Porady dla mądrali. Prof. Jarosław Flis analizuje wybory prezydenckie

Część społeczeństwa uważająca się za bardziej oświeconą obudziła się 2 czerwca w ponurych nastrojach. Nie pierwszy już raz. Jaki problem ma z powszechnymi wyborami obóz z dumą określający się jako „demokratyczny”?
Czyta się kilka minut
Sławomir Nitras, Donald Tusk i Barbara Nowacka podczas wieczoru wyborczego Rafała Trzaskowskiego. Warszawa, 1 czerwca 2025 r. // Fot. Stach Antkowiak / Reporter
Sławomir Nitras, Donald Tusk i Barbara Nowacka podczas wieczoru wyborczego Rafała Trzaskowskiego. Warszawa, 1 czerwca 2025 r. // Fot. Stach Antkowiak / Reporter

Mógłbym w tym miejscu przekleić spore fragmenty swojego powyborczego artykułu z 2020 roku – nic nie stracił na aktualności. W mocy pozostaje ostrzeżenie, że opis społeczeństwa w kategoriach lepsi–gorsi, podstawowy odruch „patrycjatu”,  jest kulą u nogi popieranych przez niego polityków. Być może też oczekiwanie, że „patrycjat” pozbędzie się poczucia wyższości jako swojego znaku rozpoznawczego, jest wciąż nierealistyczne. Warto więc po kolejnej pięciolatce doświadczeń z podziałem „góra-dół” pokusić się o uszczegółowienie przejawów choroby wywołanej bakcylem „lepszości”.

Jak się zwycięża wybory, czyli strategia i taktyka

Tak jak w przypadku działań zbrojnych, porażka wyborcza może mieć swoje źródła w strategii (umiejętności wygrywania całych wojen), sztuce operacyjnej (wygrywania bitew) oraz w taktyce (regułach prowadzenia ataku i obrony). Własne ataki i odpieranie szturmów przeciwnika składają się na bitwy, a pojedyncze bitwy mogą, lecz nie muszą, rozstrzygać całe wojny. Wyższe, strategiczne poziomy są na pewno ważniejsze, ale mniejsze niepowodzenia też mogą być nie do odrobienia w szerszej skali. Porządkowanie obrazu musi też zawierać powiązania pomiędzy tym, co chwilowe, średniookresowe i wreszcie generalne. Kluczowe jest to, na ile ogólne problemy przekładają się na taktykę i przebieg konkretnych kampanijnych bitew.

Po wyborach sporo jest analiz taktycznych niepowodzeń sztabu Trzaskowskiego – internetowych słabości, kiepskich spotów czy wpadki z „końską” debatą. Czy są to tylko przypadki nieuniknionych przecież pomyłek czy błędów biorących się ze zbyt małych zasobów, jakie każdy człowiek ma do dyspozycji, gdy mierzy się ze skomplikowanymi wzorami zachowań społecznych? Nie brakuje opinii – oraz potwierdzających je sygnałów – że błędy te wynikają z czegoś więcej niż np. zwykłe zadufanie. Zabrakło świadomości, że dogłębna i chłodna analiza może dostarczyć wniosków zupełnie sprzecznych z tym, co podpowiadają środowiskowe autorytety. Jeśli ktoś bardzo chce wierzyć, że poparcie uzyskane przez Trzecią Drogę w 2023 roku było efektem przyzwolenia Donalda Tuska na „uratowanie” tej formacji, to nie dostrzeże problemu potencjału negatywnych emocji, które wzbudza Platforma Obywatelska i jej tylko wewnętrznie niekwestionowany lider. Nie pierwszy to raz przekonanie, że się jest „urodzonym debeściakiem”, ogranicza ciekawość świata, potrzebę samodoskonalenia oraz zamyka oczy na innowacje.

