Ale nas zbaw ode złego

Olę od małego uczono chronić się przed szatanem. Nie nauczono jednak bez niego żyć.

Reklama

Ale nas zbaw ode złego

Ale nas zbaw ode złego

03.08.2020
Czyta się kilka minut
Olę od małego uczono chronić się przed szatanem. Nie nauczono jednak bez niego żyć.
JOANNA RUSINEK
D

Do Lewiatana dalej tak średnio chodzę. Latami wierzyłam, że to imię demona. Z muzyką oswajam się bardziej. Jeśli teksty są wulgarne albo sprośne, wyłączam. Kiedyś dostałam na kartce spis wykonawców, których nie wolno słuchać: Sting, AC/DC, Pink Floyd, takie tam. Znałam zasady i widziałam wtedy w swoim życiu głęboki sens. A teraz? Zarabiam fajną kasę, mam super pracę w start-upie. Czy to jest takie fajne? – pyta Ola, wzruszając ramionami.

Tamten rozdział zamknęła trzy lata temu, ale przeszłość ciągle wraca. Wraca, gdy Ola ma katar, a mama ostrzega: „To dlatego, że mieszkasz z chłopakiem”. Gdy brat zabrania jej śpiewać psalmy na swoim ślubie. Gdy tata nie mówi nic. Wróciła też na pierwszej randce z Marcinem. Kiedy rozmawiali, dostał SMS-a. Zastygł. Pokazał jej. Przeczytała: „Uważaj”.

Przeszłość wraca – jakby nie wierzyła, że Ola przestała się bać.

Więcej niż inni...

21313

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Bardzo poruszajacy i gleboki artykul. Sam mam do czynienia z ludzmi, ktorzy byli w podobnej sytuacji. Dziekuje TP za otwartosc! To jest odwaga, pisac takze o negatywnych stronach duchowosci!

Mnie rodzina do dziś nie zaakceptowała, że nie idę jedyną właściwą ścieżką tego stowarzyszenia i zwyczajnie przestali się do mnie odzywać. Bardzo po chrześcijańsku.

Dzięki Jolu! W tym tekście znalazłam wiele swoich własnych myśli i przeżyć ubranych w słowa, które tak często zbyt trudno jest znaleźć.

Nigdy nie uczestniczyłam w spotkaniach tego rodzaju wspólnoty, ale temat mnie pośrednio dotyka. Gdy byłam mała, mama opowiadała mi o tym, że wiele razy widziała duchy, demony. Te opisy wpłynęły na moją psychikę. Do dziś (a mam ponad 20 lat) boję się zostawać wieczorami sama w domu. Poza tym moja sytuacja rodzinna jest skomplikowana. Moi rodzice popełnili mnóstwo błędów wychowawczych doprowadzając mnie i moją siostrę do zaburzeń psychicznych. Kilka lat temu mieli poważne problemy, ponieważ siostra była wyjątkowo rozstrojona emocjonalnie. Mama mojej mamy za plecami moich rodziców zaczęła rozsypywać w naszym domu sól egzorcyzmowaną, chciała zabierać moją siostrę na nabożeństwa, które miały na celu wypędzenie złego ducha. A ona potrzebowała opieki, wsparcia, zainteresowania, zaprowadzenia do psychologa! Ale, rzecz jasna, tej formy pomocy nie otrzymała od nich, lecz od szkoły, która w pewnym momencie zainterweniowała.

Kiedy to czytałam czułam lekki strach, a co dopiero małe dziecko które musiało brać w tym udział..

Czy tu chodzi o neokatechumenat?

Nie sądzę. Oni chyba nie mają charyzmatycznych odjazdów. Pewnie któraś z tych pentekostalnych grup katolickich

Na pewno nie. Ale neo też odradzam.

