Polska nie trzeźwieje. Od sarmackiego mitu po nocną prohibicję

Ostatnie lata przyniosły wysyp badań naukowych o fatalnym wpływie alkoholu na ludzki organizm. Polski dyskurs o piciu toczy się tymczasem w rytm argumentów pamiętających zabory.
Czyta się kilka minut
Fot. Piotr Kamionka / REPORTER
Fot. Piotr Kamionka / REPORTER

Choć od odrzucenia przez warszawskich radnych uchwały zakazującej sprzedaży alkoholu w nocy minęły prawie dwa miesiące, dyskusja na ten temat trwa; uruchomiła nawet lobbystów, którzy ruszyli po mediach z litanią zasług branży alkoholowej dla gospodarki i jeszcze dłuższą listą potencjalnych nieszczęść, jeśli Polska nadal będzie rzucać wódce kłody pod nogi. 

Ograniczenia nocnej sprzedaży alkoholu obowiązują już bowiem w przeszło 180 gminach. W niewielkim wymiarze zdecydowała się na nie w końcu także stolica. Ponad 2,2 tys. gmin jeszcze się tą sprawą nie zajęło, ale to nie znaczy, że nie pójdą w tym samym kierunku.

Dla warszawskich radnych, których w komentarzach porównywano do rozpijającej chłopów szlachty, pewnym pocieszeniem może być fakt, że przypadkowo ulokowali się pośrodku ważnej debaty naukowej. W styczniu zainicjował ją artykuł opublikowany w periodyku renomowanego brytyjskiego Society for the Study of Addiction. 

Autorzy, James Nichols i Geoffrey Hunt, całkiem serio pytają, czy badania nad społecznymi i zdrowotnymi konsekwencjami spożywania alkoholu nie powinny uwzględniać faktu, że picie – oprócz szeregu negatywnych konsekwencji – sprawia również frajdę.

Picie pod kontrolą

Badaczom nie chodzi bynajmniej o słynne Himilsbachowskie „wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości”. Wskazują jedynie, że lekceważenie związanej z tym przyjemności przez architektów polityk zdrowotnych sprawia, iż producenci napojów wyskokowych mogą łatwo przedstawiać swoich oponentów jako oderwanych od życia rygorystów.

Decydentom zaś trudniej uzasadnić na gruncie etycznym, dlaczego obywatele powinni przedkładać zdrowie nad krótkoterminowe przyjemności. Gdy w rozmowie o piciu nie wspominamy o związanej z tym radości, pomijamy jeden z kluczowych czynników, które sprawiają, że ludzie sięgają po kieliszek.

Warszawscy radni w trakcie sławetnej wrześniowej debaty zdołali wpaść w każdą z możliwych pułapek. Padły w niej szeroko cytowane słowa o zagrożeniu wysypem melin, które rzekomo przejmą nocny handel. Wyrażano troskę o wolność prowadzenia działalności gospodarczej, którą ewidentnie stawiano ponad interes publiczny. 

Nie zabrakło i dyżurnych przy takich okazjach sugestii, że zakazy nie są tak skuteczne jak profilaktyka i edukacja, choć Światowa Organizacja Zdrowia od lat rekomenduje państwom członkowskim, by w polityce antyalkoholowej – zamiast dotychczasowych prób ograniczania popytu – stawiały na rozwiązania, które zmniejszają podaż. W zderzeniu z odczuciami, które towarzyszą piciu, racjonalne argumenty edukatorów wypadają bowiem zwykle blado.

Wśród naukowców panuje szeroki konsensus, że nawet małe porcje alkoholu działają rakotwórczo i prowadzą do drobnych, ale nieodwracalnych uszkodzeń mózgu; zwiększają też ryzyko nadciśnienia. 

Częściowa nocna prohibicja oznacza więc de facto zmniejszenie społecznej ekspozycji na szkodliwą substancję i już to mogłoby starczyć za ostateczny argument na rzecz zakazu sprzedaży. Znamienne jednak, że w stołecznej debacie po naukę nie sięgali nawet zwolennicy prohibicji. Woleli wskazywać na porządek, ciszę i bezpieczeństwo.

