Paulina Model: Wciąż zabijamy w imię religii?
JERZY SOJKA: My, chrześcijanie? Nie ma obecnie wojny religijnej. Ale można wskazać radykalne środowiska, które są do tego gotowe. Stereotypowo wiążemy przemoc religijną z islamem, nie zauważając naszych własnych fundamentalizmów.
Także w Europie?
Trudno być może na Starym Kontynencie podać przykłady przekroczenia granicy przemocy. Jednak lokalne ruchy coraz chętniej opierają się na wzorcach ze Stanów Zjednoczonych, a tam np. religijna prawica w latach 90. XX w. podkładała bomby pod kliniki aborcyjne. I nie chodzi wcale o poglądy na aborcję, tylko o to, że ktoś pomyślał, iż można je wyrazić za pomocą zaplanowanej przemocy.
Gdzie leży źródło tej przemocy?
Zaczęło się wraz z Konstantynem Wielkim, czyli w momencie, gdy chrześcijaństwo dostało środki, by egzekwować przemoc. Stało się ono też swego rodzaju lepiszczem ideologicznym dla imperium. I gdy nabyło także charakteru społeczno-politycznego, pojawiło się pytanie, co robić, gdy ktoś się do religii nie stosuje.
Wtedy sięgano po miecz.
Wstydliwym przykładem są krucjaty. Zepsuły one chrześcijaństwu zachodniemu nie tylko relacje z islamem, ale także, po złupieniu Konstantynopola, ze wschodnim chrześcijaństwem. Dopełnia się wówczas schizma z 1054 r. Nieufność, wówczas zaciągnięta, obecna jest w prawosławiu do dziś. Podobny skutek wywarła na polskim prawosławiu Unia Brzeska.
Takie resentymenty są bardzo trwałe.
Wiem to z własnego przykładu: jestem luteraninem pochodzącym ze Śląska Cieszyńskiego. Tam wciąż duże znaczenie ma epizod kontrreformacyjny.
Najpierw panujący pod koniec XVI w. książę cieszyński Wacław III Adam wprowadził reformację. Później jego syn – Adam Wacław – pod wpływem Habsburgów przeszedł na katolicyzm i rozpoczął odbieranie ewangelikom kościołów. Przez 50-70 lat luteranie spotykali się po domach i lasach.
Działo się to w XVII w., a do dziś głęboko gdzieś to w ludziach siedzi. To jest przerażające w przemocy religijnej – zostawia głębokie rany, które trudno wyleczyć, a procesy pojednania są skomplikowane.
Mówi się m.in., że skoro reformacja pociągnęła za sobą krwawe żniwo wojny chłopskiej, to nie mogła być dobra.
W takim razie Kościół zachodni też nie może być dobry, skoro krucjaty przyniosły tyle szkody. To przykład używania historii do tego, żeby powiedzieć coś, co się chciało powiedzieć.
Co do wojny chłopskiej – wzrastały obciążenia feudalne, wycofywano pewne zwyczajowe gwarancje, jak choćby to, że z pańskiego lasu można zbierać jagody. Ruch chłopski, żeby się bronić, odwołał się do Lutra – do jego metafory wolności chrześcijańskiej oraz powszechnego kapłaństwa. Na tym chłopi zbudowali ideowe uzasadnienie. Domagali się swoich praw, bo w chrześcijaństwie wszyscy są równi. Rewolucja użyła religii.
A co na to Marcin Luter?
Na początku poparł postulaty społeczne, ale skrytykował właśnie mieszanie porządku religii i władzy świeckiej – dla niego to dwa odrębne regimenty. To był autorski pomysł Lutra na Kościół i państwo. Kościół to sfera duchowa, ona ma rządzić się Ewangelią i w związku z tym nic mu do przemocy, bo nawet jeżeli przemocą coś na kimś wymusimy, to nie wygenerujemy wyznawców, ale hipokrytów.
Z kolei w sprawach świeckich czasami trzeba sięgnąć do miecza w imię sprawiedliwości. Nie należy tych dwóch obszarów ze sobą mieszać, bo nie przyniesie to dobrych owoców ani dla religii, ani dla społeczeństwa.
Władza świecka często czuła się odpowiedzialna za religijną kondycję swoich poddanych. W tym sensie Luter ma zasługi w koncepcyjnym rozdzielaniu sfery kościelnej od państwowej, natomiast nie był w stanie przekuć tej idei w społeczną rzeczywistość. Jak przyszło już później do praktyki, to sam wzywał do tępienia anabaptystów i Żydów. Dzisiaj to jest oczywiście nie do pomyślenia i uważam, że tu akurat zrobiliśmy krok w sensowną stronę.
A bracia polscy? Arianie utrzymali się przez chwilę w Rzeczypospolitej.
