MAREK RABIJ: Mierzył Pan do kogoś z broni palnej?
PIOTR JASICZAK: Pomidor.
Odpowiedź upewniłaby mnie, że naprawdę Pan wie, o czym mówi.
Pracuję z bronią od dwudziestu lat. Od dziesięciu jestem instruktorem strzelectwa, od pięciu prezesem klubu sportowego oraz szefem agencji detektywistycznej i ochroniarskiej. Miałem czas, żeby w sprawie dostępu do broni palnej wyrobić sobie stanowisko.
Jako instruktor podcinam gałąź, na której siedzę, bo uważam, że nie należy tego ułatwiać. Wystarczy wykluczyć element uznaniowości i skończyć z fikcją dotyczącą celu posiadania. Polacy chcą broni, bo im się wydaje, że będą umieli jej użyć do obrony. Opowieści o strzelaniu do tarczy, o kolekcjonowaniu uzbrojenia moim zdaniem są jedynie wymówką.
Chęć posiadania broni trzeba dziś w Polsce uzasadnić. Można oczywiście wystąpić o pozwolenie do ochrony osobistej, ale trzeba wtedy udowodnić, że zagrożenie naprawdę istnieje i nie jest tymczasowe, a to niełatwe. Policja szybciej przyzna panu ochronę niż takie pozwolenie.
Można się też zapisać do koła łowieckiego, odpracować społecznie ileś tam godzin, zapłacić składki, zdać egzamin w Okręgowym Związku Łowieckim i po pewnym czasie dostać pozwolenie na broń myśliwską. Z myśliwymi, nawiasem mówiąc, mamy problem. To jedyna grupa z legalnym dostępem do broni, której nikt nie kontroluje na bieżąco. Można chorować psychicznie, mieć parkinsona, znęcać się nad rodziną, a zezwolenia się przez to nie straci.
Najszybciej przybywa jednak licencji sportowych i kolekcjonerskich.
Obie furtki otworzyła nowelizacja ustawy o broni i amunicji. Znamienne, że uchwalono ją nie na prośbę miłośników strzelectwa sportowego i potencjalnych kolekcjonerów, którzy czekali na zmianę przepisów. Było odwrotnie. Po nowelizacji, przeforsowanej przez lobby strzeleckie, czyli właścicieli klubów, strzelnic i sklepów z bronią, z dnia na dzień zaroiło się od stowarzyszeń kolekcjonerów broni, a „strzelectwo” stało się jednym z najmodniejszych sportów. W kraju mamy blisko 21 tys. osób, które rokrocznie odnawiają licencję zawodniczą w strzelaniu sportowym, powinniśmy być więc potęgą w tej dyscyplinie. Tymczasem efektów nie widać. Dlaczego? Bo to jedynie pretekst do legalnego zakupu broni. Faceci, którzy ponoć uprawiają strzelectwo, bywają na strzelnicy kilka razy w roku, nie po to, żeby trenować, lecz by wystrzelać punkty w zawodach niezbędne do przedłużenia licencji zawodniczej, bo to z kolei gwarantuje, że policja nie przyczepi się do pozwolenia. Na zawodach zobaczy pan glocki, beretty, colty, kałasznikowy. Najmniej będzie małokalibrowej broni sportowej do strzelania precyzyjnego.
Autorzy nowelizacji powinni się z tym liczyć.
Ustawę znowelizowano chaotycznie. W mojej firmie ochroniarskiej muszę mieć magazyn broni spełniający wyśrubowane standardy, m.in. alarm. Mając pozwolenie kolekcjonerskie, mógłbym tę samą broń trzymać w domu. W gablocie kolekcjonerskiej, jak porcelanę po babci. Idźmy dalej.
Jako posiadacz pozwolenia na broń do ochrony osobistej mogę posługiwać się amunicją kalibru do 9 mm. Taki pocisk opuszcza lufę z energią 590 dżuli, dostatecznie dużą, by zabić. A kolekcjoner może mieć w „zbiorach” nawet wielko- kalibrowy karabin wyborowy, który miota pociski z energią 18500 dżuli. Z takiej broni strzelec wyborowy może zabić człowieka z ponad dwóch kilometrów.
To tylko dowodzi, jak bardzo Polacy chcą broni.
Owszem, chcą. Ale czy naprawdę potrzebują jej do tego, żeby poprawić bezpieczeństwo? Moim zdaniem – nie.
