zerwał ze wzgórza jego trawiastą skórę. Crovie nie takie rzeczy jednak przetrwało.
Kiedy w 1953 r. przyszedł sztorm, Wielki Sztorm, jak go potem nazwano, woda zabrała ze sobą kilka domów, a niektóre z tych, które ocalały, straciły okna i drzwi. Żeby zrozumieć, jak to możliwe, trzeba Crovie zobaczyć – to kilkadziesiąt tradycyjnych rybackich domków wciśniętych w niezwykle wąski skrawek lądu między morzem a ścianą klifu. We wsi nie ma drogi, przed domami zwykle zwróconymi ku morzu boczną, węższą ścianą szczytową, ciągnie się jedynie wąski, gdzieniegdzie szeroki jedynie na dwa, trzy metry chodnik z betonu i kamieni. Za nim jest już tylko morze, które oddala się i przybliża w rytm przypływów i odpływów. 31 stycznia 1953 r. sięgnęło za daleko.
Teraz, w kolejny piękny letni dzień, Crovie wydaje się miejscem idealnym – małe domki, przed niektórymi ławki, połyskujące w słońcu morze, kolorowe pranie suszące się na sznurach. Łatwo zapomnieć, jak trudne mogą być jesienne i zimowe dni, gdy deszcz i wiatr uderzają w okna, a fale budzą grozę.
Po Wielkim Sztormie domy w Crovie zostały wyremontowane, a ludzie uparli się, że zostaną, choć władze miały pomysł, żeby ich przesiedlić i zostawić wioskę morzu. Ilu teraz zostało „Crovie folk”? Ludzi, którzy są stamtąd? Gdy pytam o to podczas moich wizyt w wiosce, okazuje się, że trudno to policzyć. Bo czy to tylko ci, którzy się tam urodzili? Takich osób jest kilka. Czy także ci, którzy teraz mieszkają tam na stałe, choć pochodzą z innych stron? I co to znaczy na stałe? Czy podczas zimowych sztormów też? Jakkolwiek by liczyć, Crovie ma szczęście do ludzi, bo i ci z rodzin szkockich rybaków, i ci, którzy się tam osiedlili, są temu miejscu głęboko oddani. Crovie uchodzi za najlepiej zachowaną rybacką wioskę w Szkocji, a jej dziedzictwo jest tam wciąż celebrowane i chronione.

Gdy w ubiegłym roku obchodzono hucznie 60-lecie ocalenia wioski przed zapędami urzędników, mieszkańcy otworzyli swoje domy dla zwiedzających i gości. W oknach wystawili fotografie ludzi, którzy żyli tam przed nimi, oraz opis ich losów. Powtarzały się w nich te same nazwiska: Watt, Reid, West, Wiseman. To rodziny, które mieszkały tam od zawsze i od zawsze żyły z morza i dla morza. W czasach największej śledziowej prosperity, pod koniec XIX w., w 66 domach mieszkało trzysta dwadzieścia osób. Ponad 60 rodzin – czyli niemal wszyscy – żyli z rybołówstwa. Były też gutting quines. Jedną z ostatnich była Jessie Watt, która przestała pracować dopiero w latach 50. XX w.
Morskie sreberka
Do Macduff śledzie przypływają w środku lata. Wtedy na tablicy wystawionej przed sklepikiem rybnym na kilka tygodni pojawia się hasło: „Świeże śledzie” (te uwędzone, czyli kippers, są dostępne cały rok). Kiedy je kupuję, rozumiem czemu nazwano je silver darlings (czyli „srebrnymi ulubieńcami”, „kochanymi sreberkami”) – ich skóra lśni w słońcu jak wypolerowane srebro, jest miękka i gładka. „Długo jeszcze będą?” – pytam właściciela, zastanawiając się nad wielkością zakupów. „To zależy od pogody”, mówi po chwili namysłu. „Teraz się psuje, więc może już tylko tydzień”.
„Czyli nie wiadomo” – mruczę sama do siebie, ale przecież wiem, że tak właśnie jest – z morzem nigdy nic nie wiadomo. Dzień wcześniej zapowiedziano gwałtowne deszcze i silny wiatr. Od rana faktycznie dmucha, ale nadal jest ciepło i nie pada. „Może prognoza się nie sprawdzi” – zastanawiam się z nadzieją, bo nie mogę odpędzić myśli, że to już, że lato nagle przyspieszyło i za chwilę się skończy. Sierpniowe dni stają się już coraz krótsze, nieubłaganie przybliżając nas do czasu, gdy budzić się i zasypiać znów będziemy w mroku. Aplikacja na moim telefonie zaczyna przysyłać alerty, że widoczna może być zorza polarna.
W sezonowości śledzi i skracających się dniach – teraz tu, na północy, ciemno robi się już po dziewiątej – jest jednak coś uspokajającego. Poczucie, że wszystko toczy się swoją od wieków wytyczoną ścieżką i że śledzie za rok powrócą do Macduff. A przynajmniej taką możemy mieć nadzieję – o ile zmieniający się klimat nie zmieni ich szlaków.
A lato jeszcze przecież przez chwilę jest – rozkwitające wrzosy dopiero zaczynają zmieniać kolor wzgórz na fioletowy. Czerwienieją dzikie róże i jarzębina. Dojrzewają spóźnione nieco w tym roku jeżyny – te tutaj, przez słony wiatr od morza, miewają specyficzny słodko-słony smak.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