Bracia polscy to klasyczni antytrynitarze, którym faktycznie udało się pobyć w Polsce i w Siedmiogrodzie, gdzie znaleźli protektorów, ale potem też źle skończyli. Przez swoje przekonania stawiali się poza granicą chrześcijaństwa. Ponadto mieli jak na tamte czasy zupełnie rewolucyjne pomysły społeczne, np. pacyfizm.
Ścigano ich za promowanie pokoju?
Ponieważ oni to równocześnie łączyli z odmową przysiąg. Dziś to nic wielkiego, dawniej nie prowadzono tak skrupulatnie rejestrów i archiwów, prawie wszystko – procesy sądowe, procedury społeczne – oparte było na słowie. Odmowa dania słowa była równoznaczna z wypisaniem się ze społeczeństwa. Dotyczyło to i anabaptystów, i braci polskich.
Właśnie, jeszcze anabaptyści. Jaka była ich historia?
Była to grupa gorliwych zwolenników Huldrycha Zwingliego, pragnąca wrócić do prostoty czasów apostolskich, wiernie trzymać się Biblii, z czego wynikać miała m.in. konieczność chrztu dorosłych. Ostatecznie skonfliktowanych z Zwinglim anabaptystów topiono w płynącym przez Zurych Limmacie, umierali też w więzieniach, ale część z nich rozeszła się po Europie.
Inspirowani nimi radykałowie trafili do Münsteru w Westfalii. Tam przekonali większość mieszkańców do stworzenia eschatologicznej gminy prawdziwie wierzących już tu na ziemi. Powstała wojująca komuna anabaptystów, która nie rozprzestrzeniła się tylko dlatego, że otoczyli ich zwolennicy Rzymu przy poklasku reszty protestantów. W końcu wyrżnięto ich niemal w pień.
Do dziś na kościele św. Lamberta wiszą klatki, w których umieszczono ciała przywódców komuny münsterskiej. Ta historia jest warta opowiedzenia nie tylko, żeby przestrzec przed przemocą. Są w niej również początki menonitów.
Menno Simons – lider ruchu – stracił tam brata. Przemyślawszy doświadczenie Münsteru zrozumiał, że pomysły nastawione na eschatologiczną przemoc kończą się rzeką krwi. Przez to nadał menonitom wyraźny rys pacyfistyczny. Do dziś są na liście Peace Churches.
Z czasem pojawia się coraz więcej pomysłów na pokój.
To często albo pomysły grup na granicy chrześcijaństwa i społeczeństwa, jak braci polskich czy kwakrów, albo wynik założycielskiego doświadczenia przemocy, jak w przypadku menonitów. Ale też braci morawskich, którzy wywodzą się z husytów.
Część ruchu widząc, że próba obronienia swoich interesów siłą donikąd ich nie zaprowadziła w wojnach husyckich, utworzyła unitas fratrum – braci czeskich (braci morawskich w kolejnej iteracji). Wpisali oni w swoje idee pacyfizm już XV w.
Mamy więc społeczności, które na sobie przećwiczyły, co to znaczy być wyrzutkiem, dlatego domagały się wolności religijnej i wyzbycia się przemocy.
Morawianie to dobry przykład Kościoła, który w pierwszym pokoleniu ma diakonki, a potem mijają dwa pokolenia i idee równościowe znikają.
Nic nie jest dane raz na zawsze – to zasadnicza lekcja protestantyzmu. Wszystko wymaga stałego wymyślania, kontekstualizacji, odpowiadania na bieżące problemy.
Na przykład?
Znane z tradycji amerykańskiej historie obdżektorów, którzy odmawiali służby wojskowej w czasach I i II wojny światowej (kanwa paru niezłych filmów).
Często byli to ludzie ze społeczności, które miały za sobą, powiedzmy, 300 lat życia ideami pacyfistycznymi i dopiero tragedia wojenna spowodowała, że musieli się spotkać z powszechnym poborem. We wspólnotach pojawiał się problem, co zrobić z tymi kwakrami czy morawianami, którzy jednak na wojnę poszli.
Ale w czasie wojny na kościele braci morawskich w Herrnhut wisiała flaga ze swastyką.
Losy herrnhutów za Trzeciej Rzeszy wpisały się w losy standardowych Kościołów państwowych, które nie uniknęły instrumentalizacji w imię polityki – nie tylko dlatego, że kiepski austriacki akwarelista okazał się tak charyzmatycznym liderem, ale dlatego, że Kościół już wtedy był elementem machiny państwowej. Ten los do pewnego momentu ominął Kościoły w USA, które miały znacznie luźniejsze powiązania.
Wojna czegoś je nauczyła?
