Herrnhut: miasto braci morawskich. Atrakcja turystyczna czy chrześcijańska lekcja radykalnej równości?

Fenomen tego saksońskiego miasteczka wciąż przemawia – prostota, równość i braterstwo to wartości, które poruszają wielu przybyszów. Innych przyciąga ruch charyzmatyczny czy klimat miejsca, gdzie prawie każdy zna każdego, a jednocześnie czuć międzynarodowy sznyt.
Czyta się kilka minut
Międzynarodowa społeczność charyzmatycznych chrześcijan (Wolny Kościół Ewangelikalny) zbiera się w Herrnhut od lat 70., choć oficjalnie zarejestrowana została jako stowarzyszenie w 1999 r. Wierni spotkają się w wyremontowanym przez siebie budynku dawnego szpitala. Na zdjęciu widoczna też wieloramienna gwiazda herrnhucka. Boże Narodzenie 2022 r. // Fot. Paulina Model
Międzynarodowa społeczność charyzmatycznych chrześcijan (Wolny Kościół Ewangelikalny) zbiera się w Herrnhut od lat 70., choć oficjalnie zarejestrowana została jako stowarzyszenie w 1999 r. Wierni spotkają się w wyremontowanym przez siebie budynku dawnego szpitala. Na zdjęciu widoczna też wieloramienna gwiazda herrnhucka. Boże Narodzenie 2022 r. // Fot. Paulina Model

Miasteczko to słynie w całych Niemczech i na świecie z gwiazdy składanej z papieru na Adwent. Wymyślił ją na początku XIX w. miejscowy nauczyciel matematyki, żeby pocieszyć dzieci misjonarzy, których rodzice głosili Ewangelię w dalekim świecie. P.H. Verbeek chciał także przemówić do wyobraźni przestrzennej swoich uczniów. Dziś składanie gwiazdy herrnhuckiej jest zwyczajem w wielu niemieckich rodzinach, a mniej uzdolnionym manualnie swoje kolorowe wyroby oferuje miejscowa fabryka.

Ale do Herrnhutu warto zajrzeć wcale nie ze względu na historię słynnej gwiazdy. To miejsce, które może wiele nauczyć.

– Kiedy tu przyjechałam, powiedziano mi, że Herrnhut ma inną atmosferę – mówi Emma. – Na ulicy spotykasz całą plejadę ludzi: różnych wiar, z różnych stron świata, wysoko i nisko wykształconych, sprawnych i niepełnosprawnych. I nie walczą oni ze sobą, bo jedno potrzebuje drugiego.

Bracia morawscy: spadkobiercy husytów

Miasto leży w Saksonii na styku granic: niemieckiej, czeskiej i polskiej. Liczy sobie nieco ponad 300 lat. Można je przejść w 15 minut. Stwarza wrażenie, że czas tu zwolnił – przeważająca część budynków ma charakter zabytkowy. Jednocześnie człowiek może tu usłyszeć znacznie więcej języków niż by się spodziewał. To z powodu bogatej sieci relacji misyjnych wspólnot religijnych Herrnhutu. Więc choć de facto małomiasteczkowy, ma on międzynarodowy charakter. Tu delegacja z Tanzanii, tu pastor z Holandii, tam misjonarka z Ameryki. Okaże się, że z barokiem nie kłóci się modlitwa uwielbieniem, a w zabytkowych kamienicach można kupić szabatowe wino, współczesne powieści, a za rogiem kebab.

Ogród Jesus-Haus w Herrnhut (charakterystyczne dla tego miasta barokowe założenia ogrodowe z widoczną altaną w głębi), sierpień 2022 r. // Fot. Paulina Model

Miejsce związane jest z historią husytyzmu. W XV w. Jana Husa spalono na stosie, zaś kilka lat później rozgorzały krwawe wojny husyckie. Zakończyły się one powrotem Zygmunta Luksemburskiego na tron praski. Co do zasady wrócił też katolicyzm, ale nie wszędzie. Część husytów (m.in. bracia czescy) obstawała dalej przy swoich przekonaniach. Nieść je będą przez kolejne wieki, a z każdym będzie coraz trudniej. Msze odbywać się będą po domach – bez księdza – sprawowane przez wiernych. Za trwanie przy swoich przekonaniach groziło więzienie. Ulga dla potomków husytów przyszła dopiero w wieku XVIII.

