Rodzimy światek badaczy uzależnień chyba nigdy z taką ciekawością nie wyczekiwał corocznych danych o spożyciu alkoholu w Polsce. Wyniki takiego badania Główny Urząd Statystyczny publikuje zwykle pod koniec wakacji. Tegoroczne będą jednak o tyle istotniejsze od wcześniejszych, że mogą przynieść potwierdzenie intuicji części ekspertów odnośnie do skuteczności polskiej polityki antyalkoholowej. A mówiąc wprost: pokazać, że Polacy znowu piją więcej.
KLIKNIJ TUTAJ, ABY POWIĘKSZYĆ >>>

W statystykach namieszała pandemia. Lockdown wprowadzony w marcu 2020 r. przez rząd PiS oddzielił od klientów ponad 150 tysięcy polskich pubów, barów i restauracji serwujących alkohol. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dane za rok 2020 pokazały, że statystyczny nadwiślański konsument wypił wtedy o 160 gramów mniej czystego alkoholu niż rok wcześniej. Różnica niby niewielka, ale po raz pierwszy od 2016 r. w krajowych statystykach spożycia dało się zauważyć tendencję spadkową. Zanim co bardziej krewcy publicyści zdążyli ogłosić narodowe trzeźwienie, nadeszły dane za rok 2021, z których wynikało, że ponownie wpuszczeni do barów Polacy nadrobili szybko zaległości, windując spożycie alkoholu niemal do poziomu z 2019 r. Już rok później spożycie spadło jednak ponownie, co dostarczyło niektórym politykom i komentatorom argumentu, że skok z 2021 r. był tylko rezultatem narodowego odreagowania obostrzeń, a strategia zapobiegania problemom alkoholowym działa. Jeśli odczyt GUS za rok 2023 znów pokaże wzrost spożycia czystego alkoholu w przeliczeniu na mieszkańca, trzeba będzie jednak przyznać, że Polska – jako jeden z nielicznych krajów rozwiniętych – nadal ma problem z rosnącym spożyciem napojów alkoholowych.
Flaszka w 10 minut
W tym miejscu warto poczynić jedną uwagę. Dywagacje o prozdrowotnym działaniu „jednej lampki czerwonego wina na dobę” czy dobroczynnym wpływie koniaczku na krążenie świat medycyny już obalił. Naukowcy nie mają wątpliwości, że każda porcja alkoholu szkodzi zdrowiu. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) już na początku tego stulecia zarekomendowała strategię opartą przede wszystkim na ograniczaniu popytu za pomocą presji cenowej. Mówiąc krótko, alkohol nie może być ani tani, ani łatwo dostępny.
Jak wygląda to w Polsce? Na koniec 2021 r. w całym kraju działało aż 84 tys. punktów detalicznych, w których można było się zaopatrzyć – nierzadko przez całą dobę i siedem dni w tygodniu – w napoje wyskokowe. Wraz z lokalami gastronomicznymi, także oferującymi alkohol, dawało to ponad 235 tys. punktów sprzedaży. Sklepów spożywczych mieliśmy w tym czasie w całym kraju zaledwie 90 tys. W wielu miejscowościach wieczorem łatwiej kupić pół litra niż bochenek chleba. W samej Bydgoszczy działa obecnie więcej monopolowych niż w całej Norwegii.
Alkohol w Polsce jest też coraz tańszy – a właściwie należy powiedzieć, że jego zakup kosztuje statystycznego Polaka coraz mniej. W 1989 r. przeciętna polska pensja wystarczyła do zakupu 17,5 półlitrówek z wódką 40 proc. W 2021 r. można było kupić za nią już ponad 216 butelek – i to pomimo wprowadzonej wówczas 10-procentowej podwyżki podatku akcyzowego od napojów alkoholowych. Producenci napojów wyskokowych nie byli oczywiście wyjątkiem i w okresie wysokiej inflacji oni także podnosili ceny. Nawet z uwzględnieniem rosnącej akcyzy alkohol drożał jednak w ostatnich latach wolniej od żywności, której ceny w Polsce wzrosły w latach 2020-2023 o 38,9 proc. W tym samym czasie ceny napojów wyskokowych poszły w górę tylko o 17,6 proc. Skutek? Taniej niż w Polsce można dziś upić się jedynie na Węgrzech, w Rumunii oraz w Bułgarii. Jak wynika z ostatniego zestawienia Eurostatu, polskie ceny alkoholu w porównaniu z fińskimi, gdzie pod tym względem jest dziś najdrożej, są ponad dwukrotnie niższe.
