Pamiętają Państwo jeszcze Staszka, który „chciał się sprawdzić w biznesie”? Jeśli nie, to przypomnę. Tym chętniej, że przypadkiem byłem świadkiem narodzin tego głośnego cytatu w redakcji „Newsweeka”, gdzie wówczas pracowałem. Głównym bohaterem opowieści był Stanisław Dobrzański, polityk koalicyjnego jak zwykle PSL, który właśnie został nieoczekiwanie prezesem wielkiej państwowej spółki PSE. Pamiętam, była jesień 2001 r., resortem skarbu w rządzie Leszka Millera od niedawna kierował Wiesław Kaczmarek, a podpisana przez niego nominacja biznesowego nuworysza na tak ważne stanowisko wzbudziła powszechne oburzenie. O wyjaśnienia poprosiła ministra także moja ówczesna redakcja.
Ten artykuł znalazł się w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Made in Polska” – do kupienia w punktach z dobrą prasą, salonach prasowych oraz w naszym sklepie internetowym >>>
Dla subskrybentów cyfrowych wszystkie treści z wydania specjalnego dostępne są w serwisie Made in Polska >>>
„Staszek chciał się sprawdzić w biznesie. Dlaczego miałem nie dać mu tej szansy” – wypalił ku naszemu zdumieniu Kaczmarek. Nie mniej zaskoczeni byli czytelnicy i komentatorzy. Kuriozalna odpowiedź błyskawicznie zaczęła żyć własnym życiem.
Przywołuję ją teraz jako świadectwo czasów, w których bycie przedsiębiorczym było postawą tak naturalną, że mogło wydawać się nawet dobrą przykrywką dla politycznej korupcji.
Czy mogliśmy być tam, gdzie Korea Południowa?
Blisko ćwierć wieku później w spółkach Skarbu Państwa wciąż nie brakuje Staszków i Danieli, ale Polska jest już zupełnie innym krajem. W „podróży na Zachód”, którą rozpoczęliśmy w 1989 r., właśnie mijamy symboliczny kamień milowy, jakim jest przekroczenie progu biliona dolarów PKB. Ta kategoria jest oczywiście płynna, bo wystarczy jedno duże umocnienie złotego do dolara i bilion zniknie jak kamfora, ale to w gruncie rzeczy nieistotne. Liczy się to, jak dziś postrzegamy swoją codzienność w odniesieniu do przeszłości. A z tej perspektywy trudno nie nazwać tych 36 lat niezwykle owocnymi.
Eksplozję wolnego rynku na początku lat 90. opisano już tak dokładnie, że w tym miejscu możemy sobie darować szczegóły. Ważniejsze wydaje się jej historyczne podłoże, jakim był wstrząs epoki Gierka. Lata 70. przyniosły pierwszą w powojennych dziejach Polski próbę gospodarczej modernizacji kraju do standardów zamożnego świata zachodniego, co zresztą wyraźnie sugerowało propagandowe wezwanie do budowy drugiej Japonii, najlepszego wówczas symbolu udanej transformacji.
Najczęstsze skojarzenia z dorobkiem dekady Gierka to oczywiście warszawski Dworzec Centralny czy Huta Katowice. W rzeczywistości jej największą zdobyczą było wzbudzenie w społeczeństwie konsumpcyjnych apetytów i uświadomienie milionom Polaków, że skok cywilizacyjny jest naprawdę w zasięgu ich możliwości.
Część badaczy dziejów gospodarczych uważa dziś, że gdyby do ciężkiego przemysłu i wielkich inwestycji publicznych ówczesne władze dorzuciły wtedy swobodę robienia drobnych interesów przez obywateli, Polska mogłaby być dziś z grubsza tam, gdzie znajduje się Korea Południowa. Ideologia wzięła jednak górę nad rachunkiem ekonomicznym i dopiero lata 90. przyniosły pełne uwolnienie wzbudzonego kilkanaście lat wcześniej potencjału polskiej przedsiębiorczości.