Wtedy to braci czeskich, ukrywających się na habsburskich (a więc katolickich) Morawach, decyduje się przyjąć hrabia Nikolaus Ludwig von Zinzendorf. W 1722 r. pada pierwsze drzewo (siekiera – świecka relikwia ostała się do dziś) i od podstaw powstaje Herrnhut – dosłownie: pod Bożą ochroną (po czesku Ochranov).

Ale to nie koniec historii. Bowiem, jak można sobie wyobrazić, mieszanie się miejscowych i przybyłych, różne zwyczaje i oczekiwania szybko doprowadziły do swarów. I to znacznych. Żeby im zaradzić, Zinzendorf jest zmuszony wrócić z Drezna. Gromadzi wszystkich w pobliskim Berthelsdorfie i tu się dzieje rzecz niezwykła. Panowie w surdutach i panie w czepcach, którzy jeszcze przed chwilą byli w gorącym sporze, teraz, jak wierzą, mocą Ducha Świętego podają sobie ręce i wspólnie przyjmują komunię. Te swoiste lokalne Zielone Święta miały miejsce 13 sierpnia 1727 r.

I tak rodzi się na dobre Herrnhut, a z nim: Kościół braci morawskich, spadkobierców husytów.

Co z tego zostało? Herrnhut, umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO, obecnie wygląda niemalże jak wyjęty z owych pamiętnych dni osiemnastowiecznych. Owszem, można tu kupić modę wietnamską i waldorfskie lalki, ale samo miasteczko nie straciło wyjątkowego charakteru, zaś bracia morawscy są tam do dziś. Choć już nie stanowią 100 proc. mieszkańców.

Wprowadzenie w urząd proboszczów Kościoła morawskiego małżeństwa Jill i Petera Vogtów. Herrnhut, marzec 2015 r. // Fot. Evangelische Brüdergemeine Herrnhut / Materiały prasowe

Miejsce dla wszystkich

Miasteczko wzniesione jest w stylu baroku protestanckiego, oszczędnego w środkach, dalekiego od kapiącego złota znanego nam z polskich kościołów.

– Żeby zrozumieć Herrnhut, warto pamiętać, że jest to miasto, choć wielkości wsi – mówi Emma (imię zmienione), antropolożka z lokalnego Muzeum Etnograficznego. – Założenia miejskie mają odbijać założenia społeczne i religijne. W centrum stoi kościół.

– Podoba mi się to, że w środku tego miasta jest Jezus – dodaje Albrecht Model, były starszy wolnego Kościoła ewangelikalnego Jesus-Haus.

Bracia morawscy (herrnhuci) wolą nazywać kościół Kirchensaal, Salą Kościelną lub Wielką Salą, w myśl tego, że nie powinno być jakiegoś specjalnego miejsca na sacrum, ale powinno ono przenikać całe życie. Metaforycznie określają ją też jadalnią, dining room, całej wspólnoty. To miejsce dla wszystkich. Co je wyróżnia? Całe jest śnieżnobiałe. Poza ławkami, stołem ołtarzowym i organami w zasadzie nie ma tam nic więcej. Prostota uderza. Ma pomagać skupić się na Najważniejszym.

Obecnie przy centralnym placu mieszczą się też instytucje dla osób z niepełnosprawnościami. W dobie komunizmu Kościół w NDR nie mógł prowadzić regularnej działalności edukacyjnej, więc skierował swoje siły w stronę kształcenia specjalnego i opieki. To, co było kiedyś wynikiem opresji systemu, dziś owocuje różnorodnością mieszkańców.