Raczej chodzi o oazę. Chyba, że powstało coś, o czym nie słyszałam. Będąc w oazie miałam styczność z dokładnie takimi samymi rzeczami jak bohaterka wpisu.

oazę, ani Odnowę. Wystarczy czytać uważnie od początku do końca. Kto się orientuje w polskich formacjach w Kościele, ten powinien domyślić się, o jaką wspólnotę chodzi. Ostatnio jest na topie, ale nie jest powszechnie znana ze względu na jej geograficznie punktową działalność.

To jest tak straszne umieć się odnaleźć w tych słowach.

... a ten strach że zawiodę Pana Boga i nie „pójdę do nieba” jest ze mną do dziś. Często się łapię na tym czego chcę nauczyć moje małe dzieci? Przecież od dzieciństwa miałam wpajane i pokazywane przykłady ludzi (rodzin) którzy są daleko od Boga i dlatego ich życie wygląda tak źle.. Gdy coś złego działo się w mojej rodzinie - mama tłumaczyła to „grzechami przodków„ . Gdy byłam nastolatką to miałam już dość ciągłej kontroli mojej mamy. Ona mnie nie szanowała, zawsze się ze mną wykłócała, nigdy nie przyznawała do błędu, zgrywała wielki i nieskazitelny autorytet, biła mnie... a ja w poczuciu tego upokorzenia dorastałam. W szkole podstawowej wstydziłam się mówić że te siniaki lub zadrapania zrobiła mi mama, wstydziłam się publicznie burzyć jej autorytet.. było mi nawet jej żal.. Ona na wszystko miała odpowiedź i jest tak nawet do tej pory. Wiele razy słyszałam że siedzi we mnie szatan, a najczęściej było to w momentach gdy nie pozwalałam przekraczać swojej fizycznej granicy (bicia mnie). Miałam już wtedy 15 lat, mama znów mnie upokorzyła i biła.. gdy coś we mnie pękło i jej oddałam! Od tamtej pory nigdy nie podniosła na mnie ręki ale zawsze przy każdej sytuacji w której miała okazje to zrobić używała słów „oby Bóg ci wybaczył że podniosłaś na matkę rękę”! To jest we mnie do dzisiaj i strasznie mi się z tym żyje. Kocham i jednocześnie nienawidzę tej kobiety, a dokładnie to co mi wyrządziła. Wiele razy myślałam o tym żeby zakończyć swoje życie bo opiera się tylko na cierpieniu. Nikt mnie nie szanował, nigdy nie miałam przyjaciółki ani prawdziwego przyjaciela któremu mogłabym bezgranicznie zaufać i się otworzyć. 70% wydarzeń z tego artykułu to te same zdarzenia i manipulacje stosowane w środowisku w którym dorastałam... w mojej rodzinie. Czuje się tak zażenowana i zawstydzona tym faktem że nawet pisząc to mam czerwone wypieki na policzkach. Gdyby tylko moi znajomi i rodzina wiedziała jaka ta moja mama była i jest do tej pory to paliłabym się na każdym kroku przy każdej takiej osobie która zna moją sytuacje. Nie ma dla mnie za dużej nadziei na poprawę i wyjście z tej traumy, ale żyję z nadzieją że może kiedyś będzie chociaż trochę fajnie, ten ciężar kiedyś zejdzie z moich pleców..

Kalynko, wierzę że dasz radę i poradzisz sobie z niełatwą przeszłością i rodziną, wierzę że w Twoim dorosłym życiu i rodzinie może być inaczej!

Terapia. Sama już z tego nie wyjdziesz. Potrzebujesz pomocy. Po co się męczyć....? A jeśli miałaś myśli samobójcze, to możesz zacząć od psychiatry, nawet na NFZ można znaleźć całkiem dobrych, tylko na ogół trzeba parę miesięcy poczekać na pierwszy termin. A on potem pokieruje. Trzymaj się. I nie licz na to, że taki stan sam minie. Nie. Musisz działać, tym bardziej, że masz dla kogo [dobrze] żyć

Kochana, przytulam mocno. Nie wstydź się , bo to nie ty powinnaś. Polecam pójście na terapię.

