Świetnym punktem wyjścia do rozmowy o Przeznaczeniu jest model świata w stylu XIX-wiecznej fizyki: prościutki jak tabliczka mnożenia, napełniający metafizyczną grozą i, szczęśliwie, fałszywy.
Oto i on. Po pierwsze, cały świat można sprowadzić do prostych elementów składowych. Możemy je klasycznie nazywać „atomami” albo, nowocześniej, „cząstkami elementarnymi”. Wszystko jedno. Po drugie, owe proste elementy składowe zachowują się w przewidywalny sposób, zakodowany w prawach przyrody. To, co wydarzy się z daną cząstką w ciągu najbliższej mikrosekundy, da się całkowicie wyjaśnić, odwołując się do jej najbliższego otoczenia: na jakie inne cząstki wpadnie, z jakimi przyjdzie jej oddziaływać polami, jakie cechy ma lokalna czasoprzestrzeń i tak dalej.
Z tych dwóch prostych założeń wynika tzw. determinizm: pogląd, że z obecnego stanu świata całkowicie wynika jego przyszły stan. Logicznie da się też z niego wywnioskować całą przeszłość. Świat deterministyczny to więc taki świat, w którym wszystkie zdarzenia są ustalone przez początkowy układ cząstek elementarnych i prawa przyrody. Z tej pary całkowicie wynika jedna i tylko jedna możliwa historia wszechświata, która grzecznie rozwija się na naszych oczach, bo musi.
Co głosi determinizm fizyczny
Determinizm fizyczny można spokojnie czytać jako prosty model Przeznaczenia. Bądź co bądź, w świecie deterministycznym wszystko, co mi się przydarzy, w pewnym sensie „jest mi pisane”. Jeżeli ma tak być, że zostanę potrącony przez samochód, to tak się po prostu stanie. Jeżeli ma tak być, że auto owo w ostatniej chwili odbije, a z tylnego okna wypadnie mi ponadto pod nogi walizka z pieniędzmi – to też się tak stanie.
W tego typu świecie, dodajmy, nie ma miejsca na prawdziwą wolną wolę: nikt i nic nie jest tak naprawdę, autentycznie „wolne”. Sieć przyczynowa świata jest ścisłą pajęczyną z tytanowych włókien, w którą jesteśmy na sztywno wspawani i możemy tylko bezsilnie się po niej rozglądać.
Istnieje też wersja teologiczna tego samego modelu. Średniowieczni teolodzy islamscy powszechnie wyznawali „muzułmański fatalizm”, który dzisiaj pod nazwą qadar stanowi jeden z fundamentów islamu sunnickiego, największej gałęzi tej religii.
Al-Kuszajri pisał w „Al-Risala al-Qushayriyya”, popularnym podręczniku nauki sufijskiej, że „wszystkie czyny pochodzą od Boga Wszechmogącego”. Abu Talib al-Makki, inny teolog islamski z tego kręgu intelektualnego, pozostawił po sobie szereg aforyzmów, jak choćby „przeznaczenie ludzi stworzone zostało na dwa tysiące lat przed stworzeniem ich ciał” albo „zapisanego na tabliczce przeznaczenia nie można powiększyć ani siłą, ani podstępem”. Tabliczka ta, nawiasem mówiąc, nosi nazwę al-Lawhu ’l-Mahfuz i zawiera zapis wszystkiego, co się wydarzyło i wydarzy: piękna „tekstowa” ilustracja determinizmu teologicznego, w innych kulturach określana też czasem jako Księga Losu.
O ile jednak możemy ufać w boską mądrość, że Księga Losu jest napisana mądrze – i nawet polubić się z takim modelem świata – trudno doszukiwać się mądrości w uporządkowanej dwójce „warunki początkowe plus prawa przyrody”. To dlatego determinizm fizyczny to tak zimna i beznadziejna ideologia. Pozostaje się tylko cieszyć, że fałszywa.
Czy w przyrodzie istnieją prawdziwe przypadki?
