ARTUR SPORNIAK: Dla katolików Eucharystia jest centrum życia Kościoła i jego źródłem. Czym jest dla ewangelików?
JERZY SOJKA: Na pewno jednym z centralnych punktów życia Kościoła. Obok kazania i sakramentu chrztu jest to jedno z narzędzi, za pomocą których Bóg trafia do człowieka. Od powstania wielkich ruchów reformacyjnych XVI wieku ukształtowało się kilka tradycji protestanckich trochę inaczej postrzegających Eucharystię. Różnica między Wittenbergą Lutra a Zurychem Zwingliego polega na różnej odpowiedzi na pytanie, czy w Eucharystii jest udzielane zbawienie. Według Lutra tak i dlatego bronił on realnej obecności ciała i krwi Chrystusa w chlebie i winie. Natomiast Zwingli odpowiadał „nie”, bo nic zewnętrznego nie może pomóc duchowości. Eucharystia według tej tradycji jest tylko znakiem rozpoznawczym chrześcijan, w związku z tym nie miała dominującego znaczenia, co w praktyce oznaczało, że sprawowano ją tylko kilka razy do roku. Z kolei Genewa Kalwina zgodzi się z Wittenbergą, że w Eucharystii jest udzielane zbawienie, ale nie wyrazi tego językiem realnej obecności Chrystusa, gdyż jest ona jedynie duchowa. Zatem luteranizm jest najbliższy rzymskiemu katolicyzmowi, gdyż przyjmuje realną obecność Chrystusa, ale z kolei odrzuca arystotelesowski język w jej opisywaniu.
PIOTR SIKORA: W katolicyzmie rozumienie Eucharystii zmieniało się na przestrzeni wieków. Obecnie dominująca w popularnej teologii myśl jest określona polemicznie wobec Reformacji. Ale Kościół katolicki nie ma problemu z tym, że są Ojcowie Kościoła, którzy w różny sposób wyjaśniają Eucharystię, wcale nie używając arystotelesowskiego języka odwołującego się do substancji i przypadłości. Ich język – np. Efrema Syryjczyka – jest znacznie bardziej metaforyczny i poetycki, odwołujący się nawet do kategorii symbolu. Sobór trydencki mocno podkreślił obecność Jezusa w Eucharystii, dekretując, że jest On „prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie”. Spowodowane to było określeniem się wobec Reformacji. To była głównie polemika z Zwinglim, bo w następnym zdaniu czytamy: „albowiem nie jest to sprzeczne, aby Zbawiciel nasz zasiadał zawsze w niebiosach po prawicy Ojca naturalnym sposobem obecności, a mimo to był obecny w swojej substancji na wielu innych miejscach”.
JS: To jest powiedziane przeciwko wszystkim Szwajcarom, funkcjonowało wówczas wśród nich polemiczne zawołanie: „Chrystus jest w niebie, a nie w winie i chlebie”. Natomiast Luter pewno podpisałby się pod intencją soboru trydenckiego, bo on bardzo mocno bronił realnej obecności. Skoro w słowach ustanowienia Jezus mówi: „To jest ciało moje… to jest krew moja…”, to to jest rzeczywiście ciało i krew. Jednak Luter był przeciwny wyjaśnianiu mechanizmu tej obecności. Dla niego, jeśli Bóg mówi, to tak się staje, jak w opisie stworzenia świata. Słowo Boże zawsze coś zmienia, jak pokazuje też tradycja prorocka w Biblii. U Lutra tym się Bóg różni od człowieka, że w Jego mowie nie ma rozdziału na informację i działanie. Jeśli my coś powiemy, to może ktoś coś z tym zrobi. U Boga jest inaczej. I skoro On mówi: „To jest ciało moje…”, to mamy w to wierzyć. Po co to jeszcze roztrząsać i mówić o transsubstancjacji?
Co na to katolicy?
