Edward Augustyn: Dlaczego uznany profesor amerykańskiej uczelni postanawia, po 17 latach życia w Ameryce, sprzedać dom i wrócić z rodziną do Europy? Ucieczka przed Trumpem?
Massimo Faggioli, teolog: Już od kilku lat, od czasu pandemii, rozmawialiśmy z żoną o zapewnieniu naszym dzieciom europejskiej edukacji. Decyzję przyspieszyła sytuacja w USA po ostatnich wyborach. Zwłaszcza wszystkie te środki podjęte przez Trumpa, ograniczające wolność słowa, także na amerykańskich uniwersytetach. Więc gdy Trinity College w Dublinie zaproponowała mi objęcie katedry eklezjologii, skorzystałem z okazji. Dwa miesiące temu przeprowadziliśmy się do Irlandii.
Jest Pan autorem książki „Od Boga do Trumpa” i wielu artykułów krytycznie oceniających sytuację w Ameryce. Miał Pan z tego powodu jakieś problemy?
Poza groźbą procesu sądowego ze strony jednego konserwatywnego biskupa, bardzo popularnego w prawicowych mediach – nie. Jednak władze mojej poprzedniej uczelni, Uniwersytetu Villanova w Pensylwanii, zasugerowały mi, bym zachował szczególną ostrożność podczas podróży za granicę z wykładami albo nie wyjeżdżał wcale, bo przy powrocie mogę zostać zatrzymany i niewpuszczony do USA. Takie sytuacje się zdarzały. Wielu moich kolegów zdecydowało się na tego typu środki ostrożności.
Opuścił Pan Amerykę, ale nadal z uwagą śledzi tamtejsze wydarzenia. Ostatnio choćby pogrzeb Charliego Kirka. Co on nam mówi o dzisiejszej Ameryce i amerykańskiej religijności?
Myślę, że te półtorej godziny, bo mniej więcej tyle trwała uroczystość, wystarczyłoby za cały kurs studiów na temat relacji między konserwatyzmem politycznym a religijnym w Stanach Zjednoczonych. Zobaczyliśmy na przykład, jak nowy konserwatyzm, reprezentowany przez nowe, młode pokolenie, staje się integralną częścią trumpizmu, ruchu nacjonalistycznego i rasistowskiego.
To konserwatyzm religijny?
Ma w sobie spory religijny komponent, którego największą, najbardziej widoczną i ustrukturyzowaną częścią jest chrześcijaństwo. To najbardziej niepokoi. Bo chrześcijaństwo, które zawsze było „religią obywatelską”, staje się polityczną, czyli wykluczającą. Nowe chrześcijaństwo, promowane przez nowych konserwatystów, ma być białe i narodowe. I ma „uczynić Amerykę znów wielką”.
Śmierć Kirka stała się dla polityków okazją do realizacji własnych celów. Ale wykorzystują ją także amerykańscy duchowni, w tym katoliccy biskupi.
Tak. Kirk urósł do rangi nie tylko męczennika politycznego, ale też męczennika za wiarę. Tak mówili o nim niektórzy biskupi.
Kard. Timothy Dolan z Nowego Jorku porównał go do św. Pawła, apostoła, który niósł Ewangelię poganom i który wprowadził chrześcijaństwo na nową drogę.
Przy czym zupełnie nie zauważano rasistowskich czy antysemickich wypowiedzi tego młodego człowieka, wyraźnie sprzecznych z Magisterium Kościoła. Gdy mówi się to, co chcą usłyszeć ludzie, w tym przypadku wyborcy Trumpa, do których Kirk adresował swoje wypowiedzi, a nie to, co mówi doktryna Kościoła, mamy do czynienia z religijnym populizmem.
Jeden z biskupów zapewniał, że Kirk zamierzał dokonać konwersji na katolicyzm. Czy można powiedzieć, że nowi amerykańscy konserwatyści skłaniają się ku temu wyznaniu?
Katolicyzm w Stanach Zjednoczonych bardziej niż inne wyznania oparł się nowym prądom. Jest w nim stałość, której nie znajdziemy w innych Kościołach: tradycja niezmiennego nauczania, katechizm, papież, Ojcowie Kościoła, św. Tomasz, św. Augustyn. Jest się na czym oprzeć.