Cud nad akcyzą
Jesienią 2021 r. weszła w życie ustawa o podatku akcyzowym, która miała regulować wysokość zmian tego podatku w latach 2022-2027. Od 1 stycznia 2022 r. wprowadzono w Polsce 10-procentową podwyżkę akcyzy na napoje alkoholowe; w kolejnych latach wysokość podwyżki ustalono na 5 proc. Stały mechanizm wzrostu akcyzy miał sprawić, że ceny piwa, wódki czy win zaczną w końcu nadążać za postępującym szybko wzrostem zarobków (przypomnijmy, że tylko między 2021 a 2023 rokiem średnie polskie wynagrodzenie urosło o 24 proc.).
Tyle założenia. Odpowiedź na pytanie, jak poszło faktycznie, przynosi opublikowane właśnie badanie Jacka Moskalewicza i Janusza Sierosławskiego z Instytutu Psychiatrii i Neurologii PAN, którzy w dwóch, przeprowadzonych rok po roku ankietach sprawdzili wpływ ostatniej podwyżki akcyzy na decyzje zakupowe Polaków w monopolowym. Z ich obserwacji wynika, że wzrost akcyzy był zbyt mały, aby wyróżnić alkohol na tle innych drożejących w tym czasie produktów i w ten sposób sprawić, że konsumenci zaczną oszczędzać na zakupach alkoholu. Stało się wręcz przeciwnie. Szybszy wzrost cen innych towarów spowodował, że to alkohol został uznany przez konsumentów za produkt relatywnie tańszy od innych.
Badanie koncentrowało się na zakupach, ale przy okazji ujawniło też niepokojące tendencje w polskiej konsumpcji alkoholu. Pomiędzy 2021 a 2022 r. jedyną grupą wiekową, w której zaobserwowano wzrost spożycia, byli młodzi Polacy (18-39 lat). Tu w ciągu roku konsumpcja zwiększyła się z 3,95 do niemal 4,6 litra czystego alkoholu rocznie. Wcześniejsze badania w okresie pandemii pokazały wyraźny spadek spożycia napojów alkoholowych wśród młodych, co pchnęło część publicystów ku odważnej konstatacji, że generacja Z jest pierwszym polskim pokoleniem, które naprawdę umie się bawić bez alkoholu. Wyniki ankiety psychiatrów z PAN świadczą o czymś dokładnie przeciwnym.
Badacze zaobserwowali także wyraźny wzrost wielkości jednorazowej porcji wypijanych napojów spirytusowych. W dniu, w którym statystyczny polski konsument sięgał po takie trunki, w roku 2021 wypijał średnio po 13 centylitrów czystego alkoholu, czyli porcję odpowiadającą 0,33 litra 40-procentowej wódki. Rok później średnia dawka dzienna wzrosła już do 17 centylitrów, czyli aż 0,42 litra wódki o zawartości 40 proc. alkoholu. Największy, bo ponad 50-procentowy wzrost wielkości jednorazowej porcji wypijanej wódki czy whisky badacze zaobserwowali wśród mężczyzn. Jeszcze gorzej rzecz przedstawiała się w grupie panów w wieku 40–59 lat (wzrost o prawie 60 proc.) i z wykształceniem średnim (tutaj jednorazowo wypijana porcja mocnego alkoholu z roku na rok zwiększyła się o prawie 80 proc.).
Jak podkreśla w komentarzu do tych wyników Krzysztof Brzózka, były wieloletni dyrektor Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, duża część polskich badaczy problematyki uzależnień widzi w tym jedynie potwierdzenie wcześniejszych intuicji. Spadek sprzedaży alkoholu zaobserwowany w 2022 r. można łatwo wytłumaczyć inflacją, która upośledziła polską siłę nabywczą i musiała też przełożyć się na skalę zakupów piwa, wódki czy win.
– Gdy zestawimy te badania z danymi o konsumpcji alkoholu w Polsce, otrzymamy obrazek kraju, w którym chwilowo nie rośnie sprzedaż napojów alkoholowych, ale utrzymuje się na poziomie o ponad 38 proc. wyższym niż w latach 90. ub. wieku – komentuje Brzózka. – I kraju, w którym już wkrótce może się znacznie pogłębić problem z osobami pijącymi w sposób wysoce ryzykowny i szkodliwy. Decydenci powinni więc jak najszybciej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dalej trzymać się kurczowo wersji, że spożycie alkoholu w Polsce się wypłaszcza, czy zacząć zapobiegać zagrożeniu, które niebawem wybuchnie nam w twarz.