Jest kilka zjawisk fizycznych i metafizycznych, które potrafią rozwalić taki świat od wewnątrz, ale najskuteczniejszy jest stary dobry przypadek. Nie chodzi jednak o to, co w języku potocznym określamy słowem „przypadek”, czyli, z grubsza, coś niespodziewanego i mało prawdopodobnego.
30 listopada 1954 r. Amerykanka Ann Hodges została pierwszą i jak dotychczas jedyną osobą, w którą uderzył meteoryt. 34-latka spała sobie spokojnie na kanapie, gdy ważący ok. 4 kilogramów kamień z nieba przebił dach jej domu i rąbnął ją w lewe biodro, szczęśliwie pozostawiając po sobie tylko solidny siniak. W świecie deterministy nie był to jednak „przypadek”, tylko jeden z niezliczonych skutków początkowego położenia wszystkich cząstek oraz praw fizyki. „Prawdziwy przypadek” to tymczasem zdarzenie, które nie zostało przez nic zdeterminowane.
Wyjaśnijmy dla pewności: zgodnie ze współczesnym stanem wiedzy prawdziwy przypadek istnieje. Elektron, któremu prawa przyrody nakazują za chwilę wykonać przeskok kwantowy, może skoczyć w lewo lub w prawo z określonymi prawdopodobieństwami i – jak stanowczo twierdzą fizycy – nie ma w obecnym stanie świata nic, co by zadecydowało, w którą stronę faktycznie skoczy.
To coś więcej niż nasza niewiedza: to zdarzenia fizyczne same w sobie nie są w pełni zdeterminowane, a więc nawet istota obdarzona kompletem wiedzy o obecnym stanie świata nie byłaby w stanie przewidzieć jego przyszłości. Parafrazując Einsteina, zniesmaczonego kwantowym indeterminizmem, „Bóg gra w kości”.
Przypadek wprowadza luzy w trybach Losu, które przestają być nieubłaganymi zębatkami, a stają się elastycznym mechanizmem z grubsza tylko organizującym świat. Dopuszczalnych jest wiele różnych przyszłości, wiele różnych wersji Księgi Losu. Czy w takim świecie możliwe jest Przeznaczenie? Ba, dopiero w takim świecie Przeznaczenie staje się interesujące!
Przyjrzyjmy się bliżej takiemu na przykład przekonaniu: „Było mi pisane, że tak czy inaczej spotkam się z Zuzą, kobietą mojego życia”. Najważniejsze w tym zdaniu jest owo niewinne „tak czy inaczej”. W świecie niezdeterminowanym historia świata ma wiele równie prawdopodobnych wariantów. Naprawdę mogło więc być tak, że autobus, którym jechałem na dworzec, złapał gumę, przez co nie wpadłbym na Zuzę na peronie – a jednak wierzę, że bez względu na milion podobnych możliwości i tak musiałem na nią trafić: jeśli nie na peronie, to w kolejce po szponder.
Przeznaczenie jako sekretna wiadomość
Przeznaczenie w indeterministycznym świecie oznacza, że w luźnej, mobilnej sieci przyczynowej istnieją pewne konieczne zdarzenia węzłowe; coś w stylu logicznej części wspólnej wszystkich możliwych historii świata. Mówiąc językiem metafory książkowej: Księga Losu jest głównie pusta, jednak na niektórych jej stronach wpisane są już pojedyncze zdania. Historia pisze się na bieżąco, ale zawsze w taki sposób, że owe nieliczne z góry zapisane zdania gładko się w nią wplatają. Ulubionym zastosowaniem tego modelu jest kwestia tzw. sensu życia.
Akanowie, którzy mieszkają głównie na terenie dzisiejszej Ghany, mają piękny model indywidualnego przeznaczenia. Akańskie słowo na przeznaczenie, nkrabea, pochodzi od słowa nkra, „wiadomość”, a końcówka bea oznacza „na sposób”: nkrabea to dosłownie „[życie] na sposób zgodny z wiadomością”. Idea jest taka, że nasza dusza, okra, jeszcze przed narodzinami otrzymuje od Najwyższej Istoty swoje przeznaczenie w postaci wyszeptanej sekretnie wiadomości. My sami, choć okra jest „naszą” duszą, nie mamy dostępu do tej wiadomości i nie znamy jej treści.