,

Nie patrz na nic tylko idz na psychoterapie.Yerapia nie sluzy by skorygować przeszłość ale by umożliwić konfrontacje pacjentowi z jego historią i opłakanie jej .Aby pozniej zyc swoim otwartym na milość życiem.Pozdrawiam.

pod tym względem polski krk nie ma sobie równych

Nigdy nie rozumiałam ludzi należących do tego typu wspólnot, a kilkakrotnie miałam okazję przyglądać się im na rekolekcjach charyzmatycznych, modlitwach o uzdrowienie czy na co dzień. W czasach licealnych szukałam swojej drogi w Kościele i w mojej okolicy ten nurt był najpopularniejszy. Kilka razy byłam na rekolekcjach, ale nie przekonałam się. Przede wszystkim rzucił mi się w oczy nacisk na przynależność do wspólnoty - nie rozumiałam, dlaczego niektóre poziomy są dostępne tylko dla osób we wspólnotach, skoro każdy sam może dbać o swoją formację intelektualną i duchową. Nie przekonały mnie twierdzenia, że w pojedynkę nie da się wejść do nieba. Tak samo nie rozumiałam, jak osoby na studiach mogą przywiązywać większą wagę do spotkań w gronie wspólnotowym, niż budowaniu relacji z kolegami i koleżankami ze studiów. Nie rozumiałam tego zamknięcia. Przecież dorosły, dojrzały człowiek może chodzić i do kościoła, i do knajpy w gronie znajomych, pamiętając o zdrowym rozsądku. A już najbardziej niezrozumiały był dla mnie podział na tych "porządnych" i złych, skoro Chrystus był i jest dostępny dla wszystkich. Zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek i krytycznie patrzeć na otaczającą nas rzeczywistość.

To jest to o czym mówi ksiądz profesor Kobyliński. Postępującą pentekostalizacka KK. Magiczne myślenie o religii, skupienie na emocjonalności.

To jest to o czym mówi ksiądz profesor Kobyliński. Postępującą pentekostalizacka KK. Magiczne myślenie o religii, skupienie na emocjonalności.

Wszystko może zastąpić modlitwa, nawet zwykła uczciwość ....wielka biada tej naszej religii, to prowadzi do nikąd. KK w Polsce staje się instytucja nie do zniesienia.

Nie byłam w tak ścisłej jak bohaterka reportażu, tzn wszyscy byliśmy młodzi, żadnych cioci ani wujków nie było i spotykaliśmy się max dwa razy w tygodniu. Ale nauczyłam się we wspólnocie prawdziwej wiary, tam się nawróciłam zresztą, i do tej pory sądzę że ta wiara jest moją siłą w życiu.

@Konrad Schneider w środa, 05.08.2020, 09:05. Zgadzam się: głęboki i poruszający. Warto docenić, że Autorka nie przykrawa rzeczywistości pod tezę. Jedyną osobą dopuszczającą się fizycznej przemocy wobec bohaterki reportażu był jej własny ojciec, który nie uległ wpływom sekty. Jeśli sceptycyzm i racjonalizm doprowadzają do takiego zbydlęcenia, żeby skopać własne dziecko za nieprzyjemne dla dorosłego próby dzielenia się swoimi przeżyciami, choćby mocno zwichrowanymi, to ja dziękuję za taką "normalność". Na domiar złego, kiedyś Ola przenosiła winę z oprawcy na szatana, a po dwóch latach psychoterapii oskarża samą siebie. Doprawdy, wybitne osiągnięcie innego rodzaju szarlatanerii.

