Kiedy właściwie przestałem być dzieckiem? Oczywiście nie chodzi o biologiczne zmiany, ale o zmianę sposobu myślenia z dziecinnego na dorosły.
Na pewno mieszkanie w domu oddzielonym od reszty wsi murem – a oprócz muru wielowiekowym dystansem klasowym – było czynnikiem kształtującym świadomość. Powiedzmy jasno: to był dystans głęboki i mający korzenie w podświadomości.
Czy to był infantylizm, nie wiem. Wiem jednak, że kiedy wyrzuceni z pałacu zamieszkaliśmy w niedalekiej mieścinie, odkrywałem zupełnie nowe światy. Chwilami bolało. Kiedy np. chłopak, którego traktowałem jak przyjaciela, ni z tego, ni z owego zwymyślał mnie od zbankrutowanych dziedziców. Zdumiało mnie wtedy to określenie: przecież wcale nie zbankrutowaliśmy. I zdumiała mnie jego, niespowodowana niczym, złość na mnie.
Jednak mimo takich doświadczeń moje postrzeganie świata było wciąż dziecinne. Także w późniejszych latach. Nawet jeśli przypadała mi w rodzinie rola kogoś od załatwiania różnych spraw (to były jakieś rzeczy w urzędach, sprzedaż dwóch, nie wiem jakim cudem odzyskanych, stylowych szafek...), w tym wszystkim była jednak mama, która mnie wysyłała i która miała na głowie całość.
W zakonie zaczyna się od nowicjatu, który jest m.in. nauką posłuszeństwa. Byłem posłuszny, ale było to infantylne jeszcze bardziej niż w domu: byłem gotów sadzić kwiatki korzonkami do góry, gdyby mistrz nowicjatu tak kazał. Nie kazał. To był mądry człowiek. Wiem, że patrzył na mnie z niepokojem, ale do profesji dopuścił. Może wierzył, że z czasem dojrzeję.
Nie zamierzam tu snuć opowieści o moim dojrzewaniu, ale dziś widzę, że proces wychowania przyszłego księdza nie bardzo temu sprzyjał lub może był (jest?) tak pomyślany, że dojrzałość przychodzi po uformowaniu w człowieku innych właściwości. W każdym razie odpowiedzialności za innych i za siebie nauczyłem się dopiero w konfesjonale. Ludzie, których spotykasz tylko raz jeden, są czasem dramatycznie szczerzy. A rozmowy często dotyczą właśnie odpowiedzialności za własne i cudze życie. I z tych rozmów sam się uczysz. Oczywiście, jeśli chcesz się uczyć. Ja chciałem. Dorosłość to wyrobienie w sobie odpowiedzialności.
Nauka odpowiedzialności za innych ma etapy. Najpierw jest przegadana. Możliwe, że wynika to z zarozumialstwa lub wiary, że wszystko można wytłumaczyć. Nie będę opisywał poniesionych w tej dziedzinie klęsk. Dziś jestem mądrzejszy i chyba pokorniejszy, wiem, że autorem nawrócenia jest Bóg, nie ksiądz; że decydującą rolę odgrywa łaska Boża, nie zaś uczone mowy księdza. Że ksiądz jest świadkiem, co najwyżej pomocnikiem.
Wiem też, że czasem zdanie, nawet słowo, do którego nie przywiązuję szczególnej wagi, może mieć dla rozmówcy decydujące znaczenie. Na pewno dziś mówię mniej, a czasem nie mówię nic, bo wiem, że mój rozmówca wie. Wiem też, że człowiek wydobywający się ze złych nawyków nie musi (jak w pobożnych lekturach) mieć od razu samych sukcesów. Zresztą chyba wiem, że ksiądz, nawet mądry, nie jest Bogiem, że droga nawrócenia może być wyboista i jeśli Bóg jest cierpliwy, to cierpliwy musi być spowiednik.
Myślę, że choć jakieś elementy z dzieciństwa mi zostały, nie jestem już dzieckiem. Starcy, jeśli nawet przejawiają symptomy zdziecinnienia, nie są dziećmi: są starcami z bagażem przeżytych lat i spraw. Nie jest łatwo patrzeć na czas miniony, w którym już żadnych korekt się nie zrobi. Jedyną nadzieją jest miłosierdzie ludzi i Boga.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