Co istotne, nkrabea tylko częściowo determinuje nasz los. Jak pisze filozof ghański Gyekye Kwame, „ponieważ nkrabea wyraża tylko podstawowe cechy jednostki, i ponieważ jest ogólna, a nie szczegółowa, ludzkie czyny nie są nam pisane lub wymuszone; fakt ten sprawia, że wolny wybór pozostaje czymś żywym i znaczącym”. I dalej: „każda osoba może nadać dodatkowe znaczenie swojej egzystencji poprzez korzystanie ze swojej wolnej woli w ramach wyznaczonych przez przeznaczenie”.
Losy świata są więc kontrolowane przez Najwyższą Istotę w ogółach, a nie w szczegółach, jak by tego chciał al-Makki, i w bardziej nieoczywisty sposób. Czyli zupełnie jak u św. Pawła: „Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi!” (Rz 11, 33). To zresztą kolejna piękna metafora – metafora drogi i rozstajów, na których wybieramy swoją ścieżkę. Jeśli istnieje Przeznaczenie, wybór ten ma znaczenie wyłącznie lokalne: wszystkie drogi doprowadzą nas do Rzymu, czy to w postaci wiecznego miasta, czy karczmy. Przeznaczenie i tak spokojnie nas doścignie: „tak czy inaczej”.
Czy są rzeczy, które po prostu muszą się zdarzyć?
Tego typu przeznaczenie wydaje się domagać wyjścia poza świat przyrody: metafizycznego uzupełnienia go o coś więcej. Owe pojedyncze ustalone zdania w Księdze Losu nie mogą po prostu wynikać z poprzednich zdań. Może zostały zapisane ręką Najwyższej Istoty, a może odpowiadają za to odrębne od bogów Mojry? Niełatwo jednak zrozumieć, jak świat sam w sobie miałby je wygenerować.

Jakkolwiek rozumiemy przyczynowość świata – czy jest ona ścisła, czy luźna, czy dopuszcza „prawdziwą wolną wolę”, czy nie – wydaje się ona działać lokalnie. Nie ma w zwykłym obrazie świata miejsca na autentyczne ustalanie się czegokolwiek w dalekiej przyszłości, z pominięciem kroków pośrednich.
Najłatwiej to zrozumieć na przykładzie. Okazuje się bowiem, że naukowy obraz świata dopuszcza istnienie w nim koniecznych zdarzeń w przyszłości, które mogą zostać osiągnięte na wiele różnych sposobów – jednak przypadki takie nie do końca „pachną” przeznaczeniem. Ot, przede mną stoi właśnie kubek z gorącą kawą. Z antracytowo-czarnej powierzchni unoszą się leniwie strużki pary o kształtach, które są wypadkową rozmaitych przypadkowych procesów hydrodynamicznych i termodynamicznych. Kawa może upuszczać ciepło na miliardy sposobów – a jednak wiem na pewno, że tak czy inaczej wystygnie (i znów „tak czy inaczej”!).
Jeszcze prostszy przykład: po mokrej drodze wojewódzkiej 906 na odcinku Lubliniec-Koszęcin pędzi samochód z prędkością 150 km/h. Kierowca traci panowanie, auto wjeżdża do rowu i mknie wprost ku przydrożnemu jesionowi. Czas, jakże uprzejmie, zatrzymuje się na chwilę, aby dać nam i kierowcy moment na rozważenie roli Przypadku i Konieczności w życiu. Z analizy wynika, że zderzenie jest nieuniknione, jednak detale tego, jak rozpryśnie się lakier, wciąż nie są zdeterminowane i zależą od ostatnich ruchów rąk, zaciśniętych panicznie na kierownicy, wciąż jeszcze ożywianych przez dzikie elektryczne wyładowania w jego mózgu.