Rozpoczął się polski cud gospodarczy.
Polski kurs na przedsiębiorczość
Czy Polacy są przedsiębiorczy? To pytanie przez lata było bezzasadne, bo emocją jednoczącą właściwie wszystkie grupy i warstwy społeczne było przekonanie, że trzeba brać sprawy w swoje ręce. W wir interesów rzuciliśmy się z zapałem nowicjusza i naiwnością dziecka. Tylko w latach 1991-1995 „swoich sił w biznesie” spróbowało przeszło 1,2 mln Polaków, zazwyczaj nie zdając sobie sprawy z tego, na co się porywają. Symbolicznym przykładem tej postawy był wprowadzony wkrótce potem do szkół przedmiot o nazwie „przedsiębiorczość”, który miał hartować tę cechę wśród młodych Polaków pozbawionych nawet podstaw wiedzy o ekonomii.
Polski kurs na przedsiębiorczość miał od początku rys silnie indywidualistyczny. Bohaterem zbiorowej wyobraźni stał się „człowiek sukcesu”, który zawdzięcza wszystko własnej pracy, wiedzy i intuicji. W relacjach państwo–obywatel zagnieździła się nieufność do instytucji publicznych jako tych, które potrafią jedynie marnotrawić grosz wypracowany w pocie czoła przez podatników.
We wciąż ubogim kraju, w którym średnia pensja brutto wówczas wynosiła raptem 600 dolarów, a stopa bezrobocia w niektórych regionach sięgała 30 proc., wprowadzenie w 2004 r. podatku liniowego dla mikroprzedsiębiorców przyjęto niemal z entuzjazmem. Przeciętny Polak najwyraźniej traktował swoją sytuację materialną za najwyżej przejściowe trudności na drodze do bliskiego już bogactwa, skoro z góry głosował za ordynacją podatkową, która faworyzowała najzamożniejszych.
W 2004 r. „dołączenie do Zachodu” zrealizowało się w wymiarze formalnym. Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Trzy lata później zniknęły granice z unijnymi sąsiadami, a wkrótce potem pewnie zmienilibyśmy też złotego na euro, gdyby szyków nie pokrzyżował nam globalny kryzys finansowy.
Na polskiej przedsiębiorczości zaczęły wyskakiwać pierwsze skazy. Kredyty frankowe, które miały pomóc wyhodować polską klasę średnią, okazały się pułapką. Zagraniczne korporacje, które przyniosły nad Wisłę zachodnią kulturę pracy, zaczęły wyprowadzać z Polski miejsca pracy, lokując je tam, gdzie mogły zatrudniać taniej. Ale nadal wierzyliśmy w moc wolnego rynku i w to, że trzeba brać sprawy w swoje ręce.
Wybudowaliśmy tysiące kilometrów autostrad, a polskie pociągi nie tylko przestały straszyć zapachem. Nagle okazały się także punktualniejsze od niemieckich.
Polskie firmy, dotąd cel zagranicznych inwestycji, zaczęły kupować niegdysiejszych zachodnich rywali. A przyjeżdżający tu do pracy cudzoziemcy coraz częściej pytali, jak działają usługi bankowe i cyfrowe procedury urzędowe, których nigdy wcześniej nie widzieli.
Hasło „Polak potrafi” straciło ironiczny kontekst.
Czy osobom, których firmy odniosły sukces, należy się społeczne uznanie?
Tylko w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 352 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych, spółek i innych podmiotów powołanych do życia po to, aby dla ich twórców były narzędziem do zarabiania pieniędzy. Gdyby spojrzeć na te dane wyłącznie z perspektywy statystycznej, można dojść do wniosku, że biznes to nadal nasz ulubiony narodowy sport. Sport ekstremalny – jeśli wziąć pod uwagę, że statystycznie co trzecie takie przedsięwzięcie kończy się klapą przed upływem pierwszych 12 miesięcy od startu, a po czterech kolejnych latach śladu nie ma po aż 80 procentach nowo otwartych firm.