Ale moda na katolicyzm nie pojawiła się nagle i z niczego. Od dawna widać było narastające nim zainteresowanie. W latach 80. istniał intelektualny ruch konwertytów z protestantyzmu na katolicyzm. Tworzyli go bibliści, prawnicy, filozofowie, działacze partyjni, ale też popularni dziennikarze, których programy telewizyjne gromadziły sporą publiczność. Wiceprezydent J.D. Vance, który został katolikiem w 2019 r., jest ostatnim, najdoskonalszym produktem tego trendu.
Konserwatywni konwertyci byli faworyzowani w Kościele za pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI – papieży o największym wpływie na amerykański katolicyzm.
A później stali się twardą opozycją wobec Franciszka.
W Stanach Zjednoczonych Franciszek często uważany był za papieża, który jest antyamerykański, lewicowy, wręcz komunistyczny, i który zasadniczo nie jest katolikiem. Istotne jest jednak, że zarówno za Jana Pawła II, jak i za Benedykta XVI, nie mówiąc już o Franciszku, dystans pomiędzy katolicyzmem a nacjonalizmem był bardzo wyraźny. A dziś zanika. Spora część amerykańskich katolików, w tym niektórzy biskupi i kardynałowie, jest zauroczona trumpizmem. Nie jest dla mnie jasne, czy nie zdają sobie sprawy z ryzyka, jakie on niesie, czy po prostu dokonali kalkulacji, że to im się opłaca.
Na pewno jest w amerykańskim Kościele katolickim skrzydło, które całkowicie zbratało się z trumpizmem, jest skrzydło, które się mu sprzeciwia, i jest pomiędzy nimi rozległa szara strefa – biskupów, duchownych, zakonników i świeckich – którzy nie wiedzą, co robić i co mówić. Także dlatego, że boją się władzy, która pokazała, że będzie karać swoich wrogów z całą siłą, jaką dysponuje państwo.
Wydaje się, że ten populistyczny konserwatyzm, nasączony treściami religijnymi, jest też importowany do Europy.
W Europie już to przerabialiśmy, w latach 20. i 30. XX wieku we Włoszech, Niemczech, potem w Hiszpanii, w czasach faszyzmu i autorytaryzmu. To raczej w Stanach te prądy są teraz reprodukowane, nie mówię, że w identyczny sposób, ale w podobny.
Różnica pomiędzy Ameryką i Europą polega na tym, że społeczeństwa, a także Kościoły europejskie, w czasach faszyzmu czy później komunizmu przekonały się na własnej skórze, ile kosztuje sprzedanie się władzy politycznej. Kościoły amerykańskie tego doświadczenia nie mają. Dlatego nie zdają sobie sprawy, że można potępić zabójstwo Charliego Kirka bez sprzedawania się trumpizmowi.
Ale jednak widzimy, że amerykański konserwatywny katolicyzm staje się nowym wzorcem także w Europie.
Dla niektórych z pewnością. Latem tego roku biskup Robert Barron (amerykański biskup konserwatywny, bardzo popularny w prawicowych mediach – przyp. red.) otrzymał nagrodę fundacji im. Josefa Piepera w Münster. To z pewnością wyraz uznania dla modelu i nowego języka mówienia o Kościele, o chrześcijaństwie. Ale myślę, że to wciąż dość marginalne, i że europejski katolicyzm jeszcze nie jest taki jak amerykański.
Ja z kolei słyszę coraz więcej głosów aprobaty dla tego modelu.
Myślę, że są to głosy w desperacji. Europejscy biskupi i kardynałowie widzą, że w ciągu ostatnich 30-40 lat ich lokalne Kościoły niemal całkowicie zniknęły. Dla nich każde rozwiązanie, które może zaradzić temu problemowi, jest warte wypróbowania. Ale nie wiem, na ile są świadomi, co to oznacza w dłuższej perspektywie.
Mamy w Europie wojnę w Ukrainie, mamy od dekady kryzys imigracyjny, na nieznaną wcześniej skalę, mamy powrót antysemityzmu. Jak to wszystko wpływa na współczesny katolicyzm i teologię?