Z operacyjnego punktu widzenia niepodważalną słabością Trzaskowskiego okazały się relacje z rządem. Nie jest niczym odkrywczym, że integracja przeciwko obozowi władzy jest łatwiejsza od tej w środowisku rządzącym. Ta druga jest trudna szczególnie wtedy, gdy władza radzi sobie ze swoimi zadaniami poniżej oczekiwań. Wtedy we własnych szeregach zaczynają się krzyżować sprzeczne koncepcje co do ewentualnej korekty celów lub sposobu działania. Kluczowe jest jednak to, że takie dyskusje powinny się odbywać w duchu wzajemnej troski, nie zaś oskarżeń. Tymczasem brak pokory i przekonanie, że inaczej myślący są po prostu głupsi, bardzo utrudnia znalezienie odpowiedzi na niepowodzenia.

Wyciąganie kwitów służb specjalnych wyborcy traktują jako nadużycie władzy

Rządzenie jest sztuką znacznie trudniejszą od samego zdobywania władzy. Te wzory i triki, które sprawdzają się w opozycji – choćby jako-tako – nie zachowują swojej skuteczności po zmianie stron. Rządzący są od walki z problemami, a opozycja od atakowania władzy. Jeśli rządzący atakują polityków opozycji, to sami się proszą o zajęcie ich miejsca – wystarczy spojrzeć na los PiS w wyborach 2023 roku. Mimo to z jakiegoś powodu wiele osób jest przekonanych, że to, co przydarza się innym – w szczególności tym przez nich pogardzanym – im już się zdarzyć nie może.

Po tegorocznych wyborach taką lekcję mogliby odrobić politycy PO z Donaldem Tuskiem i Rafałem Trzaskowskim na czele. Zmasowany atak na Karola Nawrockiego w ich wykonaniu przyniósł odwrotny skutek – uodpornił wyborców na niewyobrażalne wręcz słabości tego kandydata. Mechanizm jest naprawdę prosty i został przecież spektakularnie przećwiczony w trakcie zeszłorocznej amerykańskiej kampanii wyborczej. Rozhisteryzowane ataki elit na kandydata antyestablishmentowego tylko dodały mu wiarygodności – „naprawdę się go boją, czyli jest naprawdę nasz”.

Tak samo warto było sobie przypomnieć lekcję posłanki PO Beaty Sawickiej z 2007 roku. Wyciąganie w trakcie kampanii kwitów z archiwów służb specjalnych – choćby i najbardziej kompromitujących – nie szkodzi politykom opozycji, tylko rządzącym. Jest traktowane jako nadużycie władzy, na co niemała część wyborców jest bardzo uczulona.

Sprzeciw względem źle ocenianego rządu to spoiwo opozycji, pozwalające skleić w jedną całość zupełnie czasem sprzeczne przekonania. Tu też lekcji 2023 roku nie odrobiono. Koalicja Obywatelska przewidziała, że kluczowa okaże się postawa elektoratu Konfederacji, jednak próby przyciągnięcia go ograniczyły się do antyukraińskich sygnałów, co bardziej konfundowało własnych wyborców niż oponentów. Finalnym argumentem liderów „Konfy” w sprawie drugiej tury nie były jednak kwestie ideowe, lecz sama chęć powstrzymania dominacji obozu rządzącego. Natomiast próby ideowego przesunięcia Trzaskowskiego w ich stronę miały dwa nieoczywiste skutki. Pierwszy był skądinąd dla niego korzystny – to sceptycyzm środowisk jednoznacznie postępowych. Tych środowisk, których bezgraniczna miłość i bezwarunkowe poparcie w przypadku niejednego już kandydata okazały się de facto przeszkodą w przejęciu w Polsce władzy.

Sceptycyzmu tego nie udało się dowieźć do końca kampanii. Pewnie dałoby się go podtrzymywać jakimiś innymi metodami, lecz najwyraźniej przeważyły tu liczne głosy krytyczne, wytykające Trzaskowskiemu „udawanie kogoś innego”, co tak naprawdę oznaczało apel, by nie wahał się okazywać swojego „(jaśnie)oświeconego” sznytu. Takie właśnie apele potwierdzały podejrzenia, że również jego zabiegi o koła gospodyń wiejskich są nieszczere i kandydat jest dokładnie taki, jakim chcieliby go przedstawić sztabowcy PiS. Parafrazując piosenkę Grzesiuka: „nie masz ważniaka nad warszawiaka”.