PS: Poszli w polemikę. Polemiczne myślenie ma tendencję, żeby dookreślać po to, by ukazać różnicę. Katolickie potrydenckie myślenie, ponieważ było zdominowane przez polemikę, za bardzo próbowało wszystko sprecyzować, tracąc w jakimś stopniu wymiar tajemnicy. Jakby zapomniano o dopowiedzeniu soboru, że o sposobie obecności Jezusa w Eucharystii mówimy „słowami ledwo wyrażalnymi”. Jeśli weźmiemy to pod uwagę, to w dobie ekumenizmu możemy się otworzyć na różne inne określenia Eucharystii, pamiętając, że jest to tajemnica, której nie dookreślimy słowami.
O zmianie rozumienia Eucharystii na przestrzeni wieków mówił kiedyś na tych łamach, jako historyk Kościoła, kard. Grzegorz Ryś. W pierwszym tysiącleciu Eucharystię postrzegano jako mistyczne ciało Chrystusa, a Kościół traktowano jako Jego ciało rzeczywiste. W drugim tysiącleciu to się odwróciło: Eucharystię zaczęto postrzegać realistycznie, a Kościół mistycznie.
PS: Najważniejsze pytanie moim zdaniem jest takie: gdy mówimy o Eucharystii, to mamy na myśli najświętsze postacie eucharystyczne czy celebrację – wydarzenie? W pierwszym tysiącleciu nacisk położony był na wydarzenie, w którym bierze udział i który w pewnym sensie tworzy wspólnota. W drugim tysiącleciu skupiono uwagę przede wszystkim na postaciach.
Pojawia się kult Eucharystii, którego mocnym wyrazem jest uroczystość Bożego Ciała, procesje eucharystyczne i adoracja Najświętszego Sakramentu.
JS: Te zmiany powstawały trochę na zasadzie: wszystko się musi zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Intencja się nie zmieniła: trzeba zabezpieczyć tajemnicę, która stoi na straży szczególnego związku Eucharystii z uwielbionym Panem. Tutaj eschatologiczne odniesienie jest bardzo ważne – Eucharystia daje przedsmak niebiańskiej uczty. Gdy zaczęto stawiać pytania, co leży na patenie, trzeba było przeformułować całość sposobu opisu, żeby zachować to, o czym sobór trydencki mówi, że nie jest do końca wyrażalne. Zmienił się jednak cały sposób przeżywania Eucharystii w Kościele: nastąpiło przejście od uczestniczenia w wydarzeniu do skoncentrowania uwagi na postaciach.
Eucharystia straciła charakter pokarmu dającego życie i umacniającego wspólnotę, a stała się adorowaną relikwią.
JS: Ale i jedno, i drugie podejście pozwala sięgać poza to, co doczesne. Oczywiście, na ile jako protestant potrafię zrozumieć sens relikwii.
PS: Ja jednak chciałbym wskazać na pewien problem. Bo Eucharystię można rozumieć jako coś, co transcenduje rzeczywistość, ale też jako coś, co przemienia rzeczywistość. To są jednak dwa różne podejścia do religijnego przeżywania życia ludzkiego. Czy centralne punkty religijnego zaangażowania, takie jak Eucharystia, mają nas z naszej codzienności wyciągnąć, czy tę naszą codzienność przemienić? Późnośredniowieczny kult, kładący nacisk na postacie eucharystyczne, m.in. w uroczystość Bożego Ciała, wyraźnie dzieli rzeczywistość na sacrum i profanum – sacrum pozwala przekraczać profanum. Nigdzie nie ma tak „namacalnej” Bożej obecności, jak pod eucharystycznymi postaciami.