Planeta małpek
Opowieść o alkoholowym widmie krążącym nad krajem na pierwszy rzut oka wydaje się kłócić i z potoczną obserwacją, i z danymi. Widok zataczającego się o poranku jegomościa, niegdyś powszechny, znikł właściwie z krajobrazu polskich miast. Policja od lat raportuje z ulgą spadek liczby wypadków z udziałem pijanych kierowców. W 2023 r. policjanci zatrzymali 92951 osób, które prowadziły po alkoholu, czyli o 5 proc. mniej niż rok wcześniej. W słynnej z racji adresu placówce Miejskiego Centrum Profilaktyki Uzależnień w Krakowie przy ul. Rozrywka, zwanej niegdyś izbą wytrzeźwień, statystyki również napawają optymizmem. W ub. roku pracownicy „gościli” tam 7495 osób, o 425 mniej niż rok wcześniej. W ciągu dekady liczba podopiecznych spadła aż o 4248 osób. W danych z krakowskiej izby widać jednak jeszcze inną, już niepokojącą tendencję. Liczba udzielonych noclegów spada zauważalnie szybciej od liczby osób, które policja, pogotowie lub straż miejska dowożą tu do ocucenia. A to oznacza, że stali bywalcy ośrodka pojawiają się w nim coraz częściej.
Krakowskie pogotowie ratunkowe, podobnie jak inne takie placówki, nie prowadzi statystyk interwencji do osób po alkoholu. Jak tłumaczy rzeczniczka Joanna Sieradzka, w wielu przypadkach ratownicy mogą mieć najwyżej podejrzenia, że udzielają pomocy osobie nietrzeźwej. Zaznaczają to w karcie zdarzenia, ale taka informacja podlega ochronie tak jak inne dane osobowe pacjenta. Poza protokołem pracownicy pogotowia są jednak bardziej skłonni do zwierzeń.
Krystian, ratownik medyczny: – Dostaliśmy niedawno wezwanie do jednego z urzędów. Środek tygodnia, nie wybiło jeszcze południe, upał jak diabli. Urzędniczka spadła ze schodów, uszkodziła sobie żuchwę i zwichnęła nogę. Od razu wyczułem alkohol, spytałem więc dyskretnie, ile wypiła i czego. Okazało się, że w piątej godzinie pracy pani referentka kończyła trzecią „małpkę”.
„Małpka”, czyli alkohol w niewielkich, zwykle stumililitrowych buteleczkach, funkcjonuje w Polsce od lat. Jak twierdzi językoznawczyni Katarzyna Kłosińska, słowo to występowało w gwarze warszawskiej już na początku XX wieku na określenie butelek o pojemności osiemdziesięciu mililitrów. Na początku kolejnego stulecia „małpki” upowszechniły się w całym kraju, odnosząc spektakularny sukces rynkowy, który cieszy właścicieli koncernów alkoholowych – i niepokoi resztę, na czele z terapeutami uzależnień. Każdego dnia Polacy kupują około 3 mln takich buteleczek. Milion schodzi w porze śniadaniowej. Alkohol w kieszonkowym formacie przestaje być produktem do biesiadowania. Wręcz zaprasza do picia w pojedynkę, nierzadko pokątnego, wykorzystującego każdą nadarzającą się do tego sposobność. I trafia na podatny społeczny grunt.
Badanie „Zmiana profilu konsumpcji napojów alkoholowych w Polsce w trakcie i po pandemii”, przeprowadzone w sierpniu 2022 r. przez firmę SW Research pokazało, że pandemiczny stres wpłynął niszczycielsko na polski sposób picia. Aż 27 proc. ankietowanych przyznało, że pije w sposób ryzykowny i szkodliwy, czyli powyżej 6 litrów czystego alkoholu rocznie. 11,6 proc. tej grupy stanowiły osoby pijące powyżej 12 litrów czystego alkoholu rocznie. W porównaniu z rokiem 2019 oznaczało to wzrost aż o osiem punktów procentowych. Na pytanie „jak często musisz napić się rano alkoholu, żeby dojść do siebie po intensywnym piciu” 11,9 proc. respondentów odpowiedziało, że odczuwa taką potrzebę przynajmniej raz w tygodniu. W czasie pandemii odsetek takich odpowiedzi wynosił tymczasem 11,4 proc., a przed wprowadzeniem lockdownu – tylko 8,6 proc. Aż 11,1 proc. ankietowanych w 2022 r. przyznawało się także do tego, że przynajmniej raz w tygodniu nie jest w stanie pohamować potrzeby dalszego samotnego picia po porannym „klinie”. Przed pandemią do takich problemów przyznawał się co dziesiąty ankietowany.
