Nowa fala polskiej animacji zaskakuje i zachwyca

Filmy młodych twórców animacji cieszą się zainteresowaniem międzynarodowej publiczności. Dlaczego tak mało o nich wiemy?
Czyta się kilka minut
To nie będzie film festowalowy, reż. Julia Orlik, 2022 r. // Materiały prasowe
To nie będzie film festiwalowy, reż. Julia Orlik, 2022 r. // Materiały prasowe

Przez wiele dekad film animowany był wizytówką polskiej kultury. Szlak dla autorskich projektów przetarli Jan Lenica i Walerian Borowczyk. Niepokorni eksperymentatorzy udowodnili potencjał kryjący się w rozlicznych technikach animacji, której kierunek w następnych latach wyznaczyli mistrzowie, tacy jak Witold Giersz, Daniel Szczechura i Stefan Schabenbeck. Nad Wisłą równocześnie chwytano się za bary z wycinankami, lalkami, rysunkami na kalce, a nawet malunkami na taśmie filmowej. 

Autorskie krótkie metraże pojawiały się na prestiżowych festiwalach, z kolei produkcje popularne i seriale dla dzieci stanowiły codzienność telewidzów tak w Polsce, jak i na świecie („Miś Uszatek” zwiedził pół globu: od Finlandii po Japonię). Rodzima animacja kwitła niemalże do końca lat 80. i dopiero wskutek urynkowienia kinematografii wytraciła pęd. Tę historię rekapitulowano nie raz.

Dużo trudniej znaleźć wzmianki o aktywności animatorów. Gdyby spróbować narysować krajobraz rodzimej animacji na podstawie doniesień z mediów mainstreamowych, można dojść do wniosku, że wyprodukowane po upadku komunizmu filmy animowane da się policzyć na palcach jednej ręki. Na pewno powstała „Katedra” (2002) i oczywiście „Twój Vincent” (2017), po drodze był jeszcze taki film jak „Piotruś i wilk” (2006), ale poza tym? 

Tam, gdzie wzrok Akademii Filmowej nie sięga, tam animacji się raczej nie tworzy... Ironizuję, ale o współczesnych artystycznych filmach animowanych mówi się niewiele. Tymczasem rodzimi twórcy i twórczynie, tacy jak Izabela Plucińska, Marta Pajek, Andrzej Jobczyk czy Tomasz Popakul, odnoszą międzynarodowe sukcesy, ich filmy zaś stanowią o jakości i sile polskiej kinematografii.

Gdzie oglądać polską animację

Połowę z dziesięciu najchętniej oglądanych tytułów w 2024 r. stanowią filmy animowane. Należą do nich głośne hollywoodzkie produkcje, takie jak disnejowskie „W głowie się nie mieści 2” i „Vaiana 2”, czy też kolejna część sagi o Minionkach. Także na Netfliksie trudno znaleźć tydzień, kiedy wśród najpopularniejszych wyborów zabrakłoby animacji. Nie jest więc tak, że nad Wisłą podchodzi się do wszystkiego, co nie jest filmem żywego planu, jak pies do jeża. Jednym z problemów, z którymi boryka się animacja artystyczna, jest po prostu utrudniona dystrybucja. 

W PRL-u dzieła przedstawicieli polskiej szkoły funkcjonowały w szerokim obiegu. Fantazyjne miniatury wyświetlano przed pełnometrażowymi filmami, dzięki czemu publiczność mimochodem zaznajamiała się z dorobkiem wytwórni w Bielsku-Białej, Łodzi, Warszawie, Krakowie i Poznaniu (niestety w nowej kapitalistycznej rzeczywistości miejsce tzw. dodatków zajęły reklamy i zapowiedzi). Taki stan rzeczy wpływa na rozpoznawalność rodzimej animacji autorskiej, która zdaniem Marty Świętek, koordynatorki projektu Polish Animations, dostrzegana jest przede wszystkim w kręgu festiwalowym, wśród ludzi interesujących się kulturą i filmem.

To właśnie zdobycie zainteresowania publiczności niefestiwalowej postawił sobie za cel Piotr Kardas – organizator Ogólnopolskiego Festiwalu Animacji O!PLA, który od lat niestrudzenie dociera z nową falą polskiej animacji do kin w całym kraju. Jak można przeczytać na stronie inicjatywy, jej celem jest odbudowa relacji między widzem a animacją autorską. O!PLA gości nie tylko w miastach, ale również w mniejszych miasteczkach i wsiach, skazanych na ograniczony dostęp do kultury. W 2025 r. Kardas zorganizował swój przegląd w stu czterech miejscowościach. 

Kina to jedno, a wspomniane już platformy streamingowe to drugie – coraz częściej widzowie stawiają przecież na kulturę on demand. W Polsce istnieją serwisy, takie jak Ninateka, Repozytorium Cyfrowe Filmoteki Narodowej i 35mm.online, gdzie udostępniana jest animacja autorska, lecz ich katalog ogranicza się do pozycji archiwalnych i klasycznych. Filmy nowej szkoły można co prawda znaleźć na kanałach społecznościowych szkół filmowych (problemem bywa wielkość bibliotek i częstotliwość ich uzupełniania), jak również na profilach studiów animacji. Szkopuł w tym, że nawet jeśli miniatury pojawiają się w sieci, mało kto się o tym dowiaduje.