Tamci drudzy są jeszcze gorsi

Tu dochodzimy do jeszcze jednej przewagi, jaką ma PiS – jest nią rozbudowana ogólnopolska organizacja, zdolna do prowadzenia skoordynowanych działań. Nie zawsze idealna, bo podatna na napięcia wynikające z narastających słabości Jarosława Kaczyńskiego. Lecz – w odróżnieniu od swojej głównej konkurentki – mająca duży potencjał mobilizacji swoich zwolenników. W tej kampanii nie działała najpewniej na najwyższych obrotach, lecz i tak intensywniej niż to, na co mógł liczyć Trzaskowski.

Fenomen takiej struktury wymaga uważnej analizy. Być może łatwiej jest coś takiego stworzyć z materiału, jakim dysponuje PiS. Choć partia ta deklaruje się jako „obrońca ludu”, to przecież jej struktury tworzą bez wątpienia „patrycjusze” – tyle tylko, że postrzegający siebie jako grupę mniejszościową we własnej warstwie społecznej. Różne ścieżki do niej prowadzą: od szczerej troski o tradycję i społeczną spójność w obliczu społecznego rozchwiania, poprzez krytykę skorumpowanych lokalnych sitw, po rozhisteryzowane opowieści o zmowie postkomunistycznych czy światowych elit, której trzeba się koniecznie przeciwstawić. 

Jednak to właśnie ta struktura daje im okazję do podjęcia protestu wobec tego, co tak źle oceniają. Społeczna sieć malkontentów potrafi w sprzeciwie względem możnych tego świata (czy to w lokalnej, narodowej czy globalnej skali) znaleźć swoją jedność i siłę. Nie zawsze to, co chciałaby robić, przynosi spodziewane skutki – co szczególnie widać na przykładzie wyników wyborów lokalnych – jednak bez wątpienia w kampaniach ogólnopolskich jest to duży atut.

Co istotne, w oparciu o taką strukturę udaje się wciągnąć do polityki także niemałą liczbę młodych, aktywnych i wykształconych ludzi. To oni są potem organizatorami działań całej machinerii, jak choćby 38-letni Paweł Szefernaker, szef sztabu Nawrockiego. Ona jest dla nich ścieżką kariery. Choć niekoniecznie wierzą we wszystko, co nauczyli się powtarzać w ramach partyjnych „przekazów dnia”, to ciągle widzą tam dla siebie miejsce. Wszystkie zaś słabości własnego środowiska zwykli usprawiedliwiać prostym „tamci są jeszcze gorsi”.

Dlaczego po przeciwnej stronie nie ma niczego porównywalnego? To znów splot różnych czynników. Na pewno zadowolonym trudniej się zaangażować w porównywalnym stopniu do rozeźlonych. Niby mają więcej zasobów, lecz zarazem mniejszą odporność na trudności; one zaś zawsze towarzyszą zajmowaniu się wspólnymi sprawami. Tu znów różnice zdań wśród ludzi mogących o czymś decydować są trudniejsze do przezwyciężenia niż w przypadku buntowników wobec władzy. Do tego buntownicy ci, zwłaszcza z poczuciem słabości, chętniej rozglądają się za sojusznikami. Gdy jest się już po stronie władzy – a przecież PO rządzi lokalnie w znacznie większej części Polski niż PiS – podatnym się jest na pokusę samowystarczalności.

