Narzędzia terroru, o których nikt nie mówi. O czym jest powieść „Mleczarz” Anny Burns?

W tamtym czasie w Belfaście wszyscy nosili plecaki z przodu, na brzuchu. Nie dlatego, że obawiali się kradzieży. Chodziło o to, że ktoś mógł ukraść ciebie – mówi Anna Burns.
Czyta się kilka minut
Anna Burns ze swoją książką "Mleczarz", za którą otrzymała nagrodę Bookera. Londyn, 14 października 2018 r. // Fot. Ray Tang / Xinhua / East News
Anna Burns ze swoją książką "Mleczarz", za którą otrzymała nagrodę Bookera. Londyn, 14 października 2018 r. // Fot. Ray Tang / Xinhua / East News

Z pisarką Anną Burns spotykam się w kawiarni hotelu Grand Central w centrum Belfastu. Nowoczesny, pokryty szkłem 80-metrowy budynek, który mija się w drodze na dworzec autobusowy, w niczym nie przypomina swojego poprzednika. Ten pierwszy Grand Hotel, zbudowany pod koniec XIX w. w wiktoriańskim stylu, gościł okryte dobrą i złą sławą postaci, jak Winston Churchill, król Belgów Leopold II czy Beatlesi

Anna sięga pamięcią do roku 1972, kiedy hotel przejęli brytyjscy żołnierze i został przemieniony w koszary. W tym czasie, w latach 70. ubiegłego stulecia, jednej z najkrwawszych dekad w dziejach Irlandii Północnej, pisarka osadziła akcję „Mleczarza”, głośnej, nagrodzonej Bookerem powieści (niedawno wyszła w Polsce i znalazła się na czele większości rankingów podsumowujących nasz ubiegły czytelniczy rok).

Grand Central w Belfaście stał się wówczas jednym z najczęściej bombardowanych hoteli w historii, Irlandzka Armia Republikańska i inne grupy zbrojne atakowały go ponad 150 razy. Nie przetrwał, został wyburzony, a w jego miejscu powstało centrum handlowe. Nowy hotel o tej samej nazwie został zbudowany wiele lat później nieopodal starego i to właśnie w jego gwarnej kawiarni w październikowe popołudnie piłyśmy zieloną herbatę i rozmawiałyśmy o książce.

Kiedy zaczęły się kłopoty

Anna wyjechała z rodzinnego miasta na studia do Londynu w 1987 r. Wróciła do Belfastu 30 lat później, by odebrać Bookera – najbardziej prestiżową nagrodę w anglosaskim świecie literackim, która za sprawą „Mleczarza” po raz pierwszy trafiła do rąk północnoirlandzkiej pisarki. 

– Uderzyło mnie wtedy, jak Belfast tętnił życiem, zarówno w nocy, jak i za dnia. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. W latach 70. miasto zamierało po zmroku – opowiada Burns. Lata 70. były dekadą największych masakr czasu „Kłopotów”, jak nazywana jest trwająca 30 lat wojna domowa w Irlandii Północnej. Obrazy, które stały się jej symbolem, to Krwawa Niedziela w Derry w styczniu 1972 r. (14 ofiar zabitych przez armię brytyjską), Krwawy Piątek w Belfaście (9 ofiar zamachów IRA), zamachy w Dublinie, Londynie, Birmingham, ataki na  posterunki armii i policji w Ulsterze, brutalne ataki sił bezpieczeństwa na katolickie domy i dzielnice.

Zamachy bombowe dokonywane były przez republikanów z IRA chcących przemocą  zjednoczyć obie części Irlandii, i lojalistów z UVF i IFF, którzy siłą się temu przeciwstawiali. To właśnie kadry z tych wydarzeń zdefiniowały powszechne wyobrażenie o naturze przemocy konfliktu północnoirlandzkiego. „Żyliśmy w takich czasach i w takim miejscu, kiedy przemoc stanowiła główną soczewkę, przez którą oceniało się ludzi” – czytamy w „Mleczarzu”.