Biskup: brat między braćmi

Herrnhut ma ok. 1300 mieszkańców. Nawet dziś, liczony razem z przyległymi wsiami, ma w swoich granicach administracyjnych ok. 6000 dusz. To wciąż mniej niż Zawoja czy Ciechocinek. – A jednak jest tu wszystko, co potrzebne do życia – mówi Konrad Fischer z Heimatmuseum. Dwa muzea, dentysta, lekarz, szkoły – wymienia.

Poza tym można zjeść lody na nieczynnej stacji kolejowej, zajrzeć do biblioteki albo na leśny basen. Zaś wszystko poprzeplatane jest ogrodami. Ta barokowa idea – altan skąpanych w zielonościach, gdzie można napić się herbaty lub sięgnąć do kancjonału – wygląda uroczo.

– Podoba mi się to, że w głębokim sensie jesteśmy braćmi i siostrami. Nie mamy papieża albo charyzmatycznego lidera, którego każdy musi bezwzględnie słuchać – mówi Martin Theile, emerytowany proboszcz braci morawskich.

– Wspólnota ludzi o różnych poglądach, lecz wciąż kroczących razem, to coś, co może inspirować innych – wtóruje mu Peter Vogt, obecny proboszcz.

– U braci morawskich podoba mi się to, że ich biskup jest bratem miedzy braćmi – dodaje Erika z Jesus-Haus.

W istocie, choć protestantyzm kładzie znaczny nacisk na osobistą relację z Bogiem, po części fundując nasz europejski indywidualizm, tu ważna jest też wspólnota. Na początku istnienia społeczność herrnhutów była podzielona na tzw. chóry. Były to mniejsze wspólnoty dzielone według płci i stanu cywilnego, a więc takie jak np. niezamężne siostry czy wdowcy. Grupy te, poza małżeństwami, mieszkały razem – po stronie sióstr w Herrnhucie mieścił się np. dom wdów czy panien. Razem się modliły i wspierały. Nie był to sztywny podział na kasty, a raczej próba stworzenia wspólnot we wspólnocie, które łączy podobny los, i które mogą sobie służyć pomocą, a także towarzyszyć we wzroście duchowym.

– Morawczycy mieli dobry zamysł na początku, reagując na to, co się działo w społeczeństwie. Dziś utraciliśmy nieco tej mądrości. Ludzie żyją w coraz większej izolacji – podsumowuje Theile.

Podział na chóry zaczął słabnąć w XIX w. w związku z sekularyzacją i innymi czynnikami, jednak pewien zmysł braterstwa został do dziś.

Jednym z podstawowych przekonań tutejszych chrześcijan jest równość. Wszyscyśmy równi wobec Pana i w śmierci naszej – mówią. Prawnik nie stoi wyżej niż cieśla, sklepikarz niżej niż farmaceuta. W sposób szczególny widać to na cmentarzu. Wznosi się on na łagodnych stokach za miastem. Groby sprowadzają się do poziomych, prostokątnych kamiennych płyt z imieniem zmarłego, datami i wersetem biblijnym. I takich płyt jest z sześć tysięcy.

W poranek wielkanocny to miejsce jednak ożywa. O świcie przybywa na cmentarz procesja, której towarzyszy charakterystyczna dla braci morawskich orkiestra dęta. Przy dźwięku trąbek i puzonów, przy jaśniejącym dniu, wspólnota pyta wyzywająco: „O śmierci, gdzie jest twe zwycięstwo?”.

Struktura klerykalna i ekumenizm

Pomysłem pierwszego pokolenia herrnhutów było wzajemne umywanie nóg i agapy (liturgia wspólnych posiłków). Ten pierwszy obrzęd utrzymał się jedynie przez krótki okres, lecz drugi – pozostał. Do dziś kilka razy w roku w Sali Kościelnej organizuje się spotkania przy bułeczkach z rodzynkami i herbacie, którym towarzyszą pieśni, świadectwa lub opowieści z misji.

Wartą uwagi jest także struktura klerykalna, szczególnie u zarania wspólnoty. Zinzendorf powiedział: „Siostry również mają prawo do kapłaństwa”. Wiemy, że Anna Nietschman, żona hrabiego, w 1758 r. wraz z mężem współprowadziła ordynację kobiet na prezbiterki – razem nakładali ręce (a to jest gest biskupi). W XVIII w. było to wydarzenie bez precedensu.