Upadłości i problemy związane z posiadaniem trwale nierentownego biznesu, z którego równie trudno się wycofać, co utrzymać, zdają się jednak nie zniechęcać kolejnych śmiałków. Przynajmniej w statystykach. Liczba nowych przedsiębiorstw w Polsce od dekady utrzymuje się z grubsza na tym samym poziomie 350-370 tys. rocznie (wyjątkiem był pandemiczny rok 2020, gdy ruszyło ich zaledwie 240 tys.). Uśredniając, każdego dnia około tysiąca Polaków próbuje „sprawdzić się w biznesie”.
Rzeczywistość może być jednak nieco bardziej skomplikowana od jej obrazu statystycznego. Po pierwsze, wśród chętnych, by „pójść na swoje”, dużą część stanowią takie jednoosobowe działalności gospodarcze, które powstają jedynie po to, by na co dzień w tradycyjnym ośmiogodzinnym wymiarze obsługiwać wyłącznie jednego i tego samego kontrahenta – czyli swojego pracodawcę. Ukrywanie przed ZUS-em i skarbówką firmowych etatów pod płaszczykiem rzekomej przedsiębiorczości staje się plagą. Tylko w latach 2020-23 liczba zatrudnionych w Polsce na umowę o pracę wzrosła o ledwie 17,9 tys. W tym samym czasie rejestr Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej zanotował wzrost liczby czynnych JDG aż o 161,9 tys.
O tym, że polski kurs na biznes traci impet, świadczą także wyniki dorocznego badania „Global Enterpreneurship Monitor”, które mierzy stosunek do przedsiębiorczości. Z jego najnowszej, ubiegłorocznej edycji, w której publikowano dane zebrane w 2023 r., wynika, że biznesu nie uważamy już za najlepszy pomysł na przyszłość. Tylko 43 proc. Polaków podpisuje się pod stwierdzeniem, że prowadzenie własnej firmy jest dobrym sposobem na zrobienie kariery. Jeszcze w 2018 r. zgadzało się z tym aż 86 proc. ankietowanych. W 2019 r. 77 proc. badanych uważało też, że osobom, które założyły firmę i odniosły sukces, należy się społeczne uznanie. Obecnie podziela tę opinię 63 proc. Polaków.
Jak zmieniła się polska rzeczywistość gospodarcza
A przecież ci sami ankietowani, w oparciu o własne obserwacje i opinie od znajomych przedsiębiorców, uważają także, że mamy w kraju warunki sprzyjające założeniu i prowadzeniu biznesu. Poprawa społecznej oceny przyjazności otoczenia dla firm jest wręcz gigantyczna. W 2012 r. uważał tak zaledwie co piąty Polak. Dziś aż 74 proc. Nieznacznie, bo z 54 do 48 proc., zmalał w tym okresie odsetek tych, którzy deklarują, że mają wiedzę i umiejętności niezbędne do odniesienia sukcesu w biznesie.
Nieco bardziej niż w 2012 r. obawiamy się także porażki (wzrost z 44 do 52 proc. badanych, którym strach przed fiaskiem nie pozwalał wejść na ścieżkę przedsiębiorczości), ale nie to stanowi dziś główny hamulec dla rozwoju biznesu w Polsce. Mamy do czynienia z zapaścią etosu przedsiębiorcy. W 2012 r. przeszło co piąty Polak (22 proc.) nosił się z myślą o założeniu firmy. W 2023 r. rozważało to… 2,6 proc. z nas. Wśród osób w wieku produkcyjnym tylko 1,5 proc. w momencie przeprowadzania badania było w trakcie zakładania działalności gospodarczej. Anno Domini 2012 ten sam odsetek był czterokrotnie wyższy!