Kiedy czytanie pomaga

W historii, którą opowiada osiemnastoletnia bezimienna narratorka, nie ma jednak ani wybuchających bomb, ani strzałów karabinów, ani porzuconych na ulicy ciał. Przemoc, której doświadcza bohaterka powieści, ma formę psychicznego osaczenia ze strony nieznanego, znacznie starszego od niej mężczyzny zwanego „mleczarzem”, choć jak narratorka niejasno tłumaczy na samym początku powieści: „nie wiedziałam, czyim jest mleczarzem. Na pewno nie był naszym. Może w ogóle niczyim. Nie zbierał zamówień na mleko. Nic nie miał z mlekiem wspólnego”. Wkrótce okazuje się, że tytułowy mleczarz jest wysoko postawionym członkiem organizacji paramilitarnej, najprawdopodobniej IRA. 

– Zdałam sobie sprawę, że to będzie powieść o przemocy polegającej na osaczeniu, kiedy byłam już w trakcie pisania. To nie była świadoma decyzja, w moim wypadku nigdy nie jest – wyjaśnia Anna Burns. Na tym polega właśnie jej proces twórczy – nie robi założeń, tylko czeka, aż usłyszy głos postaci, który ją poprowadzi. Tak też było tym razem. Usiadła do pisania i wtedy pojawiła się dziewczyna przechodzącą wzdłuż linii granicznej oddzielającej część protestancką i katolicką w dzielnicy Belfastu, nieoficjalnie zwanej Murder Mile. Dziewczyna szła i czytała książkę, a Anna zaczęła spisywać myśli dziewczyny i tak narodziła się narratorka „Mleczarza”. 

Potem pojawiały się kolejne niezwiązane ze sobą i początkowo niezrozumiałe sceny – w jednej dziewczyna jest w pubie ze swoją rozzłoszczoną przyjaciółką, w kolejnej siostra uderza ją w twarz, jeszcze w następnej spotyka na drodze swojego prześladowcę, mleczarza. Dopiero po jakimś czasie pisarka dostrzegła, że te pozornie niepołączone ze sobą sceny zaczynają do siebie pasować.

Pisanie Anny Burns przypomina układanie puzzli, nic na siłę, kawałki same muszą chcieć się ze sobą połączyć: – Wiem, że to dziwnie brzmi, ale nigdy nie przyspieszam tego procesu. Nie myślę, że mam trzy godziny i w ciągu tego czasu muszę napisać jakąś określoną liczbę słów. Nie mogłabym w ten sposób pracować. Trzeba umieć poskromić nerwy, bo są takie dni, kiedy ogarnia mnie tylko chaos. Ale już nazajutrz wszystko zaczyna się układać. Najpierw trzy, potem cztery kawałki tekstu dopasowują się do siebie i wiem, że mam już fragment powieści. Nie umiem pisać inaczej.

„Słońce czy deszcz, ostrzał czy bomba, starcie czy zamieszki, codziennie wracałam z pracy pieszo z nosem w najnowszej książce. Wybierałam dziewiętnastowieczne. Dwudziestowiecznych nie lubiłam, bo nie lubiłam dwudziestego wieku” – mówi narratorka „Mleczarza”. To samo mogłaby powiedzieć o sobie autorka, bo jak zdradza Burns, kiedy była młoda, też czytała głównie literaturę dziewiętnastowieczną. Tylko stare książki ją zajmowały. 

Kategorycznie jednak zastrzega, że to nie ona wymyśliła to zdanie, tylko jej bohaterka: – Literatura jest tarczą, która ma ją chronić przed XX wiekiem. Czytanie jest mechanizmem obronnym. Stare książki z innej epoki trzymają ją z dala od otaczającej rzeczywistości, odgradzają ją od własnego życia.

Anna Burns z Nagrodą Bookera. Londyn, 16 października 2018 r. // Fot. East News

Kiedy nie wolno pić herbaty

Jednak to właśnie czytanie jest czynnością podejrzaną i ściąga na narratorkę niebezpieczeństwo. Przed tym zagrożeniem próbuje ją przestrzec przyjaciółka, która mówi: „To bardzo niepokojące. Zwyrodniałe wręcz. Optyczno-iluzoryczne. Wbrew zasadom współżycia społecznego. Wbrew instynktowi samozachowawczemu. Ściągające na siebie uwagę. I po co, skoro wróg czai się za drzwiami, nasza społeczność pod okupacją, i wszyscy musimy trzymać się razem, robić swoje, po co w tej sytuacji ściągać na siebie uwagę?”. W odpowiedzi słyszy: „Chcesz mi powiedzieć, że on może chodzić po mieście z semteksem i to jest w porządku, ale jak ja chcę publicznie poczytać »Jane Eyre«, to już mi nie wolno?”.