Jednak jak część wspomnianych wyżej rytuałów, i święcenia kobiet zanikły na długi czas. Do ordynacji prezbiterskiej kobiet Kościół wrócił w 1967 r., zaś pierwszą współcześnie ordynowaną biskupką braci morawskich w Europie kontynentalnej została w 2023 r. ks. Rhoënde Mijnals-Doth.

Herrnhut zaczął się od wspomnianego wyżej wyjątkowego pojednania w 1727 r.  Nie była to jednak łaska dana raz na zawsze. Pod koniec XX w. i do tego małego miasta we wschodnich Niemczech dotarła fala odnowy płynąca ze Stanów. Przy kościele morawczyków spotykała się niewielka grupa, która coraz bardziej skłaniała się ku wielbieniu, modlitwom o uzdrowienie czy ku chrztowi dorosłych. W końcu doszło do bolesnej dla obu stron schizmy. Zdarza się również, że jedno z małżonków jest ewangelikalne, a drugie chodzi do braci morawskich.

Obecnie sytuacja ekumeniczna znacznie się poprawiła. Nie było świetlistego i wiekopomnego pojednania, jednak czas leczy rany.

– Jestem częścią małej grupy, w której modlimy się razem z osobami z obu Kościołów. Nieoficjalnie. Dobrze nam to robi – mówi Martin Theile. – Możesz czasem słyszeć szalone rzeczy o sobie nawzajem, ale kiedy faktycznie rozmawiasz z drugą stroną, to nie wierzysz we wszystko, co usłyszysz. 

Uzdrawianie pamięci w Kościele

W pierwszym pokoleniu herrnhuci wysłali w świat więcej misjonarzy niż cały protestantyzm przez poprzednie 200 lat, jakie minęły od wystąpienia Lutra. Misje z chrześcijańskiego punktu widzenia są czymś nieodłącznym, ale można je prowadzić na różne sposoby. Bracia morawscy starali się nieść Ewangelię, a nie opresję – znani są tacy, który zaprzedawali się w niewolę, by głosić Dobrą Nowinę niewolnikom. Jednak patrząc wstecz, widzimy, że i herrnhuci posiadali niewolników.

– Wiemy z materiałów archiwalnych, że bardziej ludzkie traktowanie nie było regułą. W dobie, kiedy niewolnictwo było powszechne, zdarzały się jednak głosy: „Jesteśmy równi wobec Boga i my nie mamy prawa niewolić innych”. Znam przynajmniej jeden przykład, kiedy ktoś tak oponował – i był odsyłany i uciszany. Jakiś czas temu robiliśmy w muzeum spotkanie – w Herrnhucie wszyscy wiedzą o misjach, a jednak mało kto był świadomy, że morawczycy posiadali też niewolników – opowiada Emma.

Dziś w Kościele trwa proces, który jest nazywany uzdrawianiem pamięci.

Rzeczą, której niejedna wieś (albo miasteczko) może pozazdrościć Herrnhutowi, są próby rozmów i spotkań. Muzeum Etnograficzne wychodzi do mieszkańców z tematem, np. jak do zbiorów trafiały ludzkie czaszki. Chętny może się udać do Akademie Herrnhut lub Gesprächskreis (Koło Dyskusyjne) i porozmawiać o tym, co wywiera wpływ na społeczeństwo.

– Ostatnio debatowaliśmy nad tym, czy aplikować o znalezienie się na liście UNESCO. Spotykaliśmy się tygodniami, każda ze stron przedstawiała za i przeciw, zastanawialiśmy się, jakie będą tego konsekwencje – mówi Konrad Fischer. 