Bardzo trafny komentarz. Mam wrażenie, że w artykule prześlizgnięto się nad wieloma wątkami.

ludzie zaczynają więcej rozmyślać o szatanie, niż o miłości Boga, który kocha i wybacza. Kiedy zaczynają bardziej kochać swoją "wspólnotę" niż swoich najbliższych, choćby niewierzących i niedoskonałych. Kiedy zaczynają bardziej kochać swoje wyobrażenie o Bogu, niż bliźniego swego i siebie samego. Kiedy w końcu zaczynają bardziej bać się, niż kochać tego Boga, którego sami sobie stworzyli. www.cienistadolina.pl

Bo kochany biskup Ryś zapewne nie wie, co czyni i trzeba go obsztorcować. Jak dawniej księdza Tischnera...

Rowerze, Twój komentarz jest zbyt powierzchowny i protekcjonalny w stosunku do znanej Ci osoby. Czuje się jakąś pretensję u Ciebie, albo może zazdrość ? Pozdrawiam

została dotknięte u niektórych. Zbyt delikatnie, więc pójdźmy dalej. Biskup Ryś ma piękny awers - ci, co go słuchają i odbierają, najlepiej wiedzą o czym mówię. Ale biskup Ryś odnalazł też swoją wspólnotę, o której dużo można by mówić - Tygodnik Powszechny. Co sprawia, że bp Rysia przyciąga tutaj, co sprawia że czuję bliskość z tymi dziennikarzami i duchownymi? Che..che.., na pewno taką że bp Ryś głosuje za PO albo przeciw PiS, a może nie? Może i parę innych, tym razem pseudofranciszkowych względów można by wyszukać. A co do artykułu jedna refleksja: podejrzewam, że redaktorzy nie znają w praktyce aspektów życia w malej wspólnocie. Takie relacje jak powyżej zazwyczaj trzeba dzielić na dwie, tak jak relacje rozwiedzionego małżeństwa. Jednostronna relacja może być wystarczająca, gdy chodzi o sektę, ale nie wspólnotę, nawet jeśli pojawiają się w niej tendencje seksciarskie, co wynika z samej natury duchowości wspólnoty, tak jak w duchowości małżeńtwa jest zdrada itp.

Jeżeli nawet Ola, jest trochę egzaltowana, to czyja to zasługa, czyj owoc? Tygodnika Powszechnego, czy może ciebie i twoich współbraci i sióstr? Ja obstawiam zdecydowanie to drugie. Jeżeli nawet to co pisze Ola, jest tylko częściowo prawdą, to może winniście razem z kościelnym asystentem, poczynić rekolekcje? Bo Rowerze, to że wasza organizacja uratowała wiele zgubionych dusz, jeszcze o niczym nie świadczy. W każdej sekcie, bez względu na jej pochodzenie, jest dużo takich ludzi. Przywódcy to osoby o silnej osobowości w sposób doskonały umiejący manipulować ludźmi, do własnych celów i ambicji.Efekt końcowy polega na tym, że uczestnicy, są przekonani o boskim pochodzeniu organizacji, więcej, poza organizacją jest tylko potępienie.W artykule nie jest napisane, że takie coś obowiązuje w twoim Dziele Rower, no i dobrze. W każdym bądź razie, twoja pycha została w sposób widoczny, choć źle maskowany urażona. Podkreśla to twój apel do biskupa Rysia. Jeżeli coś źle to wykluczyć lub udać, że się nie słyszało. To twoja dewiza Rower? Może autorka artykułu pani Szymańska, powinna przeprowadzić wywiad z przełożonym owego Dzieła? I opisać to w tym tak bardzo nielubianym TP. W duchu i prawdzie, ma się rozumieć. Pozdrawiam i Olę i Rowera.