Niektórym się wydaje, że samo posiadanie broni to już swoisty rytuał przejścia. Byłem ciamajdą, nie potrafiłem wdrapać się bez zadyszki na drugie piętro, ale odkąd mam w domu taki sam karabin, z jakiego zastrzelono bin Ladena, trzeba się ze mną liczyć. Nic bardziej mylnego. Oferma z bronią pozostaje ofermą.
Czytaj także: Marek Rabij: W nagłej fascynacji bronią palną podobno chodzi o sport, nie o poczucie bezpieczeństwa. Podobno."
Zwolennicy powszechnego dostępu do broni mówią tak: jeśli złoczyńca z pistoletem może łatwo skrzywdzić mnie, to i ja mogę łatwiej...
...bez porządnego przeszkolenia może pan niewiele, nawet uzbrojony po zęby. Załóżmy, że ma pan pistolet do obrony tzw. miru domowego, dostępny na jakąś obywatelską kartę broni, o której mówią teraz politycy, czyli bez żadnego kursu.
Sypia pan w piżamie czy nago?
Pomidor.
Przyjmijmy więc, że nago. I w nocy budzi pana uzbrojony, agresywny włamywacz. Zapewniam, że najpierw zasłoni pan genitalia rękami, bo tego uczono pana od dziecka. W sytuacjach skrajnych zwykłych ludzi blokują konwenanse, wyrzuty sumienia, wszystko to, czego bezwzględny przestępca albo nigdy nie znał, albo dawno o nich zapomniał. I już to daje mu przewagę.
Ponad 10 lat temu byłem na szkoleniu w Rosji. Prowadzącym był przysadzisty 50-latek ze specnazu, taki typ tatusia na pierwszy rzut oka. Kursanci, same wysportowane chłopy z rozmaitych służb. Umówiliśmy się, że częścią szkolenia będzie korzystanie z toalety. Gdy jeden idzie za potrzebą, reszta czeka przed kabiną i kiedy tylko delikwent wystawi z niej nos, bijemy gdzie popadnie, żeby nie mógł wyjść. Nikomu nie udawało się wydostać, nie mogliśmy się więc doczekać, aż natura wezwie również instruktora.
W końcu wpadamy do toalety i widzimy pana pułkownika stojącego do nas plecami, w dodatku z opuszczonymi spodniami. Facet bezbronny, do tego przyłapany w niezręcznej sytuacji. A on się nagle odwraca. I zaczyna po nas sikać! Na prawo i lewo! Wszyscy instynktownie odskoczyli, bo od małego mamy kładzione do głowy, żeby unikać kontaktu z moczem. Zanim zdążyliśmy się zorientować, instruktor czmychnął. Jako jedyny zachował zimną krew.
Z pańską nocną konfrontacją z bandytą byłoby pewnie identycznie. Napastnik nie atakuje, gdy nie jest przygotowany do ataku. Jeśli pan nie będzie gotowy do obrony, nie pomoże panu nawet karabin maszynowy.
Czyli powinienem więcej ćwiczyć z bronią.
Gdzie?
Na strzelnicy.
Wyrzucą pana przy pierwszej próbie, za złamanie regulaminu. Tam się trenuje strzelanie statyczne, do celów nieruchomych, do obrony osobistej nieprzydatne, bo statyczny napastnik z definicji nie jest zbyt groźny.
Był u mnie na szkoleniu chłopak, doświadczony strzelec, jak mówił. Na kurtce naszywki militarne, w kaburze na udzie, jakiej używają specsłużby, pistolet droższy od mojego motocykla. Mówię mu: schowaj broń pod kurtkę, przecież nie wolno ci nosić jej na wierzchu. Schował. Każę zapiąć kurtkę, bo zimą nie będzie biegać z rozpiętą tylko dlatego, że pod spodem ma pistolet. Zapina, ale z ociąganiem i już widzę, że lecimy scenariuszem, którego nigdy nie trenował. Umawiamy się, że gdy ruszę szybkim krokiem w jego stronę z 15 metrów, ma jak najszybciej wyjąć broń, przeładować i wycelować we mnie, czyli potencjalnego napastnika. Słowem – zanim go dopadnę, ma być gotowy do oddania strzału. Proszę zgadnąć: ilu kursantom się to udaje za pierwszym razem?
Chyba nie muszę.