Od lat powtarzam ze studentami ćwiczenie dotyczące kwestii segregacji odpadów. Podzieleni na cztery grupy mają się zastanowić, co chcieliby powiedzieć, co zaś usłyszeć od drugiej strony podziału obywatele-władza. Jedna rzecz powtarza się wtedy regularnie. Władza od obywateli chciałaby usłyszeć zachwyty – bo przecież to, co i jak zrobić, właśnie ona wie najlepiej. A powiedzieć im chciałaby tylko tyle, że jest wspaniale, oraz ewentualnie pouczyć ich, co mają zrobić.  I jedno, i drugie zupełnie rozchodzi się z potrzebami obywateli. Ci chcieliby przekazać władzy, co działa nie tak i jak sobie wyobrażają naprawę. Nie oczekują od rządzących przekonywania do tego, co już przecież dawno wiedzą. Chcieliby dowodów, że ich działania nie są pozorne oraz reakcji na niedociągnięcia.

Wyborca zaangażowany

Gdy się jest u władzy, mocna bywa pokusa, by wykorzystać jej zasoby – struktury, pieniądze i ludzi – jako podstawowy sposób komunikowania. Sposób zastępujący obywatelskie zaangażowanie. Tymczasem właśnie wpływ wyborców na aktualne decyzje jest tym, co władza może wykorzystać, żeby wciągnąć obywateli do trwałych struktur, które będą na dłużej ich angażować. Rządowi wychodzącemu z powyborczego szoku może i nie zaszkodzi rzecznik prasowy, lecz tylko pod warunkiem, że cały rząd zamieni się w słuch. Nie po to, żeby trafniej powtarzać własne „przekazy dnia”, lecz żeby zapewnić jak największej liczbie Polaków przekonanie, że mają na ludzi trzymających władzę wpływ.

Oczywiście jest też inna motywacja do politycznego zaangażowania – własny zysk w postaci zatrudnienia w administracji. Jednak partie, do których pasowałaby nazwa „synekurnik”, są raczej obciążeniem niż atutem w zabiegach o poparcie wyborców.  Tu właśnie kluczowi są aktywni obywatele, którzy wcale nie szukają wątpliwych osobistych korzyści. Tylko oni mogą się domagać uczciwych konkursów na publiczne stanowiska, bo sami nie zamierzają w nich startować.

W budowaniu takich struktur bardzo pomocne mogą być media społecznościowe, które w tej kampanii weszły na zupełnie nowy poziom. Na nikim nie robiły już wrażenia same permanentne „łajnoburze”. Znacznie ważniejsze okazały się niewiarygodnie długie – z perspektywy „starych” mediów – pogłębione rozmowy. Nie wszyscy wyborcy je oglądali, lecz ich zasięgi potwierdzają, iż żyją w Polsce setki tysięcy, o ile nie miliony osób, które są skłonne poświęcać sprawom publicznym naprawdę dużo czasu i uwagi. Teraz, gdy kampania wyborcza jest już za nami, przyszedł najlepszy czas, żeby przedstawić im jakąś ofertę.

Drugim kluczowym przesłaniem, które wynika z zakończonego właśnie cyklu wyborczego 2023-2025, jest to, że marzenia Kaczyńskiego i Tuska, iż drugą stronę da się trwale usunąć z życia publicznego lub choć zmarginalizować, są ułudą. Jedyny efekt podobnych starań jest taki, że utrudnia się rozwiązywanie realnych problemów. Nawet jeśli PiS i Konfederacja przejmą władzę w 2027 r., to przecież 2,5 roku później będą wybory prezydenckie, w których znów łatwiej się będzie zmobilizować przeciwnikom rządu niż jego zwolennikom.

Tegoroczne wybory, jak chyba żadne wcześniej, były pojedynkiem na słabości kandydatów. Obaj główni antagoniści mieli ich aż nadto. Następne wybory nie będą już tak zindywidualizowane, lecz paradoksalnie ich personalizacja może się okazać większa. Tylko może mieć zupełnie inny charakter – będzie dotyczyć całych rzesz zwolenników każdej ze stron. Czy jest się dziś w przegranym, czy wygranym obozie, trzeba mieć świadomość, że od naszego wytrwałego zaangażowania zależeć będzie to, jak poczujemy się w kolejny powyborczy poniedziałek.

Prof. Jarosław Flis jest socjologiem i komentatorem politycznym, pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Porady dla mądrali