I tutaj ma coś do powiedzenia prawdziwy fizyczny przypadek; kto wie, może któraś ważna kaskada elektryczna zostanie zainicjowana przez pojedynczy indeterministyczny przeskok elektronowy? A jednak, jak by nie liczyć, suma nieprzeliczonych miliardów takich przypadków musi dać zawsze ten sam wynik, tę samą katastrofę.
Ze względu na bezwładność świata owa odłożona w czasie konieczność bywa naprawdę mocno odroczona. Słynny oktet na Titanicu grał przez ładnych parę godzin. Niektórzy uważają, że do tej samej kategorii należy katastrofa klimatyczna, ponieważ globalną gospodarką manewruje się jeszcze bardziej opornie niż ważącym 46 tysięcy ton transatlantykiem. Szczegółowa historia najbliższych dekad jest nie do odgadnięcia, mówią owi fataliści, jednak przekroczyliśmy już „punkt bez powrotu”.
W największej skali do tej samej kategorii może też należeć śmierć cieplna wszechświata, czyli tak naprawdę suma logiczna wszystkich stygnących kubków z kawą w całym kosmosie, bez względu na to, czy nazwiemy je kubkami, czy gwiazdami. Wszystko kiedyś zastygnie w bezruchu – pozostaje tylko do ustalenia, w jakiej konkretnie pozycji.
Skąd się bierze Przeznaczenie
Można by tego typu konieczności dziejowe określić słowem „przeznaczenie”, ale czujemy podskórnie, że to trochę za mało. Nie ma nic interesującego w fakcie, że moneta zawsze spadnie, choćby nawet wynik rzutu był naprawdę losowy. Byłoby świetnie, gdyby w świecie istniała jakaś dodatkowa zasada organizująca, która wymusza pewne rozstrzygnięcia niejako ponad lokalnymi zależnościami przyczynowymi. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby owe rozstrzygnięcia miały też autentyczną moc organizującą, ściągając ku sobie aktywnie bieg zdarzeń z przyszłości.
Znamy z literatury i filozofii piękne ilustracje tego motywu, te jednak nieodmiennie przewidują miejsce dla sił spoza świata przyrody. W wierszu „Przestroga Lochiela” Thomasa Campbella przywódca wojskowy Jakobitów Donald Cameron z Lochiel rozmawia z czarownikiem przed bitwą pod Culloden. Ten wyjaśnia mu, że owa przegrana w przyszłości bitwa już teraz napiera na świat i mrocznie piętrzy się nad ich głowami. „Nadciągające zdarzenia rzucają za siebie swój cień. Powiadam ci, rozbrzmiewa echo zgrozy Culloden”, na próżno tłumaczy sceptycznemu Lochielowi.
C.S. Lewis, ten od Narnii, pisał w „Podziale ostatecznym”, że nasze przyszłe Zbawienie wpływa wstecznie na całe nasze życie. „Tego właśnie nie pojmują śmiertelni. O cierpieniu, które właśnie przeżywają, powiadają, że „»żadna przyszła błogość go nie wynagrodzi«, nie wiedząc, że Niebo, gdy już je osiągniemy, będzie działać wstecz i przemieni nawet agonię w chwałę”.
W obu przypadkach owa siła organizująca rzeczywistość wokół jej przyszłego, „już zapisanego” stanu jest pochodzenia ponadnaturalnego. Campbell i Lewis przeczuwali, że świat sam w sobie nie umie wpisać czegoś w swą własną odległą przyszłość, a następnie wstecznie ten fakt odczuwać. A może jednak?
Co teoria chaosu mówi o świecie, w którym żyjemy
Ciekawa i być może obiecująca idea „wyższej konieczności” istnieje w tzw. teorii chaosu deterministycznego, opisującej układy, w których maleńkie zaburzenia decydują w istotny sposób o losach całego układu. Podręcznikowy przykład to skrzydełka amazońskiego motyla, których trzepotanie wywołuje kaskadowo huragan w Teksasie – stąd „efekt motyla”. Matematycznie i fizycznie wydajemy się żyć w takim właśnie świecie. W oceanie chaosu istnieją jednak „stabilne punkty” albo powtarzające się wzorce. W slangu matematycznym pewien podzbiór możliwych stanów świata, do którego świat wydaje się uparcie dążyć, nazywa się atraktorem.