Nie dziwi to Wojciecha Fijałkowskiego, terapeuty uzależnień związanego od lat ze środowiskiem MONAR-u. Większość Polaków, jak mówi, żyje nadal w przeświadczeniu, że da się pić bezpiecznie. 

– Obawiam się, że sama znajomość wyników badań nie przełoży się na decyzje o abstynencji – podkreśla. – Alkohol kulturowo zrósł się z naszą codziennością o wiele silniej niż np. tytoń.

Współczesna Polska nie trzeźwieje

Przez media przetoczyła się jednak fala publikacji, które zwiastowały długo oczekiwany spadek polskiego apetytu na procenty. Istotnie: w 2020 r. odnotowano nad Wisłą pierwsze od 2016 r. zmniejszenie konsumpcji. Potem mieliśmy popandemiczny skok sprzedaży napojów alkoholowych, spowodowany otwarciem pubów i restauracji, ale w kolejnych latach znów nastąpił spadek.

Wciąż jednak oznacza to rejony niebezpiecznie bliskie progu 12 litrów czystego alkoholu rocznie w przeliczeniu na mieszkańca, który WHO uznaje za krytyczny z punktu widzenia zdrowia publicznego.

Niepokojące są zwłaszcza różnice w konsumpcji w rozbiciu na płcie. W 2023 r. w populacji mieszkanek Polski w wieku od 15 lat wzwyż – na jedną kobietę przypadało średnio 5,6 litra wypitego czystego alkoholu rocznie. Statystyki zawyżali mężczyźni, na których przypadało aż 18,4 litra na osobę rocznie.

To może nadzieja w młodych? Pokolenie Z, jak pokazuje część badań, zdaje się faktycznie mieć mniejsze łaknienie na napoje wyskokowe niż starsi. Niestety, wyniki ubiegłorocznego badania ESPAD pokazują, że nie oznacza to generacyjnej abstynencji. 

Wśród 15- i 16-latków aż 73 proc. przyznało, że zna już smak alkoholu, a 39 proc. z nich piło go w ciągu 30 dni poprzedzających badanie. W grupie 17- i 18-latków odsetek takich odpowiedzi wyniósł już odpowiednio 91 i 73 proc.

Opowieści o trzeźwiejącej Polsce, przynajmniej na razie, są głównie projekcją pobożnych życzeń. Jak podkreśla Robert Rutkowski, terapeuta uzależnień, rzeczywisty poziom społecznej akceptacji dla alkoholu najlepiej widać w trakcie przeciętnej okazji towarzyskiej: nadal nikt nie pyta pijących, dlaczego to robią. To abstynent prędzej czy później zderza się z pytaniem, czemu nie pije.

Alkoholizm po polsku

Skąd takie wyobrażenia w kraju, w którym – jak wynika z opracowania przygotowanego w 2024 r. przez Biuro Analiz Sejmowych – działa ponad 120 tys. sklepów z alkoholem, a po zmroku łatwiej czasem kupić flaszkę niż chleb?


Dr Dorota Dias-Lewandowska, antropolożka i historyczka badająca zmiany dyskursu pijaństwa i trzeźwości, w wydarzeniach ostatnich lat widzi podobieństwo do procesów, które miały miejsce w XIX-wiecznej Europie. 

To wtedy zaczęto postrzegać alkohol jako substancję szkodliwą, a nadmierne picie jako chorobę. Uchwalano ustawy piętnujące pijaków i ograniczające im możliwość kupna alkoholu, powstawały liczne bractwa trzeźwości promujące abstynencję. Działania te, podobnie jak teraz, wyrastały z ustaleń ówczesnej nauki i zakładały, że alkohol można wyrugować z przestrzeni publicznej. 