A zobaczmy, co się dzieje, gdy popatrzymy na Eucharystię jak na wydarzenie, co wydaje mi się bliższe jej pierwotnemu rozumieniu. Postacie eucharystyczne, czyli chleb i wino, które wspólnota przynosi na mszę, uobecniają całe życie ludzi – jest to „owoc ziemi oraz pracy rąk ludzkich”. To nasze życie oddajemy w liturgicznym ofiarowaniu, następuje jego przemiana i otrzymujemy je z powrotem, tyle że Boskie. W tym ujęciu Eucharystia nie jest czymś, co ma być inne od naszego życia. Przychodzimy z życiem nieprzemienionym, a wychodzimy z przemienionym i całe nasze życie staje się Boskie. Przemienione postacie znikają, bo je zjadamy, ale w związku z tym one przemieniają nas. Wtedy jakby my stajemy się nośnikami boskości. W kościołach rzymskokatolickich funkcjonują tabernakula jako miejsca przechowywania konsekrowanych postaci eucharystycznych. Można powiedzieć, że po komunii to my stajemy się takimi tabernakulami. Efrem powie, że to nie ty przemieniasz pokarm eucharystyczny w siebie, tylko to on przemienia ciebie w siebie.
Jak takie rozumienie Eucharystii ma się do adoracji Najświętszego Sakramentu?
PS: Moim zdaniem adoracja może jedynie pomóc nam uświadomić sobie, do jakiego wydarzenia się przygotowujemy. Celem Eucharystii jest przede wszystkim przemiana całego naszego życia w życie Boskie. Fakt, że święte postacie zostają zniszczone przez zjedzenie, nie jest tu bez znaczenia. One znikają w tobie po to, by twoje życie nabrało Boskiego charakteru. To jest nie tylko inne ujęcie teologiczne, ale inne podejście do życia religijnego. Nie przychodzę jedynie, by na chwilę dotknąć podczas adoracji innej rzeczywistości. Przychodzę, by zostać przemienionym i jakby ściągnąć tę inną rzeczywistość do mojego życia. Wówczas – mówiąc słowami św. Pawła – czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek innego robimy, wszystko robimy na Bożą chwałę.
Kult eucharystyczny wzmaga poczucie naszej niegodności – stąd praktyki rzadkiego przystępowania do komunii czy przyjmowanie komunii do ust na klęczkach, bo nasze ręce są niegodne, by dotykać świętych postaci. Jak to pogodzić z pragnieniem bycia „przebóstwionym”?
PS: To przejawy doświadczenia owego tremendum, a więc nie tylko fascinosum w kontakcie z sacrum. „Straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga żyjącego” – czytamy w liście do Hebrajczyków (10, 31). W tym sensie „straszną”, że tak bliski kontakt z Bogiem domaga się zmiany całego życia. Ten aspekt może być obecny także w owym wydarzeniowym podejściu do Eucharystii. Inaczej mówiąc, ryzykowne jest uczestniczyć w takim wydarzeniu, w którym przynosisz życie takie, jakie masz, oddajesz je, czyli wypuszczasz całkowicie z rąk, i dostajesz z powrotem niby to samo, ale zupełnie inne. Zatem uważaj, jak się zbliżasz do tego sacrum!
Podczas eucharystycznej procesji w Boże Ciało właśnie wchodzimy z rzeczywistością sakralną w nasze opłotki.
PS: Powiedziałbym tak: to jest to samo słuszne pragnienie, tylko realizowane w sposób, który wskazuje, iż nie do końca rozumiemy znaki, którymi się posługujemy. Słuszne pragnienie polega na tym, by nie zamknąć Bożej obecności tylko w przestrzeni sakralnej, ale by mogła ona ogarnąć także naszą codzienność. Jednak sens znaków eucharystycznych mówi, że nie trzeba tego konsekrowanego chleba obnosić po naszych ulicach. Trzeba upiec ten chleb, przynieść go na wspólne spotkanie – pamiętając, że przede wszystkim to ludzie tworzą świętą przestrzeń, a nie mury – oddać ten chleb, a wraz z nim swoje życie w ryzykownym rytuale, zjeść i potem samemu wrócić do codzienności. Nie potrzebujemy zatem monstrancji, jeśli zaryzykowaliśmy ową przemianę. W procesji ruch jest właściwy, tyle że znaki nie zostały do końca zrozumiane.
