Dwa zamachy w odstępie niespełna siedmiu godzin – pierwszy 30 lipca wieczorem w Bejrucie na Fuada Szukrę, uważanego za szefa sztabu wojskowego Hezbollahu, a drugi już w nocy na Ismaila Hanijję, lidera skrzydła politycznego Hamasu, pchają Bliski Wschód w kierunku niekontrolowalnej eskalacji. Są częścią kolejnej wymiany ciosów między Izraelem i Iranem, a konkretnie – odpowiedzią na atak rakietowy Hezbollahu z 27 lipca, w którym zginęło dwanaścioro dzieci, bawiących się na boisku w Majdal Szams na Wzgórzach Golan. Trzy dni później Gabinet Bezpieczeństwa Izraela upoważnił władze do podjęcia wszelkich działań odwetowych, jakie uznają za stosowne.
Brawurowy atak
Zdecydowano się na tzw. targeted killing, co w wolnym tłumaczeniu oznacza celowane, precyzyjne zabójstwo z minimalną liczbą postronnych ofiar. Służby izraelskie sięgają po nie, ilekroć chcą wyeliminować najważniejszych wrogów. W ten sposób ginęli np. naukowcy zaangażowani w rozwój irańskiego programu jądrowego (w 2020 r.) czy założyciel i duchowy przywódca Hamasu, szejk Jassin (w 2004 r.), trafiony izraelską rakietą wystrzeloną ze śmigłowca, gdy wychodził z meczetu w Gazie. W podobny sposób pozbyto się Fuada Szukry – został trafiony pociskiem manewrującym w dzielnicy Dahijeh w Bejrucie, bastionie Hezbollahu. Miejsce zamachu jest tu kluczowe.
Jeszcze bardziej brawurowy okazał się atak w Teheranie. Tutaj agenci Mossadu przeprowadzili zamach w obiekcie należącym do Korpusu Strażników Rewolucji. Neshat to kompleks położony w zamożnej dzielnicy na północy Teheranu, gdzie irańskie służby organizują tajne narady i goszczą ważnych dygnitarzy, jak Ismail Hanijja. „The New York Times” donosi, że ładunek wybuchowy został przemycony tam już dwa miesiące wcześniej. Agenci Mossadu zdetonowali go zdalnie, po otrzymaniu potwierdzenia, że Hanijja przebywa w gościnnym apartamencie. Eksplozja uszkodziła część budynku, lecz nie sąsiedni pokój, w którym gościł przywódca Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, Ziad Nakhaleh.
Trzy opcje
Izraelczycy zdecydowali się na operację w Teheranie „z premedytacją”, o czym pisze dziennik „Jerusalem Post”, powołując się na źródła w tamtejszych służbach. Świadomi, że nie zostawiają Iranowi innego wyboru, aniżeli odwet. Teheran z kolei wie, że ten odwet powinien być bolesny, obnażający słabość Izraela, ale jednocześnie niepozwalający premierowi Netanjahu na eskalowanie wymiany ognia na granicy z Libanem do poziomu wojny regionalnej. Tej Teheran za wszelką cenę unika, ponieważ oznaczałaby przeniesienie działań wojennych na jego terytorium. A nie po to inwestował w system proxy, czyli ramię zbrojne w postaci libańskiego Hezbollahu, jemeńskich Hutich, szyickich milicji w Iraku czy – do pewnego stopnia – Hamasu w Gazie, by ryzykować otwartą wojnę z Izraelem.
Teheran ma niewątpliwie kilka opcji. Po pierwsze, przeprowadzić zmasowany atak rakietowy na podobieństwo tego, jakiego dokonał w nocy 14 kwietnia. Wystrzelił wówczas w kierunku Izraela setki rakiet i dronów w odpowiedzi na śmierć oficerów Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) podczas izraelskiego ataku na Damaszek. Operacja wyglądała spektakularnie, lecz ostatecznie nie spowodowała ofiar śmiertelnych, nie dała więc pretekstu do odwetu.
Po drugie, może zachęcić do ataku rakietowego swoich proxy. 1 sierpnia przywódca Hezbollahu, Hassan Nasrallah, zapowiedział, że Izrael przekroczył czerwoną linię, musi się więc spodziewać „wściekłości i zemsty na wszystkich frontach wspierających Gazę”.
Trzecią możliwością jest zamach na izraelskich sportowców biorących udział w Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu. Takiego scenariusza władze Izraela spodziewały się już wcześniej – sportowcy polecieli więc do Francji ze wzmocnioną ochroną Szin Bet, którą na miejscu wspierają koledzy z francuskich służb. Na razie zagrożenie sprowadza się do cyberataków oraz e-maili i telefonów z zaproszeniami na własne pogrzeby czy „obietnicy kolejnego Monachium”. Tytułem przypomnienia – w 1972 r. członkowie palestyńskiego Czarnego Września zaatakowali izraelskich sportowców podczas igrzysk w Niemczech, zabijając 11 z nich.