Na pewno to, co widzieliśmy w ostatnich latach, zmienia sposób myślenia, mówienia i pisania w Europie i w Kościele. Wojna w Ukrainie, a także wojna w Strefie Gazy ujawniły, że są w Kościele różne rodzaje „teologii pokoju”, czego nie było od czasu II wojny światowej. Jest klasyczny pacyfizm, z hasłem „nigdy więcej wojny”, który żyje nadzieją, że prowadzący wojnę sami się opamiętają. Jest teologia, która mówi może już nie o wojnie sprawiedliwej, ale o sprawiedliwej obronie. I jest teologia, która próbuje zredefiniować fundamenty dialogu żydowsko-chrześcijańskiego położone przez Sobór Watykański II. Wpływ na to ma oczywiście krytyka rządu Izraela, co widzimy choćby w Kościele w Irlandii. Na pewno Kościół europejski jest dziś znacznie bardziej zróżnicowany niż pół wieku temu.
Odchodzimy od Soboru Watykańskiego II?
Czas idzie naprzód, zwiększa się dystans chronologiczny, ale nie tylko. Wydawało się, że zdobycze Soboru pozostaną w Kościele na zawsze, a dziś widzimy, że tak nie jest. Dlatego pilne staje się na przykład ponowne, stanowcze odrzucenie antysemityzmu. Ono było jednym z najważniejszych osiągnięć Soboru Watykańskiego II. Tyle że w tamtym czasie nie było takiego problemu z państwem izraelskim, jaki mamy dzisiaj.
Albo inne, kluczowe pytanie: jak czytać i interpretować Biblię? Na Soborze Watykańskim II zaakceptowano nowoczesną metodę historyczno-krytyczną. Ale wystarczy dziś pojechać do Ameryki, by zobaczyć, że to wcale nie jest takie oczywiste, a nawet że nie jest to „metoda katolicka”.
A jak kryzys migracyjny wpływa na Kościół?
Mogłoby się wydawać, że katolicka nauka społeczna jest w tej kwestii znana i od dawna niezmienna. Problem polega na tym, że gdy Pius XII mówił, w konstytucji „Exsul familia”, o migracjach po II wojnie światowej, miał na myśli przede wszystkim tych, którzy uciekali przed komunizmem. Był to w znacznym stopniu problem wewnętrzny świata europejskiego i zachodniego. A potem wszystko zaczęło się komplikować. Dziś problem nie polega na tym, że w jednej części świata jest reżim czy wojna, przed którymi trzeba uciekać. Mamy do czynienia ze zjawiskiem ogólnoświatowym, które ma różne przyczyny.
Zresztą, patrząc globalnie, Kościół tworzą miliony katolików, dla których jedynym ratunkiem przed wojnami, gangami lub zmianami klimatycznymi jest ucieczka do innego kraju. W Stanach Zjednoczonych katolicy to w dużej części właśnie imigranci, dlatego nawet biskupi, którzy popierają Trumpa, podjęli decyzję, że będą ich bronić i wspierać, przynajmniej do pewnego momentu.
Z drugiej jednak strony Kościół od czasu rewolucji francuskiej bardzo boi się rewolucji społecznych, do których nieunormowana migracja może doprowadzić.
Czy katolicyzm nie staje się po prostu coraz bardziej prawicowy? Traktując naukę społeczną jako nieprzystającą do życia teorię i zachowując ją już tylko dla niepoznaki?
Na pewno zobaczył, że nie działa przywiązywanie wagi tylko do doktryny społecznej, przy jednoczesnym zaniedbywaniu nauczania młodych ludzi Ewangelii. Przekonanie, że społeczne zaangażowanie Kościoła uratuje katolicyzm, okazało się iluzją.
Z drugiej jednak strony ludzie o wrażliwości lewicowej całkowicie odcinają się od języka religijnego czy wręcz postanowili zrobić z katolicyzmu kozła ofiarnego, obciążając go winą za wszystko, co złe: seksizm, rasizm itd. Trudno w takiej sytuacji się dziwić, że biskupi wybierają prawicę.
Widać to choćby we Włoszech. Śmieszy mnie, gdy widzę, jak lewica oskarża Giorgię Meloni, że wykorzystuje religię do celów politycznych, co jest prawdą, tyle że ci, którzy ją za to krytykują, nie mają absolutnie żadnego pojęcia, co oznacza Kościół, religia, chrześcijaństwo. Nie mają na ten temat podstawowej wiedzy.
Widać to także w Ameryce. Wystarczy przypomnieć zeszłoroczną kampanię wyborczą Kamali Harris.
Widać też w Polsce.