Pranie mózgu własnym dzieciom, robione nawet w najlepszej wierze, jest czymś potwornym. Nam dorosłym często się zdaje, że dziecko gdy dorośnie, ogarnie je rodzaj amnezji i jak za dotknięciem różdżki, zapomną rodzicom, dziadkom, w co ich wpakowali. Kiedyś słyszałem stwierdzenie, że domy starców są czyśćcem i pokutą dla seniorów, którymi nikt się nie interesuje, za ich brak szacunku dla dzieci i kiepsko przeżyte życie. Jest to oczywiście zbyt daleko idące uproszczenie, ale jakaś w tym logika jest. Ostatnio modne robią się przykościelne organizacje wspólnotowe i nie sposób je ignorować, niedawno nawet w gronie znajomych przy piwku, tak żartem nieco, pojawił się temat wspólnoty małżeństw w sąsiedniej parafii. Sporo plotek krąży wokół tematu i co tu dużo mówić niewybrednych żartów. Nie mam osobiście wyrobionego zdania, ale to idzie w sekciarstwo, mam tylko nadzieję, że dzieci w to nie wciągają.

To tak jakby o opinie na temat jakieś szkoły podstawowej, czy uczelni zapytać jednego ucznia lub jednego studenta i na tej podstawie zredagować obszerny artykuł. Nie dyskutuję z odczuciami tego ucznia/studenta, które mogą być takie jakie są (pomijam skłonność to robienia z siebie męczennika dla podniesienia zainteresowania). Ale nie jest to nawet próba zbliżenia się dziennikarki do pozorów obiektywizmu, a zaręczam że generalny obraz tej wspólnoty jest inny. Wiele osób znalazło w niej żywego Boga, doznało głębokiego nawrócenia (naukowcy, lekarze, informatycy, nauczyciele itd.) choć może akcentowanie faktu, że istnieje osobowy szatan jest dla kogoś szokujące (trzeba to zapewne inaczej, lepiej przekazywać). Jeśli wykluczymy szatana, to i aniołów, a zamiast Ewangelii będziemy czytać w kościołach "Małego Księcia", jak na Zachodzie. Nic mi nie wiadomo, aby dziennikarka kontaktowała się np. z wyznaczonym ks. moderatorem tej wspólnoty, który jest bardzo lojalny w stosunku do ks. bp. ordynariusza. Tygodnik Powszechny nie jest tabloidem i oczekiwałem, że będzie profesjonalny, to nie znaczy że "grzeczny i słodki dla grzechów kościelnych". Pozdrawiam.

Moim zdaniem to artykuł o Oli, a nie o wspólnocie. O wspólncie o tyle, że była ślepa i głucha na działanie "szatana" w rodzinie bohaterki. Sama obserwuję w KK skłonność do magii - modlitwa ma odczynić zło, zastępując dojrzałą rozwagę nad własnymi błędami i grzesznymi postępkami. Nie ma też pociechy dla wątpiących, jest straszenie piekłem. Może ta wspólnota nie jest zła, ale nie wiem, o którą chodzi, moje obserwacje raczej nie nastrajają optymistycznie. Zakłamanie, zaprzeczanie własnej agresji, szukanie kozłów ofiarnych - wszelkie przejawy niedojrzałości, to jest to, co zaobserwowałam

Przemoc to przemoc. O czym rozmawiać z przemocowym ojcem? Że Ola była trudnym dzieckiem i zasłużyła na kopniaki? Możliwe, że była nieznośna, ale to właśnie zadanie dla rodziców - zrozumieć swoje dziecko. Autorka mogłaby oczywiście zapytać, dlaczego cała rodzina nie poszła na terapię i chyba tylko tyle.