Ostoja opozycji

Idąc na dłuższy spacer, dojdziemy do Großhennersdorf, wciąż w granicach administracyjnych Herrnhutu. Za czasów komunizmu tutejszy Katherinenhof, kościelny ośrodek diakonijny dla osób z niepełnosprawnościami, był ostoją dla opozycjonistów. Ci zaś po 1989 r. stworzyli tu kolejne miejsca spotkań – Begegnungszentrum – gdzie na warsztaty teatralne i nie tylko przyjeżdża młodzież z Niemiec, Czech i Polski. Zaraz obok jest Umwelbibliotehek – instytucja, która m.in. dokumentuje pokojową rewolucję ’89. W tym samym budynku mamy artystyczne kino wiejskie (Kunstbauerkino) razem z kawiarnią.

Tu Dirk Schulze zaserwuje nam lokalne piwo i puści film, który warto znać. Kiedy go odwiedzam, dowiaduję się, że za kilka dni we wsi obok (Rennersdorf, ale formalnie wciąż Herrnhut) rusza festiwal awangardowy (Faetzig Camp). W programie: zapatyści, punk, żydowskość oraz perspektywy queerowej współpracy na Górnych Łużycach.

To kontra do rosnącego w Saksonii poparcia dla partii prawicowych. – Niektórzy mówią, że Herrnhut to wyspa, że jest inny – tak, ale nie politycznie – przyznaje Gertrude (imię zmienione). – Ci, którzy wyjechali i mieszkali w różnych miejscach czy na misjach, bywają bardziej otwarci, ale reszta nie różni się pod tym względem od ludzi z okolicy.

– Martwi mnie rozwój prawicowych ruchów politycznych w regionie – dodaje Peter Vogt.

Dziedzictwo husytów

Herrnhut można potraktować jako atrakcję turystyczną niedaleką od naszej zachodniej granicy, ale też jako soczewkę i inspirującą lekcję. Soczewkę, w której rozpoznajemy powszechne konflikty i potrzeby chrześcijaństwa. Spory wspólnot tradycyjnych i młodych, gdyż problemy trudnej pamięci dotykają nie tylko protestantów. Ale i herrnhuckie doświadczenia można potraktować szerzej: jako lekcję radykalnej równości, wspólnoty stołu, dążenia do pojednania oraz tworzenia ram do wymiany myśli.

Fenomen Herrnhutu wciąż przemawia – prostota, równość i braterstwo to wartości, które poruszają delikatne struny w wielu przybyszach. Innych przyciąga ruch charyzmatyczny czy klimat miejsca, gdzie prawie każdy zna każdego, a jednocześnie czuć międzynarodowy sznyt. Wygląda na to, że dziedzictwo husytów przetrwało.


BRACIA MORAWSCY NA POLSKIEJ ZIEMI

Bracia morawscy to przede wszystkim wspólnota w Tanzanii, która tam liczy 800 tys. członków, czyli ponad połowę wiernych morawczyków na całym świecie. Ale to też, onegdaj, Polska. Nad Wisłą (bliżej Odry w zasadzie) powstały cztery kolonie herrnhuckie. Najlepiej zachowała się ta w Piławie Górnej (Gnadenfrei). Arnold Kordasiewicz prowadzi tam Izbę Pamięci Braci Morawskich. W Piławie cmentarz herrnhutów zlikwidowano w 1978 r. Niemalże wszystkie z kilku tysięcy płyt nagrobnych rozkradziono, przeszlifowano, wyłożono nimi kurniki czy chodniki. Z uratowanych powstało składające się z ok. 30 płyt lapidarium. Samych grobów nigdy nie ekshumowano – chodząc po dzisiejszym parku, chodzimy po ich szczątkach.

Poza koloniami osadnictwo braci morawskich było całkiem liczne na ziemiach polskich. Częstokroć wiązało się z rozwojem przemysłu tkackiego – Górne Łużyce, gdzie leży Herrnhut, słynęły z tej gałęzi rzemiosła. Dziś można wybrać się jedynie szlakiem ruin oraz sal gimnastycznych czy harcówek dziwnie przypominających kościoły. Warto się pośpieszyć – dawna sala kościelna braci morawskich w Łodzi zawaliła się właśnie 15 sierpnia tego roku.

PaM

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Lekcje z Herrnhutu