Za taki snobizm w stosunku do kwestii religijnych i wyborców religijnych drogo się płaci, przegrywając wybory, to oczywiste. Prawica bez wątpienia instrumentalizuje religię, podobnie jak katolicką naukę społeczną, ale jako jedyna wykazuje jakiekolwiek nimi zainteresowanie. Podczas gdy lewica wybrała koncepcję społeczeństwa czy szkoły całkowicie oderwaną od tych kwestii lub nawet wrogo do nich nastawioną.
Problem Kościoła polega dziś na tym, jak odebrać prawicy katolicyzm, Ewangelię i doktrynę społeczną.
Jak to zrobić? Jak przeciwstawić się promowanej przez konserwatywną prawicę etyce wojowników? Przekonaniu, że przymus jest najlepszym sposobem na stworzenie lepszego świata?
To bardzo trudne pytanie. Gdy dzisiejsza Ameryka inwestuje w świat, nie jest to już tylko inwestycja finansowa, ale także moralna, duchowa, językowa. Słowo „wojna” jest jednym z najczęściej używanych przez rząd Trumpa. I nie chodzi tu o doktrynę obronną, ale o wiarę w prawdziwą wojnę, której nie da się uniknąć.
Europa jest kontynentem, który odebrał z wojny lekcję najtragiczniejszą. Dlatego powinna przeciwstawić się takiemu myśleniu, proponując na przykład taki model struktur wojskowych czy polityki zagranicznej, który zakłada raczej aktywną niż pasywną obronę. To kwestia przyszłości kontynentu.
To rozwiązanie polityczne. A religijne?
Nie wiem. Nie mam odpowiedzi. Poza stwierdzeniem, że jesteśmy w całkowicie nowej sytuacji i że teologia pokoju i wojny musi zostać w dużej mierze napisana na nowo. Na pewno Kościoły muszą odejść od automatycznego powtarzania haseł, które od trzech lat, po inwazji na Ukrainę, są dowodem na ich hipokryzję, a nie realne mierzenie się z problemem. Znowu podam przykład Włoch, gdzie dominuje katolicki pacyfizm, który jednak okazał się niewystarczający, by zrozumieć nową sytuację stworzoną przez Rosję. Przy czym paradoksalnie ci sami ludzie, którzy ignorują konieczność wsparcia Ukrainy, wyrażają silne poparcie dla sprawy palestyńskiej.
Wojna ponownie stała się w Europie jedną z realnych możliwości. Dla wielu zresztą już jest rzeczywistością, z którą się mierzą albo zmierzą w najbliższej przyszłości.
Myśli Pan, że papież Leon ma odpowiedzi na te pytania?
Nie wiem. Może ma, tyle że my ich jeszcze nie poznaliśmy. Pontyfikat Leona rozwija się bardzo powoli. Wydaje się jednak, że jego głównym zmartwieniem jest jedność Kościoła, co oznacza ostrożność zarówno w sprawach wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Śledzę uważnie jego relacje ze Stanami Zjednoczonymi, ponieważ to jest kraj, w którym się urodził, w którym ma nadal wiele kontaktów z biskupami, ze swoim zakonem. Mamy pierwszego amerykańskiego papieża, ale też po raz pierwszy mamy do czynienia z takim kryzysem w USA, politycznym i religijnym.
Z opublikowanego niedawno wywiadu z papieżem wynika, że kontakty z Trumpem woli zostawić amerykańskim biskupom.
Problem nie polega na tym, że papież chce pewne kwestie zostawić biskupom, ale na tym, że amerykańscy biskupi są podzieleni i w wielu kwestiach milczą. Więc na razie niewiele z tego pomysłu wynika. Nie wiem też, na ile ta polityka, że papież nie wypowiada się na temat Trumpa, Stanów Zjednoczonych i innych przywódców jest możliwa do utrzymania. Moment, w którym wszyscy będą oczekiwali publicznego zajęcia stanowiska przez papieża, na pewno nadejdzie.

MASSIMO FAGGIOLI jest włoskim historykiem Kościoła i teologiem (ur. 1970 r.), profesorem teologii, kierownikiem katedry eklezjologii w Trinity College na Uniwersytecie w Dublinie. Autor książek o Soborze Watykańskim II, dialogu ekumenicznym i współczesnym katolicyzmie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