Serial, bańka i do spanka
Trend widoczny w tych wynikach również może się wydać na razie marginalny, ale z jednego powodu lepiej go nie lekceważyć. Rodzący się właśnie w Polsce styl picia niesie ze sobą ryzyko poluzowania bezpieczników kontroli społecznej. Polszczyzna nieprzypadkowo roi się od wyrażeń podkreślających biesiadny, wspólnotowy charakter konsumpcji procentów. „Chluśniem, bo uśniem”, „Zdrowie wasze w gardła nasze”, „Ze mną się nie napijesz?”... Z drugiej strony, jednoznacznie tabuizuje picie ukradkiem, „do lustra”, utożsamiając je z ostatnią, schyłkową fazą choroby alkoholowej.
To obyczajowe status quo pandemia odesłała na śmietnik. Kilka miesięcy lockdownu wystarczyło, by to, co dotychczas uchodziło za skrajność, weszło do głównego nurtu.
– Alkohol i kontakty międzyludzkie to bodaj najskuteczniejsze sposoby rozładowywania stresu, jakie zna nasz gatunek – podkreśla Wojciech Fijałkowski, terapeuta uzależnień związany od kilku dekad ze środowiskiem opolskiego MONAR-u. – Kiedy zamknięto nas w domach, te drugie stały się niedostępne. Siedzieliśmy więc w odosobnieniu przed telewizorami, karmieni kolejnymi żółtymi paskami z danymi o rosnącej liczbie zgonów, i narastało w nas napięcie. Alkohol był na wyciągnięcie ręki, wielu z nas zaczęło więc sięgać po niego częściej niż zwykle. Uczucie ulgi, choć chwilowe, było tak kuszące, że wielu zaczęło pić jeszcze częściej i jeszcze więcej. Było o tyle łatwiej, że wcześniej po ostrym zapiciu trzeba było pójść do pracy. W trakcie lockdownu można było bezkarnie zaklinować nawet podczas porannego zebrania. W gabinecie słyszę takie opowieści coraz częściej – podkreśla Fijałkowski.
Powrót na wschód
Polska kultura picia – jak zauważa prof. Andrzej Fal, prezes Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego – wskutek pandemii przesunęła się z powrotem w stronę modelu typowego dla krajów Europy Wschodniej, czyli z rosnącym udziałem napojów wysokoprocentowych kosztem tych o mniejszej zawartości alkoholu oraz malejącym udziałem piwa. Być może to chwilowe wahnięcie trendu, ale historia i tak sprawiła nam psikusa wątpliwej jakości, bo prymat gorzałki nad słabszymi alkoholami ma na ziemiach polskich relatywnie krótką metrykę.
Przez stulecia ziemie Rzeczypospolitej były krainą piwa i miodów pitnych. Pierwszą falę popularności mocnego alkoholu przyniósł dopiero kryzys ekonomiczny, który rozszalał się po wojnie trzydziestoletniej. W realiach powojennej Europy gospodarka folwarków szlacheckich, oparta na eksporcie zboża, natrafiła na poważne trudności. Plantatorzy pozostali z nadwyżkami w spichrzach i szybko doszli do wniosku, że najprostsza droga wyjścia z tych problemów prowadzi przez gorzelnię. Jeszcze w pierwszej połowie XVII wieku w Wielkopolsce jedna destylarnia przypadała średnio na ponad 50 wsi.
Sto lat później gorzelnia działała już w co dziesiątej wiosce, a pod koniec istnienia Rzeczypospolitej jedna przypadała na 6–7 wsi. Mocna, czasem nawet 80-procentowa, gorzałka była po prostu łatwiejsza w przechowywaniu od niepasteryzowanego piwa, gwarantowała też producentom wyższą marżę na każdym kilogramie zboża wykorzystanego do produkcji. Nic dziwnego, że już pod koniec XVII wieku alkohol na ziemiach polskich po raz pierwszy stał się wyznacznikiem statusu społecznego. Szlachta piła nadal piwo oraz wino i coraz częściej zaglądała do butelek z wódką (wtedy właśnie to słowo, znane polszczyźnie mniej więcej od czasów Kazimierza Wielkiego, zaczęło zastępować „okowitę” i „gorzałkę”). Chłopi upijali się natomiast już niemal powszechnie dostępną i tanią wódką, która szybciej dawała też upragnione poczucie odurzenia.