A teraz proszę sobie dopowiedzieć, czy delikwent w kurtce z naszywkami zdołałby wyjąć pistolet w obliczu zagrożenia, skoro nie potrafił tego zrobić na kursie.
Na 50 metrach może by zdążył.
Gdybym miał do napastnika 50 metrów, wolałbym uciec. Walkę należy podjąć wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Ale żeby trzeźwo ocenić sytuację, trzeba zachować zdolność do racjonalnej oceny. W obliczu zagrożenia większość nieprzeszkolonych reaguje stresem i blokadą. Skacze im tętno, rośnie poziom kortyzolu we krwi, napięcie mięśni. Jeden na milion ma taki gadzi instynkt przetrwania; nawet u ludzi z jednostek specjalnych, którzy przechodzą gęstą psychologiczną selekcję, szlifuje się go za pomocą odpowiednich treningów. Dlatego nie trafiają do mnie argumenty za upowszechnieniem dostępu do broni palnej dla samoobrony.
Nie zapominajmy również o konsekwencjach prawnych ewentualnego użycia broni. Wśród proponowanych zmian jest nowy zapis w kodeksie karnym, który mówiłby, że „nie podlega karze, kto w sposób niezamierzony przekroczył granice obrony koniecznej”. Niezamierzony. Jak widać, uznaniowości w postępowaniach prokuratorskich nie da się uniknąć.
Artykuł 25. kodeksu pozwala prokuratorowi sprawę umorzyć, jeżeli nie dopatrzy się takich znamion.
No to wróćmy do pańskiego domu. Tym razem jest pan w piżamie i odpiera atak uzbrojonego bandyty. Z legalnie posiadanej broni, wyjętej z sejfu, oddaje pan strzał ostrzegawczy, a w końcu wali do napastnika, który w tym czasie jest już na schodach do sypialni pańskich dzieci.
Podręcznikowy przykład obrony koniecznej.
Który i tak trafi na sądową wokandę, bo tego typu postępowań prokuratorzy z reguły nie umarzają. Jeden sędzia potrafi orzec, że w granicach obrony koniecznej mieści się strzał w plecy, oddany ze 150 metrów do uciekającego już napastnika – i to przez utytułowaną mistrzynię w strzelaniu precyzyjnym. Inny skazuje za przekroczenie jej granic starszego pana, który we własnej kuchni, w nocy, odpierał nożem atak kilku bandytów i w trakcie szamotaniny zadźgał jednego z nich. To prawdziwe przypadki, znam je ze szkoleń.
Obawia się Pan, że po uproszczeniu zasad dostępu do broni kraj zmieni się w jatkę? Kukiz’15 szacuje, że po zmianach nawet milion Polaków mogłoby mieć pistolet.
Nie sądzę, że zaczniemy się masowo mordować, bo naprawdę nie jest łatwo strzelić do człowieka. Chodzi o to, że gdy jednak się strzeli, skutków nie można cofnąć. Bronią może być także nóż, ale wbrew pozorom niełatwo zadać nim śmierć, jeśli się nie wie, jak to zrobić. Pistolet ma spust. Wystarczy nacisnąć, z bliska nie trzeba nawet celować. Miłośnicy militariów piszą wprawdzie na forach, że współczesne pociski małokalibrowe są mniej śmiercionośne, bo mają mniejszą siłę obalającą i tworzą w ciele wąski kanał postrzałowy, ale każdy patolog sądowy powie, że to bajki. Większość postrzałów w głowę lub w korpus, niezależnie od kalibru pocisku, kończy się śmiercią. Jeśli nie na miejscu, to z wykrwawienia.
Czyli uważa Pan, że wciąż mamy zbyt łatwy dostęp do broni?
Nie zgadzam się z opinią, że broń palna jest jeszcze jednym towarem, do którego państwo nie powinno ograniczać obywatelom dostępu. Broń służy do zabijania. Ale uważam też, że każdy niekarany i zdrowy psychicznie Polak ma prawo ją mieć i nie musi w tym celu udawać sportowca czy kolekcjonera. Tylko niech go wcześniej wnikliwie zbadają lekarz i psycholog. Niech zaliczy drobiazgową weryfikację odpowiednich instytucji, włącznie z wywiadem środowiskowym. I niech przejdzie porządne szkolenie strzeleckie, które uświadomi mu, że pistolet nie nadaje się na protezę osobowości. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