Jak definiuje się przemoc w świecie, w którym lektura Charlotte Brontë budzi większy niepokój niż noszenie ze sobą ładunku wybuchowego? 

– Przemoc staje się normalnością, której nikt nie kontestuje – mówi Burns i dodaje – Kiedy zaczęły się „Kłopoty”, miałam siedem lat, w latach 70. byłam nastolatką. Ja w tym wszystkim wyrastałam, nie było dla mnie innego świata. Żyliśmy według niespisanego prawa i wszyscy wiedzieli, że w sklepie możesz kupić to, a nie tamto, na ulicy możesz pójść tu, a nie tam, a jeśli wybierasz przystanek autobusowy, to musisz wiedzieć, że ujawniasz swoją religię. 

W „Mleczarzu” jest fragment, który oddaje jak każdy, nawet najmniejszy element codzienności podlegał politycznej rewizji: „Zasady obejmowały też jedzenie i picie. Masło stosowne. Masło niestosowne. Herbata sojuszników, Herbata zdrajców. Nasze sklepy i ich sklepy. Nazwy miejsc i ulic. (…) Każda rzecz, jaką się robiło, i każde miejsce, w jakim się przebywało, stanowiły jasną deklarację polityczną, czy się tego chciało, czy nie”.

– Tego nikt mi nigdy nie powiedział. Nie pamiętam, żeby ktoś kiedyś objaśniał mi tę skomplikowaną mapę zakazów i nakazów. To się po prostu widziało – mówi pisarka i wspomina, że zrozumiała, jak bardzo nienormalna jest normalność północnoirlandzka, dopiero kiedy po raz pierwszy opuściła Belfast i trafiła do Londynu. 

– Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to widok ludzi, którzy nosili plecaki... na plecach. Widzisz, w tamtym czasie w Belfaście wszyscy nosili plecaki z przodu, na brzuchu i to nie dlatego, że obawiali się kradzieży plecaka. Chodziło o to, że ktoś mógł ukraść ciebie – mówi pisarka, tłumacząc, że plecak z tyłu ułatwiał wciągnięcie kogoś do furgonetki albo ciemnego zaułka. Mając plecak z przodu, łatwiej było się wyplątać i uciec.

Kiedy nie chodzić do baru

W „Mleczarzu” porządku pilnuje „długowieczny duch społeczności”. Zło nie przychodzi z zewnątrz, jego sprawcami są najbliżsi – rodzina, sąsiedzi, przyjaciele. To właśnie oni są strażnikami opresyjnego porządku, który z jednej strony jest podstawą ich poczucia bezpieczeństwa, a z drugiej sprawia, że żyją w nieustannej trwodze. 

Wybór literacki Anny Burns, by nie nadawać bohaterom imion, a zamiast tego nazywać ich zwrotami określającymi ich miejsce w rodzinie czy społeczności (narratorka jest „średnią siostrą”, a pozostali bohaterowie np. „drugim szwagrem” czy też „być-może-chłopakiem”) wzmacnia obraz społeczeństwa totalitarnego, które nie istnieje bez nadzoru władzy totalitarnej. 

Zastrzega jednak, że i ten wybór nie był świadomy: – W trakcie pisania zrobiłam eksperyment i nadałam wszystkim postaciom imiona, ale wtedy poczułam, jak ta powieść zaczęła umierać, więc ponownie je usunęłam. Piszę emocjami i zmysłami, wszystkie decyzje opieram na czuciu. Wiedziałam dokładnie, które miejsca Belfastu opisuję, znałam ich adresy, ale one też nie chciały być nazwane. Dlatego ulubiony przez mieszkańców mojej dzielnicy pub, w którym osadzone są niektóre fragmenty „Mleczarza”, ochrzciłam w powieści „najpopularniejszym w całym mieście barem”, nigdy nie podając jego nazwy. 

