„Nie ma żadnej drugiej strony” – mówi do swojego teścia Jurek, czyli wdowiec, który właśnie stracił jedyną córkę. Sędziwy Ben, pochodzący z Hongkongu i mieszkający od lat w Szkocji, przyjechał właśnie do Polski, żeby pożegnać wnuczkę, lecz chciałby zrobić to zgodnie z chińską tradycją. A polski zięć z początku przeciwstawia się temu, bo wiarę traktuje niczym zabobon i nie wierzy w moc religijnych rytuałów.
W filmie „Minghun” tytułowy obrzęd, będący jednocześnie zaślubinami i pogrzebem, ma być uznaniem, że śmierć wcale nie oznacza końca. Tylko, że do tego potrzeba dwojga, Jurek i Ben muszą więc znaleźć drugiego nieboszczyka, który w symboliczny sposób połączy się pośmiertnie ze zmarłą w wypadku dziewczyną.
- „MINGHUN” – reż. Jan P. Matuszyński. Prod. Polska 2024. Premiery CANAL+
Brzmi to trochę jak czarna komedia o poszukiwaniu odpowiedniego trupa, ale twórca filmu, Jan P. Matuszyński, rozpoczyna go obrazem ziemi spalonej i choć pokaże zaraz kilka radosnych chwil sprzed wypadku, rzadko będzie wychodził z tego mroku. To przede wszystkim historia o stracie i, co ciekawe, najlepiej opowiada ją milczenie i filmowa przestrzeń.
Zwłaszcza gdy kamera kontempluje pustkę – długich korytarzy, skasowanego auta na szrocie, wnętrza mieszkania, które urządzono z sercem i zapewne w zgodzie z feng shui, i które jeszcze przed chwilą świętowało hucznie Chiński Nowy Rok, a teraz zionie próżnią. Patrzymy na te głuche przestrzenie kamiennym wzrokiem Jurka, zaś grający go Marcin Dorociński świetnie wyraża całą jego szorstkość, milkliwość i zaciętość w swoim cierpieniu. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy aktor ten sprawdzi się za niedługo w roli nowego Wokulskiego, uspokajam: to jest już inny Dorociński, całkowicie niepodobny do tego z młodszych, łobuzersko-amanckich wcieleń.
Trzeba przyznać, że Matuszyński, wyśmienity reżyser znany z bardzo różnych tytułów filmowych („Ostatnia rodzina”, „Żeby nie było śladów”) czy serialowych („Wataha”, „Król”, „Przesmyk”), tym filmem mocno zaskoczył, wielu nawet rozczarował. Szkicowy, wykoncypowany scenariusz Grzegorza Łoszewskiego potraktował dosłownie i na chłodno, choć nie ukrywał, że praca nad „Minghunem” miała dla niego osobiste znaczenie (zadedykował go swemu ojcu).
Chwilami wyczuwa się na ekranie zbyt powierzchowny, zgoła telewizyjny sznyt, to znów aspiracje do kina wysokiego, „z duszą”. Stąd tyle tu rozmaitych metafizycznych dotknięć: przeznaczenia i cudownych zbiegów okoliczności, przeczuć i tajemniczych połączeń. Podobnie jak omawiane niedawno na tych łamach „Skrzyżowanie” Dominiki Montean-Pańków, twórcy składają wyraźny hołd Krzysztofowi Kieślowskiemu (kłania się fikcyjny kompozytor Van den Budenmayer) czy Andriejowi Tarkowskiemu (w kulminacyjnej scenie na plaży).
Czasem robią to z przymrużeniem oka, a wisielczy humor przywodzi skojarzenia z „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej. Nie wydobywa jednak „Minghun” całego absurdu z przedstawionej sytuacji i zbyt często przykrywa tajemnicę dosłownością. Krąży między rozdzierającym żałobnym trenem a suchą przypowieścią o życiu wiecznym.
Dlaczego więc, mimo tych wszystkich zastrzeżeń, polecam film Matuszyńskiego? Pokazuje bowiem, że czasami, w sytuacji krytycznej, w całkowitym osamotnieniu i w świecie coraz bardziej zeświecczonym, ów dystans spowodowany przez kulturową odmienność okazuje się jakoś pomocny. Koleżanka zajmująca się na co dzień psychoterapią zobaczyła w „Minghunie” ciekawą próbę przepracowania rozpaczy i bezsilności za pomocą narzędzi pozornie nieprzystających do naszego doświadczenia, do sklasyfikowanych etapów przeżywania żałoby czy do rodzaju duchowości.
Dlatego film ten przy całej swojej papierowej konstrukcji – sztucznej, prowizorycznej i jakże przy tym łatwopalnej – sam przypomina egzotyczną albo raczej transkulturową ceremonię, którą próbuje się powiedzieć coś, na co brakuje własnego języka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