Jak się zastanowić, to obraz rzeczywiście nie jest czarno-biały. Na przykład słowo "ucieczka", przywodzące na myśl straszne historie o ludziach ściganych i zastraszanych przez swoją sektę po jej opuszczeniu. Wyrzeczenie się przez najbliższą rodzinę czarnej owcy jest standardem, bo na tym właśnie polega mentalność sekciarska, że tożsamość oparta na przynależności do grupy wyznającej określone poglądy i wartości zaczyna dominować, a z czasem wypierać wszelkie inne przynależności: rodzinną, towarzyską, zawodową itp. Tymczasem rodzina Oli nawet nie zerwała z nią kontaktów, a jeśli brat nie chce, żeby mu śpiewała psalmy, to nie jego należy pytać o powód, tylko Olę - czemu jest tym faktem rozżalona? Przecież miała psalmów po dziurki w nosie, nieprawdaż? Tak naprawdę nie wiemy, od kogo przyjaciel Marcina słyszał różne rzeczy o Oli i kto Marcinowi wysłał ostrzegawczy sms. Raczej nie rodzina, tylko osoby z otoczenia jej narzeczonego, czyli spoza wspólnoty. Może Ola faktycznie ma jakieś niepokojące "normalsów" cechy. Całowanie się z przypadkowo poznanym pijakiem w celu jego nawrócenia na pewno nie było zachowaniem, do którego zachęcano ją na rekolekcjach. Jeśli trzecia osoba z rzędu mówi, że jesteś pijany, to bez względu na samopoczucie pożegnaj się, nie pij już strzemiennego i połóż się spać. ;) Autorka powinna odłożyć na razie temat i wrócić do niego po roku.

Dam sobie uciąć rękę, że chodzi o wspólnotę odnowy w Duchu Św. Miałam podobne dzieciństwo, w wieku 13 lat zbuntowałam się tak bardzo, że przez kilka następnych lat nie chodziłam już do kościoła, nie wierzyłam. Pamiętam ten stan, gdy wierzę w coś, bo tak mi kazano, ale tak wiele rzeczy się nie klei, intelektualnie nie zgadza, jak staram się to wyprzeć i o tym nie myśleć w imię czegoś więcej, w imię Jezusa. Obecnie mam 30 lat, wróciłam do kościoła, ale wierzę już w zdrowy sposób, dobry dla mnie, nie wierzę pseudo autorytetom z jakichkolwiek wspólnot, a nawet nie wszystkim ksieżom. W sercu i sumieniu sama czuję co jest dla mnie dobre. Każdy jest tylko człowiekiem, myli się i błądzi. Dlatego takie ważne jest zaufanie do samego siebie. Po latach rozmów i perypetii także moja mama opuściła wspólnotę (oficjalnie, bo nie ma czasu, ale przeczuwam, że ona także zrozumiała wiele rzeczy). Dziękuję za ten tekst.

Skasowano moją poprzednia wypowiedź (cenzura?!), ale na szczęście Ola usunęła wpis ze swego prywatnego facebooka (był w czwartek i w piątek 6-7 sierpnia), który pozwalał jej znajomym (kilkadziesiąt osób na facebooku) zidentyfikować wspólnotę i rodzinę Oli. Dodam też, że nie chodzi o Odnowę w Duchu Świętym. Mam nadzieję, że Redakcja TP przeprosi za nierzetelny artykuł, niezgodny z zasadami dziennikarstwa w przeciwnym przypadku osoby dotknięte tym artykułem powinny rozważyć złożenie pozwu zbiorowego do sądu o naruszenie dóbr osobistych.

Wielki Bracie TP nie bądź Wielką Świnią!

w niektórych przypadkach, osób o mniej odpornej, bardziej wrażliwej psychice, skutki bywają opłakane - i nic w tym dziwnego, dziwne jedynie, że po dziś dzień uznaje się ten proceder za legalny

Jesterm przerażona. Nigdy bym nie uwierzyła ze podobne gusła są możliwe w 21 wieku. W Europie. W Polsce!

