Chomik. Opowieść wigilijna Katarzyny Groniec

Gwiazdy zapowiadały zimowy, słoneczny poranek. Opatuliła się kocem. Trochę na lewo wypatrzyła znajomy gwiazdozbiór. Miała takie trzy pieprzyki równo ustawione w rzędzie.
Czyta się kilka minut
Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"
Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"

Zimno wszystkich poupychało po domach. Ciemno robiło się już z samego rana. Było niżej zera. Ale tyle tylko niżej, żeby nie chlapało, bo śniegu nie było.

Stara wykręciła mopa. W poczekalni siedziała ruda dziewczyna z kotem i ten z twarzą szerszą niż dłuższą, z pudełkiem po butach na kolanach.          

– Co to? – spytał doktor.

– Chomik – ten z twarzą podsunął doktorowi podziurkowane od góry pudełko.

– Co mu się stało? – doktor zajrzał do środka.

– Nieswój jest – temu z twarzą zaszkliły się oczy.

To akurat zdziwiło starą, bo w jej pamięci ten z twarzą pierwszy do wzruszeń nie był.

– Zapraszam do gabinetu – doktor popchnął drzwi nogą, bo ręce miał zajęte pudełkiem, a stara pomyślała, że przed świętami czekają ją jeszcze wszystkie drzwi do przetarcia.

Zanim skończyła podłogi, ten z twarzą wyczłapał z powrotem do poczekalni, ale bez pudełka. Nie mogła się nadziwić, że chciało mu się lecieć taki szmat drogi do całodobowej. Ktoś mu musiał powiedzieć, że na ścianie wisi: „doktor przyjazny gryzoniom”. Mimo wszystko co innego jechać taki kawał, żeby dorobić, a co innego tłuc się dwoma autobusami, żeby słono zapłacić. W całodobowej o połowę drożej. I jeszcze za chomika. Gdyby za psa chociaż.

Przyjrzała mu się, zanim poszedł. Skurczył się. Obwisł. Płaszcz mu się zrobił jak ze starszego brata. Ale może to inny płaszcz. Może tylko źle kupiony. Nie mogła sobie przypomnieć, czy tamten wtedy był szary, czy brązowy, jak ten.

Wypłukała szmaty i rozłożyła na kaloryferze. Wszyscy już poszli, został tylko dyżurny technik. Chomika, okazało się, dali na obserwację. Ten z twarzą się zdziwi przy płaceniu. Zanim wyszła, poszła jeszcze rzucić okiem. Przez wzgląd na dawną znajomość. Nieudaną, ale jednak.

Siedział w kącie. Zmięty i żałosny. W różowych łapkach zastygł mu kawałek ogórka. Powoli otworzył oczy czerwone jak zakrzepła krew. U albinosów to normalne, że takie mają.   

Pod swetrem starej szarpnęło plastikową taśmą.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"

***

Siedziała po ciemku we flanelowej koszuli nocnej. Przez okno balkonowe mocno świecił księżyc. Pod krzesłem walały się złotawe od poświaty łupiny słonecznika. Jak się to wszystko zaczęło, to owszem, trochę się zaniepokoiła, ale nie aż tak, żeby przez to nie spać. Na początku zdarzało się rzadko. Na tyle rzadko, że można to było uznać za nic wielkiego, niepotrzebne urozmaicenie życia. Jedno wiedziała od razu. Że musi być konsekwentna i że w żadnym wypadku nie może jej pobłażać. Ale co innego wiedzieć, a co innego zrobić. Nie poszło tak, jak myślała. Przez kilka miesięcy dusza plątała się jej między nogami i stara ciągle się potykała. Obcy ludzie pytali, czy dobrze się czuje. Przyszła wiosna. Dni były jasne, trawa zielona, po zagajnikach pełno ptaków. Stara bujała duszę, jak się buja gołębie, bo wierzyła, że trochę swobody nikomu nie zaszkodzi, a dusza trzymała się starej. Nie ulatywała daleko. Stara ciągle mogła mieć ją na oku i dzięki temu czuła, że jest tylko do połowy pusta. Pod koniec lata duszy odwaliło. Trudno ją było zagonić z powrotem do ciała. Kręciła się po polach, krążyła nad blokami, znikała w okolicznych lasach, wracała nad ranem czarna jak święta ziemia i zaczęła traktować starą jak hotel. Stara czuła, że dusza coraz bardziej się od niej oddala, więc skończyła z pobłażliwością i przy każdym wdechu, już bez ceregieli, wciągała ją głęboko, przez płuca aż do żołądka. Żołądek starej, wypełniony po brzegi duszą, rozdymał się i bulgotał, a wciśnięta na powrót w starą dusza zaczynała tłuc się i szamotać, cisnąć starą do utraty tchu, łaskotać i lizać, żeby stara pozwoliła jej wyskoczyć na zewnątrz, zaklinać na wszystko, że nie opuści starej, bo przecież jest do starej przywiązana. Któregoś dnia stara się wnerwiła i rzeczywiście przywiązała ją sobie do paska plastikową taśmą od worka na śmieci.

Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"

***

Czyściła szafki i nie usłyszała, jak wszedł. Poczuła go, kiedy stanął pół kroku za nią. Nie pamiętała, żeby aż tyle wylewał na siebie wody po goleniu. Przeleciała oczami po podłodze, czy nie narobił śladów. Chomik siedział w tej samej pozycji, co wczoraj, tylko bez ogórka.

– Rano wzięli mu krew – powiedziała.

Ten z twarzą zgrubiałymi paluchami wyłuskał z kieszeni posklejaną chusteczkę. Odwrócił się tyłem do starej i coś dłubał i sapał. Ciągle smarkał do materiałowych. Miał podkrążone oczy. Stali tak chwilę.

– Ma jakieś imię? – zapytała stara, żeby zrobiło się mniej niezręcznie.

– Rambo – ten z twarzą pieczołowicie poskładał chusteczkę na cztery, tak żeby się kratki zgodziły. – Z tego wszystkiego zapomniałem wczoraj powiedzieć, żeby go nie budzić ręką. Ołówkiem najlepiej, bo gryzie.

– Doktor już wie – prawy kącik ust starej lekko drgnął.

Uśmiechnął się szeroko. Musiał sobie zrobić sztuczną szczękę, bo nie pamiętała, żeby miał takie zęby.

– Był zły? – zapytał.

– Kurwował – schyliła się po wiadro.

– To ja go przeprosić muszę jakoś – ten z twarzą przybliżył się do klatki z chomikiem i coś tam szeptał i wzdychał. Stara podsłuchała tylko, że „do domu”, i pomyślała, że w jej pamięci ten z twarzą do przepraszania taki pierwszy nie był.

– Mi raz aż wisiał na palcu – powiedział głośniej, wyraźnie zadowolony. – I nie chciał puścić, tak się wczepił. Krew się lała.

Pocmokał w stronę zwierzątka. 

– Na jednej łapce się podciąga. Samiec alfa.

***

Dusza trzepotała wyjątkowo jaskrawo. Stara otworzyła drzwi na balkon i zimno ukłuło ją w płuca. Plastikową taśmę tym razem okręciła wokół nadgarstka. Gwiazdy zapowiadały zimowy, słoneczny poranek. Opatuliła się kocem. Trochę na lewo wypatrzyła znajomy gwiazdozbiór. Miała takie trzy pieprzyki równo ustawione w rzędzie. Na udzie. Lubiła je przyciskać trzema palcami równocześnie. Serdecznym, wskazującym i kciukiem. Wyobrażała sobie, że mogłaby być z tego muzyka. W podstawówce przez pół roku chodziła na lekcje pianina, ale nie złapała bakcyla.

***

Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"

Stał na przystanku. Pomachał jej i nie było odwrotu. Pod pachą trzymał bombonierkę. Autobus przyjechał prawie pusty. Usiedli na podwójnym zaraz za kierowcą. Wolała tak siadać, bo ktoś jej kiedyś powiedział, że jakby przyszło do wypadku, to kierowca odruchowo siebie będzie ratować. Z tego, co pamiętała, ten z twarzą zawsze pchał się na koło.