JS: Właśnie takie „relikwijne” rozumienie Eucharystii myśl reformacyjna wyrzuciła do kosza, bo to się kłóciło z tym, co o Eucharystii można było wyczytać w Nowym Testamencie i u Ojców Kościoła. Obie grupy tekstów wskazują przede wszystkim na wydarzeniowe rozumienie Eucharystii. Jest to u Lutra bardzo mocne. Pisze on, że gdy ktoś ze mną przystępuje do komunii, to stajemy się realnie wspólnotą. I jeśli on potrzebuje pomocy, to ja mam mu rzeczywiście pomóc, a nie tylko – jak Luter ironicznie dodaje – pomodlić się za niego. Gdy zrobię wszystko, co mogę, a on nadal będzie w potrzebie, dopiero wtedy pozostaje modlitwa. Jego perspektywa była taka: w chrzcie człowiek jest włączony w życie Boże i powołany do codziennej pokuty. Na tej drodze wyzbywania się grzeszności i rodzenia się na nowo jako nowy człowiek potrzebny jest posiłek. I tym jest Eucharystia. Tego nie da się przetłumaczyć na adorację czy miejsce święte. Reformacja unieważniła miejsca święte; uważa, że święte są te miejsca, w których zwiastowane jest słowo Boże.
Kalwin z kolei dużo trudu sobie zadał, żeby opowiedzieć, jak wygląda działanie Ducha Świętego, który m.in. poprzez uczestnictwo w Eucharystii włącza człowieka w zbawcze działanie Chrystusa. Zatem dla Kalwina Eucharystia jest narzędziem udziału w Chrystusie, natomiast dystansuje się on od sporu katolików i Lutra z Zwinglim o realną obecność.
Co to znaczy u luteranów, że realna obecność trwa, dopóki trwa zgromadzenie?
JS: To wynikało z praktycznego podejścia, ponieważ nie rozstrzygnięto pytania, do kiedy trwa ta obecność. Luter zalecał: spożyjcie wszystko, wtedy nie będziecie się musieli zastanawiać. Zatem nie kryje się za tym jakaś głęboka teologia. Chociaż są Kościoły luterańskie na świecie (np. w USA), które praktykują noszenie Eucharystii do chorych. W innych odprawia się Eucharystię po prostu u chorych (np. w Polsce).
A jakie są inne różnice?
JS: W luteranizmie ordynacja na pastora nie jest rozumiana jako sakrament święceń. To najpoważniejsza różnica. Inną różnicą, którą jednak rozwój teologiczny mógłby zniwelować, jest odrzucenie przez Reformację ofiarniczego charakteru Eucharystii. Gdy katolicy w tamtych czasach mówili, że Eucharystia powtarza ofiarę Chrystusa, to reformatorzy rozumieli to w ten sposób, że Jego ofiara na krzyżu nie była dostatecznie doskonała i trzeba ją powtórzyć. Tymczasem używane dziś teologiczne pojęcie anamnezy mówi raczej o uobecnianiu ofiary. Zwrócił na to uwagę katolicki teolog i ekumenista o. Celestyn Napiórkowski.
PS: To znowu przykład nadmiernej racjonalizacji religii. Liturgia uobecnia wieczność, w tym sensie, że wychodzi poza czas linearny. Nawet w pogańskich religiach to rozumiano. Podobnie gdy mówimy „niebo”, nie mówimy, że ono jest „gdzieś tam”. Już Grzegorz z Nyssy mówił w IV wieku, że niebo jest w nas.
Czy w historii protestantyzmu zdarzył się kiedykolwiek cud eucharystyczny?
JS: Nigdy. Nie mamy kategorii pojęciowych, żeby takie zdarzenie rozpoznać i sensownie opisać.
Rozmawiał Artur Sporniak

Dr hab. Jerzy Sojka jest wykładowcą w Katedrze Teologii Systematycznej Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Autor wielu książek, m.in. „Czytanie Reformatora. Marcin Luter i jego pisma”.

Dr hab. Piotr Sikora jest redaktorem działu „Wiara” w „Tygodniku”, kierownikiem Katedry Filozofii Współczesnej w Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie. Opublikował m.in. „Logos niepojęty”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