Picie było ważnym elementem „Kłopotów”, alkohol stanowił rodzaj kompensacji, nagrody za ukrywanie tego, kim się jest. Piło się bardzo dużo. To była ucieczka, a z drugiej strony alkohol był niebezpieczny, bo rozwiązywał język. „Kłopoty” to był czas, kiedy najlepiej było milczeć.

Kiedy należy mówić szeptem

Burns wspomina, że w dzielnicy, w której się wychowała, panował powszechny lęk przed informatorami: – Czasem sąsiedzi, którzy się pokłócili, szli do IRA i oskarżali się wzajemnie o bycie informatorami. Paramilitarni pełnili rolę policji. Trzeba było być bardzo ostrożnym, uważać na to, co się mówi, czy też po prostu nic nie mówić. 

W „Mleczarzu” to nie wybuchające bomby wzbudzają największą grozę, lecz plotka, która jest narzędziem terroru. „Zorientowałam się, jak łatwo zacząć plotkę, zabrnąć w plotkę, wplątać się w nią i nie móc się z niej uwolnić” – mówi średnia siostra, narratorka powieści. Życie człowieka mogło zawisnąć na włosku w każdej chwili: wystarczyło, że mechanik dostał od kogoś sprężarkę bentleya blowera, a zazdrosny sąsiad stwierdził, że bentleye blowery mają wybitą brytyjską flagę.

– Plotka była niebezpieczna, bez względu na to, czy była prawdziwa, czy też nie. Na ulicach Belfastu były plakaty i graffiti, z ostrzegawczymi napisami: „trzymaj język za zębami” albo „nic nie mów”. Panowała wszechobecna inwigilacja. To chyba wywiad brytyjski powiedział kiedyś, że dzięki podsłuchom, kamerom i innych urządzeniom wie, jaki kolor ma tapeta w domach podsłuchiwanych ludzi. A podsłuchy były wszędzie, także w konfesjonałach. Wszyscy bali się telefonów. Kiedy byłam młoda, mieliśmy jeden telefon na końcu ulicy i wszyscy przypuszczali, że jest na podsłuchu. Dlatego ludzie byli hiperostrożni. Nawet jeśli nie wiedzieliśmy, gdzie znajduje się urządzenie rejestrujące, to byliśmy pewni, że jest gdzieś ukryte. Nie prowadziliśmy głośnych rozmów, mówiliśmy cicho i uważaliśmy z kim rozmawiamy, bo mieliśmy świadomość, że treść naszej rozmowy może zostać zmieniona, a nawet wymyślona. A ponieważ w mojej dzielnicy siły bezpieczeństwa uważane były za wroga, to mieliśmy świadomość, że nas ciągle podsłuchują. No i helikoptery. Nad naszymi głowami bez przerwy latały helikoptery. IRA też słuchała plotek, bo to była jej metoda pozyskiwania informacji. Plotka mogła zabić. A przecież „plotka” to takie niewinne słowo, brzmi jak „pogawędka” – mówi. 

Kiedy skończą się kłopoty

Używanie eufemizmów niezwykle często powtarza się w opowieści o przemocy w Irlandii Północnej. Przecież używanie słowa „Kłopoty” (w oryginale „The Troubles”) do opisania trwającej trzy dekady wojny domowej, która pochłonęła tysiące ofiar, jest tego najlepszym przykładem.

„Mleczarz” został napisany tak, jakby mówienie za dużo i zbyt wprost nadal było niebezpieczne. Nie nazywa się tu rzeczy po imieniu. Wielka Brytania jest krajem „za wodą”, a członkowie republikańskich organizacji paramilitarnych „opozycjonistami”. Bo jak przyznaje narratorka powieści, o wielu sprawach „trzeba było mówić bez naruszania patyny niewymawialności”. 

