Tylko jeden rząd rozczarował swych wyborców bardziej niż ekipa Donalda Tuska. Był nim gabinet Leszka Millera, który po dwóch latach dogorywał już jako rząd mniejszościowy, naznaczony sprawą Rywina i aferą starachowicką.
Dzisiejsza władza jest wolna od skandali tego kalibru i daleko jej też do 10 proc. poparcia społecznego, które żegnało Millera – trudno jednak cieszyć się z faktu, że w historii III RP zdarzył się komuś większy upadek wizerunkowy. Gabinet Tuska popiera dziś tylko 29 proc. badanych przez CBOS – minimalnie więcej niż rząd Morawieckiego, dodajmy: po pandemii i po siedmiu latach PiS u władzy.
Dwa lata po wyborach
Zbliża się druga rocznica wyborów z jesieni 2023 roku, które przyniosły rekord frekwencyjny i odsunęły PiS od rządzenia. Było to wyrazem woli większości społeczeństwa, które – mimo odmiennych poglądów na szereg spraw – nie chciało zaakceptować podporządkowania Zjednoczonej Prawicy wymiaru sprawiedliwości, mediów i państwowych funduszy, ani też burzenia delikatnego rozejmu wokół aborcji.
W efekcie u władzy znalazł się niespotykany wcześniej sojusz: od lewicy po centroprawicę, reprezentowaną przez PSL. Miał rządzić długo.
Spadek po PiS
Trudno porównywać czasy Leszka Millera, sprzed wejścia do UE, do obecnej rzeczywistości. To zupełnie inny świat, także polityczny, jednak podobne jest uczucie rozczarowania. Tak jak Miller miał ułożyć nam świat po chaosie końca epoki AWS, tak samo Tusk miał po dusznych czasach PiS zaprowadzić erę spokoju i porządku. Niestety, oba te pojęcia szybko zaczęły się wykluczać.
PiS zostawił w kluczowych instytucjach państwa (sądy, prokuratura, media, armia, dyplomacja etc.) tak wiele „bezpieczników”, że odzyskiwanie niektórych stanowisk i instytucji odbywało się przy pomocy fizycznego zajęcia gabinetów i budynków. To pokazywało sprawczość, ale rodziło też zarzuty o wchodzenie w buty poprzedników.
Śmiem jednak twierdzić, że społeczeństwo dawno już zapomniało najbardziej kontrowersyjne zdarzenia, np. szturm na telewizję publiczną, wymianę kierownictwa prokuratury albo akcję policji w Pałacu Prezydenckim. Poparcie dla rządu, jak wynika z badań, runęło raczej z powodu niezrealizowania większości obietnic, wewnętrznych konfliktów i niespójności przerośniętego gabinetu, a także braku czytelnej wizji, dokąd on zmierza.
Z perspektywy wyborców
Projekt CPK, uznawany wcześniej za przejaw gigantomanii ekipy Kaczyńskiego, jest dziś realizowany, choć w formie atrakcyjnej bardziej dla wielkomiejskiej Polski. Bariera na granicy z Białorusią, przeciwko której obecna władza ostro protestowała, dziś jest przedstawiana niemal jak autorski projekt, naprawiający fuszerkę PiS.
Jednak korzystanie z pomysłów poprzedników i niezbyt udane próby odwrócenia „deform” Ziobry nie okazały się szczególnie ekscytujące dla wyborców, zwłaszcza przy rosnących rachunkach i medianie zarobków na poziomie 5300 zł na rękę. Gdy więc premier mówi o zduszeniu pisowskiej inflacji i wejściu Polski do G20, dla wielu obywateli to powrót do opowieści o „zielonej wyspie”, której nie widzieli w portfelach.
Tusk zapomniał, że władzę zdobył nie tylko dzięki zdeklarowanym przeciwnikom PiS, ale też za sprawą sporej grupy warunkowych wyborców, którzy są dziś rozczarowani, i gdyby znowu mieli pójść do urn, zapewne skończyłoby się to sromotną porażką koalicji. Nie samej KO, ale na pewno jej sojuszników, z których nad próg wyborczy wystaje dziś tylko Nowa Lewica, a pod nim lądują PSL i Polska 2050.
Koalicja w kryzysie
Na dokładkę ta ostatnia partia została de facto porzucona przez Szymona Hołownię, który na swą następczynię namaszcza Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, niezbyt lubianą we własnym ugrupowaniu i działającą na premiera jak płachta na byka. Tusk zapewne nie zgodzi się, by została wicepremierką, co oznacza, że może dojść do turbulencji przy planowanym za miesiąc oddaniu fotela marszałka Sejmu Włodzimierzowi Czarzastemu.
Możliwy jest przy tej okazji wręcz rozpad Polski 2050, co oznacza dla KO konieczność szybkiego „wchłonięcia” dwóch trzecich jej klubu. Inaczej rząd może upaść.
Czy czekają nas wcześniejsze wybory? Niekoniecznie. Dla polityków Polski 2050 to może być ostatnia kadencja w Sejmie, więc zapewne nie zechcą jej skracać zrywaniem koalicji. Z kolei Kaczyński też nie chce się spieszyć, bo wierzy w postępującą zapaść obozu Tuska, a na dodatek nie wyobraża sobie, by miał tworzyć rząd (kojarzony z solidaryzmem społecznym) wraz z Konfederacją, która chce jak najmniej państwa w państwie.
Nowy układ sił
Dlatego lider PiS, zanim zostanie zmuszony do tego układu, idzie na wojnę z konkurencją. Ta jednak dzielnie broni się i w sondażach, i w ostrych ripostach Sławomira Mentzena. Jeśli więc Kaczyński na coś może liczyć na prawo od siebie, to na wyrwanie narodowej frakcji Krzysztofa Bosaka, ale i to nieprędko.
Ważną rolę w tej układance będzie miał prezydent Karol Nawrocki, silny, lawirujący między PiS a Konfederacją. I dlatego sądzę, że prawica dzieląca dziś skórę na niedźwiedziu może wejść w kampanię wyborczą skłócona; przecież nawet w samym PiS trwa walka kilku frakcji. Skazywanie na klęskę obecnego obozu władzy i wizja wyroków wydawanych przez sądy podporządkowane Kaczyńskiemu na Żurka czy Giertycha wydają się więc przedwczesne.
Może się okazać, że zakleszczenie obchodzącego 20-lecie duopolu przyniesie nam już niedługo mocne przemodelowanie całej sceny politycznej. Nie wygląda to dobrze w erze zagrożenia ze strony Rosji, ale może jest po prostu dziejową koniecznością.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















