Demokracja w dole, czyli jak w Polsce wypaczono piękną ideę referendów

Po krakowskim referendum PiS i Konfederacja liczą, że KO straci wpływy w kolejnych samorządach. Ale odwołanie prezydenta miasta wymaga lokalnego gniewu, nie tylko partyjnej polaryzacji.
Czyta się kilka minut
Plakat z podobizną Aleksandra Miszalskiego podczas protestu przeciwko gentryfikacji dzielnicy Kazimierz. 1 marca 2026 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter
Plakat z podobizną Aleksandra Miszalskiego podczas protestu przeciwko gentryfikacji dzielnicy Kazimierz. 1 marca 2026 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter

Nie tylko politycy PiS są w referendalnej ekstazie, ale też Konfederacji, która już zapowiada referenda we Wrocławiu, Lublinie, Białymstoku i Rzeszowie. Lista miast, których prezydenci rzekomo nie mogą spać spokojnie, jest oczywiście dłuższa, ale wspólne jest jedno: życzeniowe myślenie polityków prawicy, że ogólnopolską polaryzację i parlamentarne spory da się przenieść jeden do jeden do Polski samorządowej.

Nie da się, na szczęście dla nas. Co prawda spora część wyborców kieruje się sympatiami politycznymi także na poziomie lokalnym, ale w ostatecznym rozrachunku odwołanie prezydenta czy burmistrza musi mieć silne zaczepienie w tym, co nas bezpośrednio otacza.

Czas dla mieszkańców, nie dla polityków

Fakt, w Krakowie do „pożarcia” Aleksandra Miszalskiego rzuciły się zgodnie i PiS, i obie Konfederacje, tyle że żadnej z nich nie udało się przemycić własnej narracji; musiały podpiąć się pod sprawy lokalne. Ostatecznie prezydenta odwołano z powodu chaotycznego wprowadzenia Strefy Czystego Transportu, obejmującej 60 proc. miasta, przy jednoczesnej podwyżce stawek w strefie płatnego parkowania oraz cen biletów, które stały się dużo droższe niż w Warszawie. 

Na to nałożyło się promowanie działaczy partyjnych w spółkach miejskich i rosnące w szybkim tempie zadłużenie. Jest ono w sporej mierze spadkiem po prezydenturze Jacka Majchrowskiego, ale wzrost długu w ciągu dwóch lat z 6,5 mld zł do 8,5 mld oraz konieczność opłacania nauczycieli i motorniczych z kredytów bardzo zaniepokoiły mieszkańców.

Największe szanse na zwycięstwo w wyścigu o fotel włodarza Krakowa ma dziś biznesmen Łukasz Gibała ze stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców, który co prawda wraz z częścią ruchów miejskich wybory przegrał już trzy razy, ale dziś sytuacja jest inna. Po zdecydowanej odmowie startu ze strony Małgorzaty Wassermann nie wygląda na to, by ktokolwiek z prawicy mógł z Gibałą zawalczyć.

W jego tajny sojusz z PiS wierzą tylko osoby pokroju tzw. Soku z Buraka (trolla z portalu X, który zaangażował się w kampanię Aleksandra Miszalskiego) – program byłego posła Ruchu Palikota jest przecież lewicowy i nie do pogodzenia z poglądami Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli to Gibała miałby stać się dowodem na nadejście „wielkiej fali”, to raczej nie popłyną na niej pisowcy. 

Wystarczy spojrzeć na Zabrze. Rok temu odwołano tam w referendum Agnieszkę Rupniewską z KO (za rosnące zadłużenie, nieprzemyślane zwolnienia w urzędach i szkołach oraz drastyczne podwyżki opłat miejskich), lecz beneficjentem jej porażki nie była prawica, ale Kamil Żbikowski, od 12 lat prezes stowarzyszenia Lepsze Zabrze, zaangażowany w inicjatywy rowerowe i antysmogowe, a także w ratowanie zabrzańskich zabytków – zarazem trzymający się z dala od partii politycznych. Wygrał on wybory w drugiej turze z Ewą Weber z KO. Prawica nie miała nic do powiedzenia.

Z kolei w Rzeszowie – leżącym na z pozoru prawicowym Podkarpaciu i znajdującym się na szczycie listy potencjalnych miast referendalnych – obecnego prezydenta Konrada Fijołka (popartego w 2024 r. przez KO i PSL) ma szansę zastąpić nie żaden baron PiS, ale radny Jacek Strojny, lider Stowarzyszenia Razem dla Rzeszowa.

Polskim miastom grozi bankructwo

Generalnie niezadowolenie z obecnych włodarzy miast, których wybrano ledwie dwa lata temu, ma jeden punkt wspólny – ogromne zadłużenie. Wiąże się ono w dużym stopniu z miliardami wydawanymi na zazwyczaj potrzebne, ale drogie inwestycje, które zbudowano w większości z funduszy unijnych. Dziś wiele miast zostało z kredytami, z których dofinansowywano te projekty, ponadto na ich bieżącą działalność, utrzymanie i remonty również potrzeba ogromnych sum.