Nie potrafi nazwać własnego doświadczenia przemocy ze strony mleczarza: „Miałam trudność z określeniem, na czym polega jego nękanie, jego drapieżnictwo, bo było fragmentaryczne. (…) Czy on w ogóle cokolwiek zrobił? (…) Skoro sama nie byłam pewna, to jak mogłabym to wytłumaczyć komuś innemu?” – zastanawia się dziewczyna na kartach powieści. Anna Burns tłumaczy, że nieuchwytność przemocy, która dotyka narratorkę „Mleczarza”, czyni ją jeszcze większym złem, bo jest ukryta. – Ta przemoc odbiera ci język, bo nie wiesz, jak ją nazwać. Zostaje ci tylko uczucie, że coś jest nie tak, ale po jakimś czasie nawet tego nie jesteś już pewna. Jeśli nie możesz nazwać zła, ono będzie trwać.

Anna Burns podkreśla, że napisała opowieść o ludziach, o których się nie mówi. Rzeczywiście, w centrum historii o „Kłopotach” są zazwyczaj ci, którzy walczyli, lub ci, którzy zginęli. „Mleczarz” opowiada o tych, którzy zostali.

–  Kiedy wróciłam do Belfastu, spotkałam ludzi, którzy opowiedzieli mi historie swoich rodzin, opowiedzieli mi o zabitych, którzy ginęli w okrutny sposób. Nie mieliśmy normalnego dzieciństwa i nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Osoby, które przechodzą żałobę, też są ofiarami. Ich losy tworzą bardzo ważną, a jednak pominiętą część historii „Kłopotów”. Matki, które straciły dzieci, osoby pozostawione na pastwę losu, pozbawione pomocy, zaburzone, straumatyzowane – ich wszystkich nazywam ludźmi, którzy zostali. I o tym piszę najwięcej, o psychologicznych skutkach trwającej trzy dekady przemocy. Kiedy jestem w Belfaście, czuję tę traumę. Jeśli przejdziesz się koło Central Library, albo kościoła świętego Patryka, też możesz ją poczuć. Nie mówiąc o dzielnicy, w której się wychowałam, w północnym Belfaście, gdzie było najwięcej sektarianizmu, bo jedna ulica jest protestancka, a kolejna już katolicka.   

Kiedy pytam, czy „Kłopoty” rzeczywiście się skończyły, pisarka poważnieje, na jej twarzy maluje się lekkie napięcie i mówi mocniejszym niż dotychczas głosem: – Widzę jedną zasadniczą zmianę: dużo więcej rozmawia się o tym, co tu się działo. Wcześniej ludzie albo się bali, albo byli zbyt pijani. Teraz zaczęli mówić o przeszłości. To jest największa różnica. I być może najważniejsza, bo – jak wcześniej podkreślała autorka „Mleczarza” – zło nienazwane trwa.

Kiedy przychodzi dar

Anna Burns pisała „Mleczarza” w bólu, głównie fizycznym. Cierpienie było wynikiem poważnej operacji, którą pisarka przeszła w trakcie pracy nad powieścią. Aby skończyć pracę, była zmuszona korzystać z lokalnych banków żywności. Cudem udało się jej znaleźć tanie mieszkanie. 

„Mleczarz” został początkowo odrzucony przez kilka wydawnictw i nic nie zapowiadało jego sukcesu. Kiedy w 2018 r. powieść dostała Nagrodę Bookera, Burns podziękowała wszystkim organizacjom charytatywnym, dzięki którym przetrwała. Ogromny sukces, jaki wiązał się z „Mleczarzem”, przyniósł pisarce nie tylko ulgę finansową, ale także coś, co nazywa „ukrytym darem”. – Dzięki Bookerowi spotkałam się z moją rodziną, z którą od lat żyłam w oddaleniu. To było niezwykłe, wręcz cudowne – wyznaje. 

„Mleczarz” to pierwszy Booker w historii tej prestiżowej nagrody dla powieści północnoirlandzkiej: – Ta książka jest jak prąd głębinowy, który nagle wydostał się na powierzchnię – mówi autorka. 

„Mleczarz” Anny Burns w tłumaczeniu Agi Zano ukazał się nakładem wydawnictwa ArtRage. 

Agata Kasprolewicz jest dziennikarką, prowadzi podkast „Raport o książkach”. Od nowego roku współprowadzi także w radiowej Jedynce audycję „Klub książki”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Więcej niż kłopoty