Polska rzeczywistość gospodarcza lat 2023-2025 ma się więc już nijak do naszych własnych wyobrażeń o sobie jako młodych wilczkach Europy. Im bliżej nam pod względem dochodowym do najzamożniejszych krajów, tym mniejszy mamy apetyt na ryzyko. Na jednego Polaka prowadzącego biznes o metryce krótszej niż 3,5 roku przypada statystycznie aż czterech, którzy mają firmę działającą dłużej niż 42 miesiące. W Grecji ta sama proporcja wynosi tymczasem jeden do dwóch. W Norwegii, Hiszpanii i we Włoszech – już jeden do jednego. Luksemburg, Szwecja, Węgry, Słowacja, Szwajcaria, Francja, Niemcy, Wielka Brytania – tu wszędzie młode firmy przeważają liczbowo nad takimi, które już uleżały się na rynku.
Na pytanie o gradację motywacji, które stały za decyzją o pójściu w biznes, polscy posiadacze młodych firm najczęściej wskazują na… niedostateczną liczbę ofert pracy na rynku. Potem wybór pada na chęć wzbogacenia się, a następnie – kolejno na pragnienie zmiany świata i potrzebę kontynuacji rodzinnych tradycji. Wśród Holendrów, Norwegów, Luksemburczyków i Szwajcarów te same proporcje układają się w kolejności: walka o lepszy świat, chęć wzbogacenia się, brak sensownych ofert pracy, tradycja rodzinna. Podobnie u Włochów, Niemców i Brytyjczyków – z tą różnicą, że tu szybkie wzbogacenie się przedkładano jednak nad chęć zmiany świata na lepsze.
Dlaczego młodzi Polacy nie są już zainteresowani biznesem?
W wynikach uderza jeszcze jedno – rekordowo niska reprezentacja młodych Polaków wśród tych, którzy zakładają nowe firmy. W 2023 r. na każdych stu posiadaczy biznesu działającego nie dłużej niż 3,5 roku przypadało niespełna pięć osób w wieku 18-34. Poza Norwegią (4,7 proc.) nigdzie reprezentacja młodych wśród tych, którzy próbują zaistnieć w biznesie, nie była równie niska.
Więcej: we wszystkich pozostałych krajach objętych badaniem osoby 18-34 stanowiły grubo ponad 10 proc. świeżo upieczonych przedsiębiorców (z wyjątkiem Grecji, Hiszpanii i Szwajcarii, gdzie ten odsetek oscylował w przedziale 7,4-9,1 proc., czyli i tak znacznie powyżej Polski). Na Łotwie przeszło co piątą nową firmę (22,3 proc.) otworzył ktoś przed 35. rokiem życia.
Dlaczego młodzi Polacy nie są już zainteresowani biznesem? Wśród winowajczyń jest bez wątpienia pandemia. Dla tych, którzy właśnie wchodzą na rynek pracy, jednym z pierwszych przeżywanych „na dorosło” doświadczeń był lockdown. Pandemiczne przepisy sanitarne szczególnie mocno biły w branżę restauracyjną, puby i kluby, siłownie i salony fitness oraz organizatorów imprez masowych – a więc przedsięwzięcia, które mają wśród klientów głównie młodych ludzi. Towarzyszenie powolnej agonii ulubionych miejsc rozrywki, konfrontacja z kolejnymi apelami o wsparcie, publikowanymi przez właścicieli padających interesów – wszystko to mogło i musiało się odbić na wierze młodych w to, że warto iść na swoje.
Pandemia nie tłumaczy jednak wszystkiego. Nie wyjaśni zwłaszcza, jakim cudem dystans do takiej ścieżki kariery może iść w parze z gigantycznym zainteresowaniem kryptowalutami, akcjami i hazardem online. Światem, w który ryzyko jest wpisane przecież na stałe.
Odpowiedź na to pytanie ponownie postawi w centrum tej opowieści pojęcie przedsiębiorczości. Zarazem będzie jednak surową recenzją wystawioną architektom współczesnej Polski.