Tragedia niemieckiego protestantyzmu i jego podporządkowania się nazistowskiej ideologii zmieniła świadomości i sprowokowała krytycyzm. Stąd i Stuttgarckie Wyznanie Winy, czy fakt, że niemiecki protestantyzm był awangardą pojednania polsko-niemieckiego z Memorandum Wschodnim, wydanym paralelnie do listu biskupów polskich do niemieckich.
Stąd też skupienie powojennej teologii na Karlu Barthcie, który nigdy nie zbrukał się współpracą z nazizmem, czy na postaciach takich jak Dietrich Bonhoeffer.
A dziś?
Dziś temat pokoju wrócił w związku z wojną w Ukrainie. Powoli przebija się świadomość, że wartością nie jest brak wojny, tylko sprawiedliwy pokój, biblijny szalom.
Myśląc o pokoju za wszelką cenę, patrzymy na wschód Europy?
Oczywiście ostatnio „triumfy” pod tym względem święci Cerkiew rosyjska pod patriarchą Cyrylem, ale niech to nie uspokaja tradycyjnych katolików z podobnymi poglądami, czy szalonych ewangelikałów, którzy ostatnio przebili się do Białego Domu ze swoim programem.
Mowa o koncepcji odzyskiwania przez chrześcijan tzw. siedmiu wzgórz społecznych (Seven Mountain Mandate), m.in. edukacji, polityki czy rodziny, czyli de facto dominacji doczesnej Kościoła.
To skapuje też na grunt polski?
Dało się to zaobserwować w kontekście kryzysu na granicy białoruskiej, kiedy zdarzały się głosy w środowisku protestanckim niemalże skopiowane od tych wszystkich nacjofaszystów amerykańskich: że trzeba uprawiać „twarde miłosierdzie”. Termin zapożyczam z lutrowskiego „O Żydach i ich kłamstwach”, bo postulaty były w tym duchu.
J.D. Vance sięgał do ordo caritatis, czyli do obowiązku troski przede wszystkim o najbliższych.
On to akurat mówił z pozycji tradycjonalistów katolickich, którzy różnią się od ewangelikałów tym, że mają starsze odniesienia intelektualne. Żadna tradycja nie jest bezpieczna od oszołomstwa politycznego.
Przykład amerykański pokazuje jeszcze jedną rzecz: wojowniczy fundamentalizm to fenomen, nie tyle konkretnie religijny, co antropologiczny.
To znaczy: jakaś grupa ludzi jest gotowa pójść w przemocowe schematy bez pytania o konsekwencje, w imię własnego poczucia bezpieczeństwa i odmowy podejmowania ryzyka krytycznego myślenia (no bo krytyczne myślenie ma ten minus, że może okazać się boleśnie trafną samokrytyką).
Czyli źródłem wojny jest odwieczna opozycja my–obcy i brak krytycyzmu…
Najstarszy i najbardziej pobożny sposób uzasadnienia przemocy religijnej to opowieść, że oto będziemy dbać o zbawienie innych. Myślenie, że nad światem miałoby dominować chrześcijaństwo, choć samo się wzięło z marginalnej sekty peryferyjnej religii, jest głęboko perwersyjne.
Nauczyciel z Nazaretu to pięknie poskładał. Kluczem pokazanym w Ewangelii jest przejście przez słabość – krzyż i zmartwychwstanie. Gdy oparta na tym religia doszła do władzy, to ta władza ją jednak głęboko skorumpowała w imię, wydawałoby się, wyższych ideałów.
Co poszło nie tak?
Człowiek ma ogromny problem z innością. Religia zaś może pełnić tutaj dwie role: otwierać na inność, albo wręcz przeciwnie. Istnieją chlubne przykłady, jak abolicjoniści chrześcijańscy w Stanach Zjednoczonych czy szesnastowieczni misjonarze w Amerykach, którzy doprowadzili do tego, że miejscowa ludność została uznana za ludzi, a nie za zwierzęta.
A jednocześnie mówimy dziś o przykładach, gdy chrześcijaństwo w pewnym momencie zakochało się w swojej potędze i nie może się z tego wyleczyć. Rozplątanie tego splotu religii, polityki i siły kiepsko nam idzie od czasów Konstantyna.
Praca przed nami?
Patrząc na początek Biblii, to już trzecia historia jest o bratobójczej walce o pozycję w rodzinie. Chrześcijaństwo daje nam narzędzia, żeby uniknąć pokusy władzy i przemocy. Natomiast jego dramat polega na tym, że to wciąż nie jest oczywiste. Cały czas mamy możliwość, żeby zrobić jedno albo drugie. W pewnym sensie każdego dnia wybieramy.

Dr hab. JERZY SOJKA – teolog ewangelicki, profesor w Katedrze Teologii Historycznej Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