– Nie lubisz na kole – spojrzał na nią, że pamięta.

Odwróciła się do okna. Za to ona nie pamiętała, żeby ten z twarzą komukolwiek na prezent kupił coś innego niż butelkę. Ale nic nie powiedziała, bo długo trzeba było jechać, a potem jeszcze przesiąść się do następnego.

– Rano nie chciał jeść, a potem w kulce nie chciał chodzić. A normalnie po całym mieszkaniu się turla – ten z twarzą widocznie potrzebował się wytłumaczyć, że taki kawał i tak drogo się zdecydował. – Musiałabyś zobaczyć.

Nie była ciekawa. Nie wepchnęłaby zwierzaka do kulki jak w cyrku. Wolałaby tak puścić. Silnik pracował wystarczająco głośno, żeby siedzieć i nic nie mówić. Ten z twarzą sprawdził jeszcze, czy rurka przy oparciu się nie wyjmuje, bo mu się przypomniało, że kiedyś, jak na stojąco jechał, to została mu w ręku i z tą rurką przeleciał przez cały autobus. Ale to w innym autobusie było.

– Ponad dwa lata ma – przełknął ślinę. – Tyle, co nie piję.

– Mogłeś psa wziąć – powiedziała przed siebie.

Rozpiął płaszcz i pozdejmował z siebie jakieś niby nitki. Potem długo sondował wyglansowane na błysk buty. Wzdychał i sapał. Zauważyła, że przy pasku dynda mu gruby jutowy sznurek. Zwinął go wokół palca i wepchnął do kieszeni. Poluzował szalik, że mu tak gorąco, i chwilę wreszcie posiedział cicho.

– Innym człowiekiem teraz jestem... – zaszeleścił. 

Akurat drzwi się otworzyły z sykiem, bo dojechali na przystanek i stara nie dosłyszała, co powiedział.

Ilustracja: Kasia Kozakiewicz dla „TP"

***

Połknięta dusza awanturuje się i wali w starą od środka. Jeździ po niej jak po łysej kobyle. Stara ostrożnie ją wypuszcza, łapie i przywiązuje. Sprawdza od czasu do czasu, czy taśma trzyma. Miewa takie momenty, że myśli, by już odwiązać, niech leci. Ale w ostatniej chwili zawsze, że jeszcze nie. Na balkonie ma plastikowe krzesło. Żółte, jakby z brokatem. Jak jest słoneczny dzień albo księżycowa noc, to się mieni złotymi drobinkami. Kupiła w zeszłym roku za trzydzieści złotych, a w tym już kosztuje trzydzieści osiem. Zimą rzadko ktoś się wychyla, nawet na papierosa. Wszystko w czterech ścianach. Ona nawet zimą chwilę sobie posiedzi. Głównie w nocy, bo nie śpi. I prawie już w tym siedzeniu nie myśli, czy jest coś takiego w życiu, co zrobiła dobrze. I już jej się zdaje, że nawet oduczyła się patrzeć. Chyba że w gwiazdy, to jeszcze popatrzy. Szuka, a potem naciska Oriona trzema palcami równocześnie. Serdecznym, wskazującym i kciukiem.

***

– Przeżarł się. Za dużo słonecznika w diecie – doktor wziął od starej szpic i zatknął na czubku choinki – ale naprawdę w dobrej formie, jak na swój wiek. Zadbany. Jeszcze pożyje kilka miesięcy.

Stara podała lametę doktorowi, bo choinkę stawiali do samego sufitu, a ona się bała wchodzić na stołek przez te zawroty. Wracając, musi jeszcze kupić dzwonko karpia.

Przez okno widać było tego z twarzą, jak ostrożnie niesie pudełko.

– Nie miałem serca mu powiedzieć, że to samica – doktor wcisnął głębiej złotą bombkę, bo gałązka niebezpiecznie się wygięła.

*** 

W nocy spadł śnieg.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Chomik