Politycy mogą kusić mieszkańców swoimi wpływami w Warszawie, ale doświadczenia lokalnych społeczności są w tej kwestii raczej zniechęcające. Budżet państwa jest tak napięty, że nikt dziś nie liczy na wielkie pieniądze z centrali. Dobrym przykładem jest tu zresztą sam Kraków – Miszalski nic spektakularnego u Tuska nie załatwił, a paliwo, jakim miała być dlań budowa metra, okazało się niskooktanowe. Coraz więcej Krakowian martwi się, ile tak naprawdę będzie kosztowało metro i skąd wziąć potem pieniądze na jego utrzymanie.

Nadzieje na to, że Kraków stanie się początkiem jakiejś oddolnej rewolty społecznej, którą prawica uformuje i zagospodaruje, to więc na razie tylko pobożne życzenia. Sam PiS powinien przy tym pamiętać, że w Krakowie z prof. Majchrowskim przegrywały ich największe tuzy, jak Zbigniew Ziobro, Ryszard Terlecki, Andrzej Duda i Małgorzata Wassermann.

Ważne jest jeszcze jedno. Co prawda dziś sympatycy KO burzą się, że ledwie 30 proc. wyborców zdecydowało o usunięciu Miszalskiego, którego wybrano przy frekwencji 45,5 proc., ale takie są przepisy. Ponadto w Polsce do tej pory przytłaczająca większość referendów kończyła się klęską już na poziomie zbierania podpisów, albo ludziom po prostu nie chciało się iść głosować (81 proc. przypadków), bo albo nie widzieli aktualnie rządzących w aż tak czarnych barwach, albo nie wierzyli, że ich następcy mają znacząco lepszy pomysł na rządzenie.

Zapewne sukces frekwencyjny krakowskiego referendum da paliwo dla podobnych inicjatyw, ale potrzeba naprawdę silnego komponentu lokalnego, by mogły się udać. Za tym muszą też stać silne grupy stowarzyszonych mieszkańców – totemy polityczne nie wystarczą. 

Oczywiście byłoby naiwnością twierdzić, że porażka w Krakowie nie znaczy nic dla partii rządzącej. Nagła klęska prezydenta z KO w drugim największym mieście Polski wzmaga kryzys ekipy Donalda Tuska, do tej pory mocno osadzonej również we władzach miast. I nawet jeśli KO nie zacznie tracić tam wpływów na rzecz prawicy, ale lokalnych aktywistów, będzie ją to ciągnąć w dół przed przyszłorocznymi wyborami do parlamentu.

Referenda do naprawy

Większy kłopot niż partia rządząca mamy jednak my sami – członkowie lokalnych społeczności. Przepisy mówią, i tak będzie w Krakowie, że „zastępczy” prezydent zostanie wybrany nie na 5 lat, ale tylko do wyborów samorządowych w 2029 r., to zaś oznacza, że ledwie zreformuje magistrat i zacznie wdrażać zmiany, a już przystąpi do kolejnego egzaminu. To zaś zniechęci niejednego poważnego kandydata.

Problemem są też inne regulacje, czyniące z referendów antyświęto demokracji, na co od dawna zwraca uwagę prof. Jarosław Flis, nazywający obecne reguły „idiotycznymi”. Fakt, że w Polsce do ważności referendum odwoławczego potrzebna jest liczba wyborców przekraczająca 60 proc. uczestników głosowania, w którym wybrano aktualne władze samorządowe – sprawia, że o taką ważność niełatwo, a rządzący wprost nawołują zwolenników do pozostania w domach. 

Można ich zrozumieć: w referendum odwoławczym dominują negatywne emocje, więc łatwiej pójść do urn przeciwnikom niż sympatykom władzy. To jednak absurd, gdy władza wzywa do ignorowania tak ważnego święta demokracji.

Stąd coraz liczniejsze postulaty, by dokonać zmian w ustawie referendalnej. Np. w taki sposób, by zwiększyć liczbę podpisów koniecznych do zatwierdzenia wniosku obywateli o głosowanie, ale zarazem umożliwić ich elektroniczne zbieranie. Jednocześnie (jak proponuje Klub Jagielloński) można w ogóle zlikwidować frekwencyjny próg ważności oraz uniemożliwić lokalnym władzom wydawanie propagandowych pism (w Krakowie wydrukowano przed referendum 220 tys. egzemplarzy samorządowej gazetki) z pieniędzy podatników. 

Klub Jagielloński postuluje też ustanowienie dnia referendalnego w Polsce. Jego dobre rozreklamowanie podniosłoby na pewno frekwencję i sprawiło, że raz do roku – tam, gdzie jest to konieczne – mielibyśmy w Polsce celebrację lokalnej demokracji. 

Pozytywny efekt referendów

Z kolei prof. Flis proponuje, by nie likwidować frekwencyjnego progu ważności, ale ustanowić taki wymóg tylko dla głosów za odwołaniem władzy; wtedy nie trzeba będzie namawiać zwolenników do pozostania w domach. Ponadto warto rozważyć pomysł, by połączyć referendum odwoławcze z pierwszą turą nowych wyborów na prezydenta. Podniesie to jeszcze bardziej frekwencję i pozwoli zaoszczędzić fortunę (powtórne wybory w Krakowie mają kosztować 8 mln zł).

Istnieje na pewno jeden dobry efekt obecnego szumu wokół referendów. Lokalne władze będą się musiały bardziej starać, by zadowolić mieszkańców. Oby tylko robiły to dzięki dobrym pomysłom i pracowitości, a przy mniejszych kredytach, które potem spłacają ich następcy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”