Alkoholizm – jak mówi badaczka – to pojęcie o metryce równie krótkiej jak przemysł. W Europie opilstwo przez stulecia funkcjonowało bardziej jako jednostkowa słabość do gorzałki czy piwa, tłumaczona słabością charakteru. 

Zmianę przyniosła dopiero rewolucja przemysłowa, która w przyfabrycznych osiedlach skoszarowała (zwykle w fatalnych warunkach) setki tysięcy ludzi rozsianych dotąd po wsiach i miasteczkach. Jednocześnie nastąpił rozwój nauki. To, co dotychczas mogło się wydawać indywidualną przywarą, pomnożone w tysiącach przypadków, skupiło na sobie uwagę ówczesnych badaczy.


– W tekstach z XVIII, a zwłaszcza z XIX stulecia wątek szkodliwości alkoholu w dużych dawkach pojawia się już regularnie. Wcześniej traktowano go na równi z innymi produktami spożywczymi, zgodnie z regułami dietetyki humoralnej, która zakładała, że jedzenie wpływa na równowagę czterech głównych humorów w organizmie – tłumaczy Dias-Lewandowska. 

– Ciężkie czerwone wina w XVII-wiecznej Francji zalecano jako składnik diety rolników, bo do pracy w polu potrzeba było czegoś sycącego i zarazem rozgrzewającego. Arystokracja gustowała w winach białych, lekkich i młodych. 

Czy naprawdę piliśmy więcej niż inni?

Mniej więcej wtedy też przyszło na świat powiedzenie, które na stulecia miało ustawić nie tylko cudzoziemskie wyobrażenia o polskim piciu, ale także nasz stosunek do alkoholu. Zagraniczni dyplomaci i arystokraci, goszczeni z pompą na dworach polskich magnatów, zaczęli używać porównania „pijany jak Polak”.

Początkowo zawierało się w nim coś na kształt podziwu dla obywateli Rzeczypospolitej, którzy w ocenie cudzoziemców bawili się do upadłego, ale tylko wtedy, kiedy pozwalał na to kalendarz. 

John Worlidge pisał, iż w Rzeczypospolitej schyłku XVII wieku „największe uznanie zyskuje ten, kto spełni najwięcej toastów, a za najodważniejszego człowieka ten, który najlepiej znosi alkohol, panuje tu bowiem przekonanie, że w piciu alkoholu można znaleźć tyle samo męstwa, co w walce”. 

Do swego współczesnego desygnatu hasło zbliżyło się dopiero w wieku XIX, kiedy – jak zauważa Dias-Lewandowska – górę wzięła w tej kwestii swoista geograficzna prawidłowość.

Fot. Arkadiusz Ziółek / East News

W większości krajów europejskich zwyczaje konsumpcyjne zachodnich sąsiadów oceniano wyżej niż nawyki tych na wschodzie. Dla Francuzów wzorem kulturalnego picia byli Hiszpanie, Niemcy zaś uchodzili za opojów. Dla tych ostatnich kulturalnymi konsumentami byli z kolei Francuzi, w odróżnieniu od Polaków, którzy nie umieli rzekomo zachować umiaru – dodaje badaczka.

Sarmackie opilstwo na dobre zakorzeniło się także w polskim wyobrażeniu o złotych latach Rzeczypospolitej szlacheckiej, choć w gruncie rzeczy jest słabo udokumentowane. Mamy oczywiście opisy gargantuicznych uczt na dworach, ale nie wiadomo, czy odzwierciedlały codzienność, czy raczej powstały na pamiątkę czegoś, co wykraczało mocno poza ówczesną normę. 

– Przeglądając rejestry gospodarcze mniejszych dworów szlacheckich widzę często, że ucztowano tam i pito w sposób, który można by nazwać oszczędnym nawet według współczesnych kryteriów – podkreśla Dias-Lewandowska.

Pod koniec XIX w. powiedzenie „pijany jak Polak” było już jednak na tyle rozpowszechnione, że jeden z polskich lekarzy uczestniczących w kongresie higienicznym w Genewie w 1882 r. uznał za stosowne pokazać na danych, iż pod względem zamiłowania do procentów jego rodacy nie odstają od innych nacji. 