Komunikacja, reż. Marta Magnuska, 2022 r. // materiały prasowe

Gdzie pokazać swoje animacje

Dominującym modelem rozpowszechniania animacji artystycznej w XXI w. pozostaje ścieżka festiwalowa. Z jednej strony wiąże się to z ryzykiem alienowania potencjalnych odbiorców, w szczególności osób o niższym kapitale kulturowym, z drugiej – festiwale nie bez kozery uznaje się za nieodzowny element przemysłu filmowego. Według Kardasa obecność na imprezach można traktować jako miarę sukcesu autorskich szortów. 

W końcu udział we wszelkich międzynarodowych konkursach nobilituje twórcę i jego dzieło, jak również zwiększa zainteresowanie mediów oraz potencjał promocyjny. Doskonale zdają sobie z tego sprawę członkowie Krakowskiej Fundacji Filmowej, którzy od lat odpowiadają za projekt Polish Animations.

– Naszym celem jest promocja polskich filmów animowanych. Przez nią rozumiemy naszą działalność dystrybucyjną, czyli zgłaszanie rodzimych produkcji na festiwale, celem zwiększenia ich rozpoznawalności na arenie międzynarodowej, jak również tworzenie bazy danych o filmach, ich sukcesach: selekcjach konkursowych i nagrodach – tłumaczy Marta Świętek. Wśród filmów reprezentowanych przez KFF powodzeniem na festiwalach cieszyły się między innymi „Zima” Tomasza Popakula i Kasumi Ozeki (nagrodzona choćby na czeskim Anifilm, fińskim Turku Animated Film Festival i japońskim New Chitose Airport International Animation Festival) oraz „Magda” Adeli Kaczmarek.

Mówiąc o obecności polskiej animacji na zagranicznych festiwalach, nie wypada pominąć wkładu Piotra Kardasa. Od ponad dekady w ramach projektu O!PLA Focus On Poland filmy laureatów ogólnopolskiego festiwalu pokazywane są na zaprzyjaźnionych imprezach zagranicznych. O!PLA pojawiła się w ponad dwustu miastach na sześciu kontynentach. 

– Pamiętam pokaz w Mediolanie, który rozpoczynał się po godzinie 22. Obawiałem się o frekwencję, tymczasem gdy wszedłem na salę, by zrobić wprowadzenie, zobaczyłem zapełnione rzędy. Sto pięćdziesiąt osób przyszło późnym wieczorem, aby zobaczyć krótkometrażowe animacje z Polski. Zostaliśmy ciepło przyjęci – mówi Kardas. 

Choć długo zagraniczna publiczność utożsamiała nadwiślańską kinematografię z dorobkiem Giersza i Szczechury, rozpoznawalność nowej szkoły stopniowo wzrasta. Do uznanych nazwisk, jak Pajek i Plucińska, dołączają kolejne twórczynie witane przez producentów festiwali z otwartymi rękami – na przykład Julia Orlik, Marta Magnuska i Barbara Rupik.

O ile małe, lokalne wydarzenia wciąż mogą być środkiem cementowania społeczności, kreowania wspólnoty gustów oraz, jakkolwiek ckliwie to nie zabrzmi, zachętą do szczerego zachwytu kinem, o tyle imprezy najwyższej rangi służą przede wszystkim za platformę sprzedażową. Festiwalom w Cannes i Berlinie rokrocznie towarzyszą targi – kolejno Marché du Film i European Film Market – ściągające rzesze producentów, agentów sprzedaży i dystrybutorów z całego świata. 

W dziedzinie animacji najważniejszą imprezą pozostaje jednak festiwal w Annecy i odbywający się równolegle International Animation Film Market, na którym Stowarzyszenie Producentów Polskiej Animacji od lat zaznacza swoją obecność. Co oczywiste, tego typu wydarzenia są doskonałą przestrzenią do networkingu, czyli zawierania branżowych znajomości.

– Byłam przekonana, że mój film zobaczą trzy osoby. Nie przypuszczałam, że udział w festiwalu może bezpośrednio wpłynąć na moją karierę, tymczasem po Annecy otrzymałam masę propozycji współpracy. Tam poznałam się z przedstawicielami Animoon, którzy dopiero co widzieli mój film. Podobnie było z Blink Industries, z którym współpracowałam przy szorcie dla Adult Swim [kultowym bloku programowym poświęconym animacji dla dorosłych – przyp. aut.] – wspomina Zofia Klamka, twórczyni „Sheep Out”.