Co młodzi wybierają zamiast pracy
Ekonomia chłopskiego rozumu. Tak można by nazwać po polsku coś, co redakcja amerykańskiego miesięcznika „The Atlantic” ochrzciła przed paroma miesiącami terminem „bro economy”. W skrócie, chodzi o spektrum produktów i usług tworzonych przede wszystkim z myślą o młodych, zwłaszcza młodych mężczyznach, szukających okazji do szybkiego wzbogacenia. Ich cechą charakterystyczną są także nieustanne odwołania do „chłopskiego rozumu”. Im częściej i głośniej mówią ci, że się mylisz, że nadmiernie ryzykujesz, tym bardziej nie powinieneś im ufać – zdają się mówić do swoich odbiorców właściciele giełd kryptowalut, kasyn online, serwisów i aplikacji do inwestowania na giełdzie i innych, zwykle także zagnieżdżonych w sieci przedsięwzięć obiecujących szybki zysk niecierpliwym klientom.
Definiując „bro economy”, publicystka „The Atlantic” Anne Lowray wskazała właśnie trzy produktowe filary, na których ma stać ów fenomen. Na cokolwiek by padło, chodzi w gruncie rzeczy o to samo. O szybki zysk, który wreszcie zapewniłby finansową stabilizację, jakiej nie daje nawet ciężka praca. I o dopaminowe kopniaki, towarzyszące takim zabawom na granicy, a raczej już poza granicą zdrowego rozsądku.
Idąc niedawno główną ulicą mojego rodzinnego miasta, zauważyłem dziwny szyld. Czarne, grube litery czcionki gotyckiej na białym tle układały się w hasło w języku angielskim: „Make your own destiny”. Bądź kowalem swojego losu. Okazało się, że była to witryna punktu przyjmującego zakłady e-bukmacherskie. Nie wybiło jeszcze południe. Wewnątrz zobaczyłem kolejkę złożoną z ośmiu młodych mężczyzn.
Jeśli jesteś facetem, mieszkasz w kraju wysoko rozwiniętym i masz od 18 do 29 lat, to prawdopodobieństwo, że regularnie obstawiasz zakłady w jakimś kasynie internetowym, wynosi aż 42 proc. – taki wniosek płynie z badania przeprowadzonego niedawno przez instytut Pew Research.
W Polsce samą wartość e-zakładów sportowych szacuje się na ponad 10 mld zł rocznie. Przeszło 6 mln Polaków inwestuje również w kryptowaluty – twierdzą autorzy badania przeprowadzonego wiosną 2025 r. przez firmę UCE Research. Inne badanie, na zlecenie firmy Binance, szacuje polską populację posiadaczy kryptowalut na 4 mln, a nasz rynek krypto opisuje jako kluczowy w Europie z uwagi na liczebność potencjalnych klientów w wieku do 35 lat. Nawet jeśli rzeczywistość lepiej oddają te ostatnie wyniki, nie da się nie zauważyć, że na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych pod koniec 2024 r. grało… 267 tys. osób.
Nazywanie tego trendu nową ekonomią jest zapewne przesadą, ale z pewnością to poważny sygnał ostrzegawczy dla rządzących, ekonomistów i pracodawców. W sztafecie pokoleń, którą jest gospodarka, kolejna zmiana właśnie odmawia ustawienia się na linii startu. Bynajmniej nie z lenistwa. Warunki wyścigu, które zdefiniowali poprzednicy, następcy uznali za nieuczciwe. Nie tylko nie dają im szans na poprawę wyniku. W zasadzie wykluczają nawet jego wyrównanie. Jeśli chodząc codziennie do pracy jak rodzice nie można liczyć choćby na dorobienie się dwupokojowego mieszkania i emerytury starczającej na rachunki, to po co w ogóle chodzić do takiej pracy?
Czy to nie oczywiste? Nawet nie na chłopski rozum.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