Byłam sceptyczną co do Kościoła nastolatką a to, co się działo w gimnazjum i podczas przygotowań do bierzmowania, tylko utwierdziło mnie w ateizmie. Sąsiednia parafia miała kilka spotkań i zaliczenie modlitw, natomiast my musieliśmy biegać na plebanię co tydzień, zaliczyć prawie wszystkie niedzielne i roraty, różańce, praktycznie codziennie chodzić do kościoła (i mieć wpisy w indeksie), i zaliczyć kilkudniowe rekolekcje oraz wyjazdy do Tychów na Wieczory Uwielbienia (prowadzone przez ruch charyzmatyczny), zresztą część cotygodniowych spotkań też prowadzili animatorzy z tego samego ruchu charyzmatycznego. No, ale do rzeczy: ksiądz współpracował z ludźmi z tego ruchu, działającego w rejonie południowego Śląska i Małopolski. Non stop przekonywali nas do modlitw o "ponowny chrzest w Duchu Świętym", to były takie modlitwy dwóch osób nad głową osoby "uwalnianej", nazywali to też egzorcyzmem. Ludzie przy tym krzyczeli, płakali albo mdleli. Non stop słyszeliśmy o tym, że właściwie większość współczesnej popkultury to otwieranie w duszy drzwi przed Szatanem. Bywało, że po mszy, czekając na podpis do indeksu, okazywało się, że msza się wcale nie kończy, bo ludzie jeszcze przez 2 godziny machają kolorowymi flagami, śpiewają i "robią egzorcyzmy". A przecież oprócz mszy normalni ludzie mają swoje życie i niekoniecznie chcą siedzieć w kościele przez 3-4 godziny... Za to wyjazdy na wieczory uwielbienia to właściwie dokładnie taka sama psychoza jak opisana w artykule. Omdlenia, krzyki, płaczący ludzie, ksiądz mówiący, że teraz chora osoba gdzieś w końcu sali dostaje łaskę Ducha Świętego i zostaje uleczona, ludzie "modlący się w językach" - czyli głosolalia (to chyba jest po prostu bełkotanie), część ludzi wpadała w niewyjaśnioną euforię i tak przez kilka godzin. Dla mnie było to jak wizyta w domu wariatów a nie msza. Oprócz tego było ciągłe nakłanianie ludzi do dodatkowego pogłębianie wiary przez uczestnictwo w płatnych kursach organizowanych również przez tę wspólnotę, kursy miały nazwy zaczerpnięte od liter greckiego alfabetu. Miałam też koleżankę, której cała rodzina siedziała w tej wspólnocie, większość jej znajomych to dzieci innych członków tej wspólnoty, wszyscy z Tychów, Bielska, Stryszawy, trzymali się w jednej i tej samej grupie znajomych, nawet po wyjeździe na studia do Krakowa. Tam przychodzili na wspólne nabożeństwa z darami, wynajmowali wspólnie mieszkania, odwiedzali się i sprawiało to wrażenie jakby wszyscy się nawzajem kontrolowali. Inna koleżanka miała mocno religijny zryw i chodziła na wiele tego typu mszy i rekolekcji, uczestniczyła też w rekolekcjach okolicznego zakonu. Wszedł jej tryb totalnej neofitki i z wesołej nastolatki stała się osobą krytykującą swoich znajomych za czytanie Harrygo Pottera, słuchanie rocka, granie w gry komputerowe itp. Zaczęła sobie wmawiać, że jest straszną grzesznicą i zrobiła w życiu coś strasznego - co niby mogłaby zrobić czternastolatka? Nakłamać rodzicom i nie odrobić lekcji? Raczej nie można zrobić nic aż tak niemoralnego, żeby cały czas o tym mówić i powtarzać znajomym, że wszyscy musimy się modlić więcej, bo skończymy w Piekle. Ano tak, jeszcze dochodziło do zmuszania znajomych do wspólnego odmawiania koronek na zupełnie nie religijnych wycieczkach szkolnych. Rozumiem potrzebę modlitwy, ale każdy odczuwa to osobiście (lub nie) i o ile można modlić się wspólnie, tak nie powinno się wywierać presji na innych, bo to tylko ich odrzuca od takiej osoby. Obserwując osoby gorliwie uczestniczące w tego typu wspólnotach zniechęciło mnie to do religii jako takiej.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]