Naukowa Europa dyskutowała w Genewie o alkoholizmie jako o nowym powszechnym zagrożeniu, bo przemysłowe metody produkcji zawitały także do gorzelnictwa. Wyroby spirytusowe, wcześniej traktowane raczej jako zbytek lub lekarstwo, gwałtownie taniały i szybko zajmowały na europejskich stołach miejsce piwa i wina.

– Czytając dzisiejsze publikacje o spożyciu alkoholu w Polsce i o polityce antyalkoholowej mam często wrażenie, że współczesny dyskurs o pijaństwie posługuje się tymi samymi figurami, które rządziły nim w XIX wieku – mówi badaczka.

Kobiety i słynne „małpki”

Dias-Lewandowska przywołuje pierwszy z brzegu przykład, czyli głośne „małpki”. Problem z mocnymi alkoholami sprzedawanymi w poręcznych buteleczkach nie jest bynajmniej wyolbrzymiony. Polki i Polacy kupują ok. 3 mln takich flaszeczek dziennie.

Milion schodzi w porze śniadaniowej. Alkohol w kieszonkowym formacie przestaje być więc produktem do biesiadowania. Raczej zaprasza do picia w pojedynkę, także w ukryciu.

Znamienne jest, że w debacie publicznej o „małpkach” najczęściej wskazuje się na panie, które w ten sposób mają doprowadzać się do nietrzeźwości. – A to już do złudzenia przypomina wiktoriańskie narracje o kobietach pijących alkohol ukryty w naszyjnikach, sukniach czy mufkach - zauważa antropolożka. 

Kolejne podobieństwo to straszenie melinami. Gdyby spojrzeć wyłącznie na ceny, znajdujemy się z grubsza w tym samym momencie, co w XIX wieku. Przemysł alkoholowy operuje dziś takim efektem skali, że szacując koszty dostarczenia konsumentowi litra wódki może w zasadzie nie uwzględniać w nich kosztów samej produkcji (3 zł za litr spirytusu): liczy się logistyka i marketing.

W efekcie alkohol jest w Polsce coraz tańszy. W 1989 r. przeciętna pensja wystarczała do zakupu 17,5 półlitrówek z wódką 40-procentową. W 2021 r. można było kupić za nią już ponad 216 butelek – i to pomimo wprowadzonej wówczas 10-procentowej podwyżki podatku akcyzowego od napojów alkoholowych.

Ceny wódki i żywności

Producenci napojów wyskokowych nie byli oczywiście wyjątkiem i w okresie wysokiej inflacji także podnosili ceny. Nawet z uwzględnieniem rosnącej akcyzy alkohol drożał jednak w ostatnich latach wolniej od żywności, której ceny w Polsce wzrosły w latach 2020-2023 o 38,9 proc.

W tym samym czasie ceny napojów wyskokowych poszły w górę tylko o 17,6 proc. Skutek? Taniej niż w Polsce można dziś upić się jedynie na Węgrzech, w Rumunii oraz w Bułgarii. Jak wynika z ostatniego zestawienia Eurostatu, polskie ceny alkoholu w porównaniu z fińskimi, gdzie pod tym względem jest dziś najdrożej, są ponad dwukrotnie niższe.

Kolejne propozycje podwyżki akcyzy czy wprowadzenia minimalnej ceny za jednostkę czystego alkoholu w produkcie od lat spotykają się z tą samą odpowiedzią producentów i decydentów. Lepiej nie ograniczać w ten sposób legalnej podaży alkoholu, bo doprowadzi to do wysypu melin. Sprzeciw dla podwyżki „jakichkolwiek podatków” z góry zapowiedział także prezydent Karol Nawrocki. 

W tej sytuacji przekroczenie progu 12 litrów na głowę, przed czym przestrzega WHO, wydaje się tylko kwestią czasu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kac po umiarkowaniu