Dyplomatyczna gorączka
Oczywiście najbardziej niebezpieczny scenariusz to wymknięcie się sytuacji spod kontroli i wciągnięcie Amerykanów do wojny. 1 sierpnia Joe Biden rozmawiał o tym telefonicznie z Beniaminem Netanjahu. Biały Dom poinformował, że obaj przywódcy omawiali działania mające obronić Izrael przed atakiem Iranu i jego sojuszników. Głównie chodzi o atak rakietami balistycznymi i dronami, którego – jak donosił CNN – Pentagon spodziewał się wówczas w ciągu najbliższych 72 godzin, zbliżony pod względem siły rażenia do ataku kwietniowego. Z tą różnicą, że tym razem mógłby do niego przyłączyć się także Hezbollah, który wiosną powstrzymał się od zmasowanego ostrzału. Waszyngton obawiał się również, że tym razem trudniej będzie zebrać szeroką koalicję do odparcia irańskiego uderzenia. Wtedy sprawa była prostsza, bo Izrael wyeliminował irańskiego generała, a nie szefa palestyńskiej frakcji. Udało się więc nakłonić do wspólnej akcji m.in. Jordanię i Arabię Saudyjską.
Napięcie rośnie z godziny na godzinę, o czym świadczą intensywne konsultacje wszystkich ze wszystkimi. P.o. ministra spraw zagranicznych Iranu, Ali Bagheri Kani, w rozmowie z szefem rosyjskiej dyplomacji Siergiejem Ławrowem, stwierdził, że Izrael „przekroczył czerwoną linię” i Teheran skorzysta z prawa do obrony. Z kolei Rosjanie poinformowali, że 7 sierpnia odbędzie się nadzwyczajne spotkanie Rady Bezpieczeństwa w tej sprawie. Wystąpił o nie Iran, z poparciem Rosji, Chin i Algierii. Liban, który w tej sytuacji traci najwięcej, zabiega w Waszyngtonie, Paryżu i stolicach krajów arabskich o deeskalację konfliktu. A dyplomacja europejska naciska na Teheran, by ograniczył się wyłącznie do reakcji symbolicznej.
Dobry i zły negocjator
Nie tylko Liban będzie ofiarą tej eskalacji. Także izraelscy zakładnicy w Gazie. „Izrael postanowił zniweczyć całą pracę, jaką wykonał Egipt, Katar i Stany Zjednoczone, by doprowadzić do porozumienia, zawieszenia broni, uwolnienia zakładników i więźniów” – oświadczył na konferencji prasowej szef jordańskiej dyplomacji, Ayman Safadi. Zamordowany Ismail Hanijja negocjował umowę w sprawie wymiany zakładników. „Jak to jest, do cholery, że kraj, który chce zawrzeć umowę, zabija głównego negocjatora?” – pytał królewski dyplomata.
Odpowiedź sugeruje dziennik „Haaretz”, informując, że rola Hanijji w procesie rokowań była ograniczona, co okazało się już w pierwszych miesiącach negocjacji. Kluczową postacią stał się Yahya Sinwar, przywódca Hamasu w Gazie. Izraelczycy, za pośrednictwem Amerykanów i Katarczyków, zdecydowali się wywrzeć na niego presję groźbami wydalenia z Kataru emigracyjnych przywódców Hamasu. Szybko okazało się – pisze „Haaretz” – że nie zrobiło to na Sinwarze wrażenia. Co gorsza, w marcu doszło do ostrego sporu między oboma przywódcami Hamasu w kwestii zawieszenia broni. Hanijja zażądał, by Sinwar zgodził się na sześciotygodniowy rozejm, podczas gdy przywódca z Gazy nalegał na całkowite zakończenie wojny. Teraz więc przy stole negocjacyjnym pozostał tylko Sinwar – z czego płynie ostrożny optymizm co do kontynuowania rozmów. Choć pesymiści przypominają, że w parze Sinwar–Hanijja to jednak ten ostatni uważany był za pragmatyka.
Twarz premiera
Obrazu dopełnia Beniamin Netanjahu, który przez ostatnie pół roku, bo tyle trwają negocjacje w sprawie wymiany zakładników, nie pomagał, a wręcz je udaremniał. Premier Izraela bał się, że za sprawą zakładników wróci na agendę kwestia przyszłości Gazy i państwa palestyńskiego. A to jest nieakceptowalne dla jego koalicjantów, czyli prawicowych ekstremistów z koalicji Religijnych Syjonistów, którzy grożą obaleniem rządu, jeśli „Bibi” zgodzi się na porozumienie z terrorystami. Oznaczałoby to przyspieszone wybory, a tych Netanjahu najprawdopodobniej by nie wygrał. Według sondażu Kanału 12 z połowy lipca br. 72 proc. Izraelczyków uważa, że powinien ustąpić, bo odpowiada za katastrofę 7 października.
Jedynym wyjściem, jakie ma Netanjahu, jest gra na czas i przeciąganie wojny, nawet kosztem życia zakładników, krytyki Izraela na arenie międzynarodowej czy otwierania kolejnych frontów – by odczarować wizerunek odpowiedzialnego za katastrofę 7 października i wyjść na zwycięzcę w wojnie z terroryzmem i Iranem.
Tekst ukończono 2 sierpnia.
Agnieszka Bryc jest adiunktką na Wydziale Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i przewodniczącą Rady Ośrodka Studiów Wschodnich. Specjalizuje się w problematyce polityki współczesnej Rosji i Izraela.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