Polskie domowe picie Anno Domini 2024 jest w pełni egalitarne. Bez względu na to, czy raczysz się dwudziestoletnią szkocką single cask pod najnowsze arcydzieło koreańskiej kinematografii, czy otwierasz sześciopak mocnego piwa z dyskontu do meczu polskiej pierwszej ligi, masz taką samą gwarancję anonimowości i takie same, nazbyt łatwe wytłumaczenie, że nie dzieje się nic niepokojącego. Wieczorne popijanie wprost woła o połączenie z rytuałem wieczornego seansu przed telewizorem. Język angielski, lingua franca epoki globalizacji, termin binge watching, oznaczający kompulsywną konsumpcję seriali, zapożyczył przecież od wyrażenia binge drinking, czyli potocznej nazwy picia na umór.
Wojciech Fijałkowski: – Jako terapeuta uzależnień nie nazwę normalnością sytuacji, kiedy ktoś każdego wieczora wypija po dwa piwa, ale nie powiem też, że mamy już do czynienia z sytuacją alarmową. Problem w tym, że tysiące takich mikroproblemów składają się na poważny problem społeczny, za który wszyscy będziemy płacić latami. Alkohol to nie fentanyl, uzależnia i niszczy wolniej.
Minima, maksima
Zliczając społeczne i gospodarcze koszty alkoholizmu zwykliśmy w Polsce uwzględniać przede wszystkim skrajności. Na rachunku widnieje więc detoks, sprzątanie miejsc kilku tysięcy wypadków drogowych z udziałem pijanych, leczenie ich ofiar, niebieskie karty założone sprawcom domowej przemocy, budżety izb wytrzeźwień. Są tam nawet koszty tzw. rent alkoholowych, wypłacanych obecnie przez państwo około trzem tysiącom obywateli, którzy zrujnowali sobie zdrowie nadmiernym zamiłowaniem do procentów. Podsumowując ten rachunek, Polska Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych zatrzymała się w 2020 r. na kwocie 93,3 mld zł rocznie – czyli niemal siedmiokrotności ówczesnych dochodów budżetu z tytułu akcyzy na alkohol! Gdyby doliczyć do niego także korzyści utracone z powodu choćby zmniejszonej produktywności „dzień po” oraz przedwczesnych zgonów, bilans zysków i strat wypadłby dla producentów alkoholu jeszcze gorzej. A jednak nie przeszkadza im to funkcjonować w przestrzeni publicznej w roli kreatorów miejsc pracy i płatników podatków, którzy „utrzymują budżet”.
W zeszłym roku, jak wynika z danych badania NielsenIQ, na wódkę wydano w Polsce 16,8 mld zł. Na piwo – 22,8 mld zł. Tylko te dwie pozycje w narodowym rachunku za alkohol, bez wina, likierów i bardziej egzotycznych trunków, stanowiły równowartość 20 proc. polskich wydatków na cele spożywcze. Lwia część tej fortuny trafiła na konta kilku największych producentów.
Można jednak spojrzeć na tę statystykę z drugiej strony. Wówczas okaże się, że blisko 70 proc. polskich wydatków na alkohol pochodziło z kieszeni zaledwie… 17 proc. najciężej pijących konsumentów, czyli ludzi silnie uzależnionych od substancji psychoaktywnej, jaką jest etanol.
Pomysł, by przyjść im z pomocą w formie minimalnej ceny alkoholu, może wydawać się karkołomny, ale doświadczenia innych krajów pokazują, że skuteczniejsza metoda po prostu nie istnieje. Podwyżki akcyzy skutkują symbolicznym zwrotem cen objętych nią trunków. Mazowiecki Związek Stowarzyszeń Abstynenckich od lat apeluje więc do władz polskich o zastąpienie jej ceną minimalną za jednostkę czystego alkoholu. Proponuje nawet stawkę na poziomie 2,5 zł za każdych 10 gramów 100-proc. alkoholu zawartego w produkcie. Cena detaliczna pół litra wódki 40-proc. wzrosłaby dzięki temu z obecnych 20-30 zł do ok. 50 zł, a butelki popularnego piwa z ok. 4 zł do 6-7 zł. Przemysł spirytusowy ustami swoich lobbystów zwykle zestawia takie propozycje z figurą ubogiego konesera win, któremu antyalkoholowi zeloci zamierzają wylać hobby z kąpielą. W rzeczywistości w tej rozgrywce chodzi jednak nie o pieniądze tych, którzy od czasu do czasu chcą dla przyjemności napić się dobrego alkoholu, lecz o tych, którzy każdego ranka szacują, jak najniższym kosztem pozbawić się przytomności.
