Ostatnie miesiące są nieustannym testowaniem ze strony Tel Awiwu kolejnych granic: wobec Hamasu w Strefie Gazy, wobec Hezbollahu i Iranu, a także wobec arabskich autokracji (obojętnych zazwyczaj na los Palestyńczyków), a także wobec własnych sojuszników, również tych najbliższych, jak Stany Zjednoczone.
Jak podaje dziennik „New York Times”, Biały Dom jest wściekły na Binjamina Netanjahu, że – bombardując w miniony piątek 27 września podziemną kwaterę Hezbollahu w Bejrucie i zabijając jego przywódcę Hassana Nasrallaha – po raz kolejny podjął na własną rękę działania mogące rozpalić cały region. Zdaniem dziennikarzy „NYT” premier Izraela zdecydował o ataku na Nasrallaha, monitorowanego od pewnego czasu, gdyż obawiano się nagłej zmiany miejsca jego pobytu w Bejrucie oraz tego, że władze USA mogą opóźnić akcję swoimi protestami.
Tel Awiw powtórzył tym samym swój manewr z 1 kwietnia, kiedy – nie informując Waszyngtonu – przeprowadził nalot na irański konsulat w Damaszku. Zginął w nim jeden z dowódców elitarnej irańskiej jednostki Al-Kuds. Do podobnego zdarzenia doszło też w lipcu, kiedy w zamachu w Teheranie zginął jeden z przywódców Hamasu, który przybył tam na uroczystość zaprzysiężenia nowego irańskiego prezydenta Masouda Pezeshkiana.
Izrael balansuje nad przepaścią, ale na razie mu się to udaje
Ta sekwencja zdarzeń, wraz z regularnym dewastowaniem Strefy Gazy oraz coraz intensywniejszymi nalotami na południe Libanu, gdzie rządzi Hezbollah, to stąpanie po cienkiej linie, coraz bardziej przerażające dla Waszyngtonu i większości stolic europejskich.
Trzeba jednak przyznać, że jak na razie ten balans nad przepaścią udaje się Izraelczykom. A Iran przeprowadził demonstrację siły tylko po kwietniowej akcji w Damaszku, wysyłając na Izrael 330 rakiet i dronów – po raz pierwszy w historii bezpośrednio ze swojego terytorium. Gest był mocny, ale miał wyłącznie medialne znaczenie. Tel Awiw mógł pokazać skuteczność Żelaznej Kopuły, swojego systemu przeciwrakietowego, a Teheran mógł grozić, że następnym razem rakiet będą nie setki, lecz tysiące.

Zabójstwo Nasrallaha i ważnych generałów (także z Iranu) oraz działaczy Hezbollahu to przesunięcie kolejnej granicy. Netanjahu i jego wojskowi zakładają, że zarówno irański przywódca Ali Chamenei (po zabójstwie Nasrallaha został ponoć przez swoją gwardię przeniesiony w bezpieczne miejsce), jak też irańska armia zdają sobie sprawę ze swoich technologicznych niedostatków i przewagi Izraela w powietrzu. Poza tym nawet oburzony Waszyngton nadal pozostanie niezłomnym sojusznikiem państwa żydowskiego. Iran, choć to potęga regionalna, nie zdecyduje się raczej na otwartą wojnę. Na razie ogłosił pięć dni żałoby po „męczenniku” z Libanu.
Zdezorganizowany Hezbollah nie jest w stanie przeprowadzić odwetu
Zanim doszło do zabójstwa Nasrallaha, izraelskie służby przeprowadziły misterną operację, zwieńczoną 14 września wybuchem baterii w tysiącach pagerów, używanych (między innymi, bo było też wiele ofiar cywilnych) przez członków Hezbollahu do umawiania spotkań, tak by unikać podsłuchów. Dziewięć osób zginęło, ponad 3 tys. odniosło rany. Następnego dnia wybuchły krótkofalówki (zabijając 25 osób), także używane do bezpiecznej komunikacji.
Akcje te pokazały niezwykłe zdolności wywiadowcze Izraela oraz czasowo ogłuszyły i oślepiły Hezbollah – dzięki temu podjęto zapewne decyzję o dacie eliminacji Nasrallaha. Wiadomo było, że zdezorganizowany i zszokowany Hezbollah nie będzie w stanie przeprowadzić znaczącego odwetu.
Netanjahu sądzi, że w konflikcie z Iranem da sobie radę
Pasmo porażek tego ugrupowania, które pod rządami Nasrallaha przerodziło się z partyzantki (uznawanej przez Zachód za terrorystyczną) w ruch polityczny, mocno osadzony w biedniejszych społecznościach Libanu, każe rzucić nowe światło na faktyczną siłę szyickiego Hezbollahu.
Dotąd uważano, że jest to podmiot wielokrotnie przewyższający swymi zdolnościami palestyński Hamas i stanowiący wręcz regularną armię, dobrze wyszkoloną przez generałów z Iranu i wyposażoną w ponad 100 tys. rakiet. Biorąc te fakty pod uwagę, mało kto spodziewał się, że Izrael, prowadzący wojnę w Gazie, będzie w stanie otworzyć drugi front na północy, nie mając na to zgody najważniejszego sojusznika i jednocześnie czując zagrożenie z Teheranu. Jednak Netanjahu zdaje się sądzić, że w konflikcie z Iranem da sobie radę, a islamska republika nie znajdzie nikogo gotowego w aktywny sposób jej bronić.
Konflikt w Gazie i Libanie wciąż ma lokalny charakter
Świat nie zajął zdecydowanego stanowiska wobec wojny w Gazie, będącej zemstą za krwawy najazd Hamasu na żydowskie osady jesienią 2023 r. Tymczasem działania Izraela zmierzają do ostatecznej rozprawy z Gazą: w ich trakcie zginęło już ok. 40 tys. Palestyńczyków, a jeszcze trzy miesiące temu naliczono ponad 360 tys. zniszczonych lub uszkodzonych budynków, co stanowi ponad 50 proc. posesji w Strefie Gazy. Wygląda na to, że teren ten przez wiele lat nie będzie nadawać się do zamieszkania, tworząc „bezpieczną” strefę przy granicy izraelskiej – a dwa miliony ludzi, którzy stracili dachy nad głową, mogą ruszyć do Europy, pogłębiając kryzys migracyjny.
Liczba niewiadomych i możliwych scenariuszy jest zbyt duża, by pokusić się o jakąś prognozę. Dziś konflikt w Gazie i Libanie, choć budzący na całym świecie frustrację, idzie wedle scenariusza izraelskiego i ma wciąż lokalny charakter. Jeśli nastąpi eskalacja i wejście do gry Iranu, nie sposób niczego przewidzieć, zwłaszcza cen ropy. Jedno jest chyba pewne: beneficjentem byłaby Moskwa, licząca, że Waszyngton zapomni wtedy o Kijowie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