Aby pojąć to w sposób namacalny, nie ma lepszej metody niż zabawa kranem. Pomiędzy regularnym kapaniem pojedynczych kropel a solidnym strumieniem wody istnieje cały szereg interesujących stanów pośrednich. Przy odrobinie cierpliwości i zręczności kasiarza można czasem złowić stan prawdziwego matematycznego chaosu, gdy sekwencja pacnięć staje się hipnotycznie nieregularna. Dwa pacnięcia… ministrumyczek… trzy pacnięcia… dwa pacnięcia… krótszy ministrumyczek… pacnięcie… i tak dalej.
Nie ma superkomputera na świecie, który przewidzi zachowanie takiego kranu za minutę, a jednak w tej sekwencji uderzeń występuje pewien porządek wyższego rzędu. Można go opisać matematycznie – jeszcze dzisiaj ludzie doktoryzują się na kapiącym chaotycznie kranie – ale też poczuć zmysłem muzycznym. To coś istotnie innego niż samochód nieubłaganie frunący ku jesionowi; to raczej pewien sposób dziania się, który musi zostać zrealizowany, lub pewien stan, o który historia musi zahaczyć, bez względu na konkrety, tak czy inaczej.
Czy oznacza to, że właśnie odkryliśmy intuicje nadające się do stworzenia naukowej wersji przeznaczenia? Nie tak szybko. Nie chcemy być jednymi z tych, którzy stosują slang naukowy tylko do celów dekoracyjnych. Po pierwsze, nie każdy układ jest chaotyczny w sensie ścisłym i nie można tak po prostu określić jakiegoś stanu świata jako „atraktor”. To by było zwykłe nadużycie. Po drugie, w ścisłym sensie model ten nie ma ani grama przyczynowości wstecznej: przyszłość nie ściąga nas aktywnie ku sobie; to raczej teraźniejsze zdarzenia są zorganizowane na sposób, którego nie dostrzeżemy na poziomie szczegółu.
Kiedy świat nie wygląda przypadkowo
Nie wylejmy jednak z kąpielą ogólniejszej intuicji, którą ładnie symbolizuje pojęcie atraktora: że gdzieś w przyszłości ulokowana jest pewna „wyższa konieczność”. Świat wydaje się dopuszczać istnienie dowolnej liczby form porządku, których mapowanie idzie nam, ludziom, dość opornie – tym oporniej, im mniej są oczywiste. Rozumiemy nieźle, dlaczego jedna bila uderzająca w drugą nadaje jej taki, a nie inny pęd, jesteśmy jednak niemal bezradni, gdy przychodzi do przewidywania, jak z grubsza będzie wyglądał stół bilardowy po minucie, a pytanie, dlaczego właściwie doszło do rozegrania tej konkretnej partii i czy musiało do niej dojść, całkowicie obnaża naszą bezradność. Rozumiemy bardzo słabo krajobraz globalnych konieczności, a słowo „przypadek” to niewiele więcej niż listek figowy.
Rozejrzyjcie się – niemal każdy konkretny fakt otaczającego nas świata, od położenia książek zagracających moje biurko, po tożsamość osoby, z którą spędzam całe życie, nauka uznaje za „przypadek”. Może i tak być. Ale nie musi. Szczerze mówiąc, świat nie wygląda zbyt przypadkowo, gdy czyta się go zmysłem muzycznym. Najuczciwiej byłoby chyba powiedzieć, że po prostu nie wiemy, czy cokolwiek jest nam przeznaczone.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z 
- Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
- Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
- 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
Najniższa cena przed promocją 29,90 zł




