Duszyczka, reż. Barbara Rupik, 2019 r. // materiały prasowe

Młodzi twórcy animacji. Kogo obserwować

W 2024 r. przebojowy utwór Klamki, zrealizowany w Pracowni Animacji warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i dystrybuowany festiwalowo przez KFF, znalazł się w konkursie filmów dyplomowych festiwalu w Annecy. Co ciekawe, nie był to jedyny polski film, który przykuł uwagę selekcjonerów, ponieważ w tej samej sekcji swoją etiudę „Show” zaprezentowała Jagoda Czarnowska z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Taka sytuacja to żaden precedens – animacje polskich studentek i studentów cieszą się dużym zainteresowaniem międzynarodowej publiczności.

Ostatnie miesiące upłynęły pod znakiem światowego tournée Barbary Rupik i jej poklatkowego majstersztyku „Takie cuda się zdarzają”, który rozbił bank na zagrzebskim Animafeście. To zresztą nie pierwszy sukces animatorki – w 2019 r. „Duszyczka” zdobyła trzecią nagrodę w konkursie Cinéfondation festiwalu w Cannes, z kolei trzy lata później jej animowane sekwencje wzbogaciły docenione przez krytykę „Silent Twins” Agnieszki Smoczyńskiej

Warto też wspomnieć o Maksie Rzontkowskim. Stworzona przezeń miniatura „Jak być męczennikiem” została okrzyknięta najlepszym filmem studenckim Ottawa International Animation Festival, najstarszego i zarazem najważniejszego wydarzenia poświęconego animacji w Ameryce Północnej. Stamtąd film powędrował na Sundance, gdzie odbyła się jego międzynarodowa premiera. Zaledwie tydzień temu film został doceniony przez legendę kina niezależnego Dona Hertzfeldta, który wprowadzi go do kin w ramach projektu Animation Mixtape. 

Listę sukcesów polskich studentek i studentów można by wydłużać bez końca. Trudno się dziwić, skoro obecnie niemal każda uczelnia artystyczna ma wydział animacji, na którym szkolą się tuziny utalentowanych plastyków i filmowców. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest olbrzymia popularność animacji wśród młodzieży.

– Pamiętam sytuację, gdy jedna z uczennic łódzkiego plastyka spytała mnie, czy może pokazać swoje prace, po czym otworzyła laptopa i wyświetliła filmy. Była dopiero w drugiej klasie liceum, ale jej zaangażowanie i poziom animacji zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Ta dziewczyna, jak wielu jej rówieśników, zaczynała samodzielnie, ucząc się w domu, korzystając z tutoriali w internecie. Dopiero później zaczęła szlifować warsztat w szkole. To pokazuje, że nawet wśród bardzo młodych artystów animacja budzi coraz większe zainteresowanie i staje się dla nich ważnym środkiem przekazu – mówi pomysłodawca O!PLA.

Nowa fala polskiej animacji: głosy kobiet

Utwory przedstawicieli polskiej szkoły animacji były niejednorodne zarówno pod względem treści, jak i formy. Łączyła je natomiast jedna (no może dwie, licząc powszechną niechęć do aparatu państwowego) rzecz – lwia część została stworzona przez mężczyzn. Nowa fala polskiej animacji niesie ze sobą wiele silnych kobiecych głosów. Zróżnicowanie punktów widzenia, ale też poszerzenie zbioru technik animacji o obrazy generowane komputerowo sprawiło, że nowej szkoły nie da się czytać w kontekście twórczości nestorów, lecz raczej należy traktować ją jako zjawisko osobne, wyrosłe na zgoła innym gruncie inspiracji. 

Ten formalno-gatunkowy patchwork nieustannie zaskakuje i zachwyca. W docenionym w Annecy za muzykę „Joko” Izabela Plucińska sięga po plastelinę, by za jej pomocą stworzyć makabreskę o konformizmie. Lalkowy „To nie będzie film festiwalowy” jest dla Julii Orlik autotematycznym zwierciadłem, w którym spogląda na swoją pełną wyrzeczeń pracę animatorki. Z kolei w „Zimie” Tomasz Popakul i Kasumi Ozeki, korzystając z wielorakich technik rysunku, kreślą porażającą wizję miasteczka na skraju obłędu.

Trudno syntetycznie opisać polską animację lat 20. XXI w. Między innymi dlatego ograniczyłem się do krótkometrażowych filmów autorskich. Nie wspomniałem o obsypanym Orłami i Złotymi Lwami pełnometrażowym dramacie psychologicznym „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego ani o dystrybuowanym w ponad stu krajach familijnym przeboju, „Smoku Diplodoku” Wojtka Wawszczyka. Pominąłem też seriale dla dzieci, których wyjątkowym reprezentantem jest opowieść o małej sówce „Odo”. A także niezliczonych animatorów i animatorki pracujące w gamedevie [przy tworzeniu gier wideo – red.]. 

Techniki animacji i jej przejawy w rodzimych mediach to materiał na niejedną monografię. Potrzeba by dziesiątek tekstów takich jak ten, aby satysfakcjonująco ubrać w słowa tak szeroko zakrojone zjawisko. Na początek zachęcamy do przyglądania się animacji częściej niż przy okazji oscarowych nominacji. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2025

W druku ukazał się pod tytułem: W głowie się nie mieści