Wprowadzenie ceny minimalnej alkoholu w znikomym stopniu wpłynęłoby na cenę detaliczną burgundzkiego pinot noir czy szkockich single maltów, bo tu płaci się przede wszystkim za renomę i tradycję stojącą za regionem oraz producentami. W świecie tanich win i piw „jasnych ekstra mocnych” oznaczałoby jednak rewolucję. Cena minimalna pod znakiem zapytania postawiłaby m.in. sens istnienia specyfików w rodzaju słynnej Amareny z jednego z polskich dyskontów, która w cenie piwa oferuje 0,7 l kilkunastoprocentowego alkoholu. Niemożliwe byłyby także sezonowe promocje alkoholowe z gatunku „zapłać za sześć piw, odbierz dwanaście”.
Pij drożej, żyj dłużej
Minimalną cenę alkoholu w 2018 r. wprowadziła Szkocja, która od października podnosi ją w dodatku z 50 do 65 pensów za każde 10 g czystego alkoholu. W efekcie w całym kraju butelki whisky nie będzie można kupić taniej niż za 18,2 funta (obecnie – 14 funtów). Puszka piwa będzie kosztować co najmniej 1,3 funta, a standardowa butelka wódki – 17,06 funta. Szkoci nie obawiają się martwicy ruchu turystycznego, nie oczekują też fali bankructw właścicieli pubów. Doświadczenia z poprzedniej podwyżki pokazały, że właścicielom lokali gastronomicznych spadek ruchu rekompensują wyższe przychody.
Korzyści po stronie państwa są oczywiste: spadek przestępczości i dalsza poprawa statystyk długości życia. Według danych szkockiej służby zdrowia z 2022 r., już pierwsza regulacja ceny minimalnej doprowadziła do spadku o 13,5 proc. liczby zgonów spowodowanych nadużywaniem alkoholu w porównaniu do spodziewanej liczby takich przypadków przy założeniu, że nie doszłoby do wprowadzenia ceny minimalnej.
Petycja Mazowieckiego Związku Stowarzyszeń Abstynenckich w sprawie ceny minimalnej trafiła wiosną do Senatu, a ten wystąpił o opinię do resortów zdrowia i finansów przed ewentualnym skierowaniem jej do Sejmu. W obu ministerstwach do wakacji nikt się sprawą nie zajął. Oficjalnie politycy nazywają pomysł interesującym i widzą dla niego miejsce w pakiecie rozwiązań, które mają zmniejszyć ekspozycję Polaków na wyroby alkoholowe. Resort zdrowia zapowiada dalsze podwyżki akcyzy, chce też wycofania wyrobów alkoholowych ze stacji benzynowych i z zainteresowaniem spogląda w stronę rozwiązań niektórych samorządów, które na swoim terenie wprowadziły już zakaz sprzedaży takich napojów w sklepach w godzinach nocnych.
Suma tych pomysłów, po wdrożeniu w życie, mogłaby faktycznie sprawić, że alkohol przestanie być królem polskiej przestrzeni publicznej i nie będzie atakować potencjalnych konsumentów za każdym rogiem.
Producenci alkoholu w reakcji na takie zapowiedzi straszą wizją powrotu instytucji meliny. Problem w tym, że już dziś centra wielu polskich miast zmieniają się w nią każdego wieczora.
Kto pije najwięcej?

Kiedy alkoholizm staje się problemem społecznym? WHO za taki próg uważa 12 litrów czystego alkoholu wypitego rocznie w przeliczeniu na mieszkańca. Polskie statystyki na razie są od niego dalekie, ale tylko dlatego, że spożycie dzielimy na wszystkich mieszkańców. Gdyby przyjąć metodologię Eurostatu, która liczy konsumpcję w przeliczeniu na mieszkańców powyżej 15. roku życia, otrzymamy już 11,7 litra czystego alkoholu na osobę rocznie.

W populacji mieszkanek Polski w wieku od 15 lat wzwyż na jedną kobietę przypada dziś statystycznie 5,6 litra wypitego czystego alkoholu rocznie.

Statystyki zawyżają natomiast mężczyźni, na których przypada aż 18,4 litra na osobę rocznie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















