Zamknięty kraj

Znalazłem ostatnie wydanie przewodnika po Syrii, a między jego stronami wizytówkę: Muhammad i synowie, handel ogólny, suk w Aleppo. Pamiętam faceta jak przez mgłę.

16.01.2024

Czyta się kilka minut

Eufrat w mieście Dajr az-Zaur, październik 2010 r. // Fot. Adam Robiński
Eufrat w mieście Dajr az-Zaur, październik 2010 r. // Fot. Adam Robiński

W kawalerskich czasach takie decyzje podejmowało się spontanicznie. „Tani Bejrut, powrót z Ammanu”, napisała koleżanka. Pół godziny później mieliśmy już bilety. Plan narzucał się sam: żeby przedostać się z jednej stolicy do drugiej, trzeba było przejechać przez Syrię. Zobaczyć Damaszek, pokręcić się po Aleppo, przejechać przez Pustynię Syryjską jak najbliżej wschodniej granicy. Pierwszy raz pojawiła się w mojej głowie w zupełnie innym zakątku świata. Pociąg między Jaipurem a New Delhi był, jak wszystko w Indiach, zatłoczony, a ja wypytywałem poznanego tam plecakowicza o kraj, w którym ów natłok nie byłby tak dojmujący.

– Musisz pojechać do Syrii – powiedział. – Tam są najbardziej przyjaźni ludzie na świecie.

Ale wcale nie było tak, że stała się podróżniczą obsesją. Jak Mjanma, do której podróż planowałem chyba pięć lat i wskutek zupełnego przypadku na lotnisku w Yangonie minąłem się potem z Barackiem Obamą. Na Bliskim Wschodzie najbardziej fascynowała mnie chyba geografia. Granice państwowe wyrysowane od linijki. Tak czy inaczej, wizytę w ambasadzie syryjskiej na Starym Mokotowie pamiętam kiepsko. Przede wszystkim miłą urzędniczkę i portret Baszszara al-Asada na ścianie, który przyglądał się formalnościom. Wnioskowanie o wizę nie wiązało się z krztyną emocji. Axis of evil, pojęcie osi zła, do której amerykańska administracja Busha juniora zaliczała Syrię, brzmiało w tym kontekście raczej groteskowo.

Było nas troje i lecieliśmy przez Rygę. W jednej chwili ponura jesień w sennym poradzieckim mieście, w drugiej środek rozgorączkowanej bejruckiej nocy. Pamiętam myśl, że gdzie nie spojrzę z okien taksówki, tam hulanki i swawole. Kluby i tańce. I ruch samochodowy jak za dnia. Jakby to miasto było jedną wielką imprezą bez konkretnej okazji.

Kilka tygodni później rozpoczęła się Arabska Wiosna Ludów. Wybuchła w Tunezji i rozlała się na cały region. W Syrii przybrała oblicze powstania, które zostało brutalnie spacyfikowane. Aż zamieniło się w wojnę domową. Czy wtedy, w 2010 r., to wszystko wisiało w powietrzu? Na pewno, rewolucje nie spadają przecież z nieba. Tylko że ja nie miałem kompetencji, by spojrzeć za horyzont.

Ilustracja Sarwat Matuk z książki Andrzeja Muszyńskiego „Koncertina”, Wydawnictwo Cyranka, 2023 // Materiały prasowe

Wrogościnność

Przypomniało mi się to wszystko podczas lektury „Koncertiny” Andrzeja Muszyńskiego, pięknie zilustrowanej przez jego syryjską przyjaciółkę Sarwat Matuk. Muszyński nie pojechał do Syrii, choć marzył o tym o wiele mocniej ode mnie. Jego wizyta w ambasadzie tego kraju była równie uprzejma. Szczegółowo opisał cel swojej podróży, ale jego wniosek o wydanie wizy wjazdowej został odrzucony. To już była inna Syria niż w 2010 r. Próbował jeszcze parokrotnie, różnymi kanałami.

Od pewnego Włocha kupił namiar do pośredniczki z Damaszku, która miała pomóc: „Otrzymałem od niej informację, że od 2018 r., co było dla niej ogromnym zaskoczeniem, znajduję się na czarnej liście rządu syryjskiego, a przyczyny takiego stanu rzeczy nie są znane. Mam zakaz wjazdu do Syrii i kropka, persona non grata. Zniesienie tego typu statusu jest w praktyce niemożliwe. Kiedy odczytałem tę wiadomość – siedząc w aucie – zobaczyłem w wyobraźni palec. Gruby męski palec. Palce dłoni, które klikają w klawiatury komputerów, decydując o wolności ludzi. Siedziałem na parkingu w dużym mieście, mijały mnie setki ludzi, a więcej łączyło z anonimowym Syryjczykiem w służbie Al-Asada, który miał nade mną władzę”.

Sarwat Matuk // materiały prasowe

Książka Muszyńskiego nie jest literackim substytutem nieodbytej podróży. Spoiwem narracji jest tu opowieść o spotkaniu z drugim człowiekiem. To, że do niego doszło, zdaje się czystym przypadkiem. On i Sarwat wzrastali w dwóch osobnych światach. Ich zestawienie – przaśna polska wieś i dobra damasceńska dzielnica zamieszkana przez klasę średnią – każe myśleć o uprzywilejowaniu. On siedzi w papciach w ciemnym wiejskim domu i wertując atlas geograficzny snuje marzenia o podróżach. W tym czasie Matukowie – Sarwat i jej młodszy brat Talal – jeżdżą z rodzicami do Turcji. Przy czym, jak zauważa Muszyński, nie wszyscy Syryjczycy mogą sobie na to pozwolić. Na początku XXI wieku Syria dopiero się rozwija. Powstają kafejki internetowe, działalność inauguruje giełda. Na pokładach międzymiastowych autokarów serwowane są darmowe czekoladki. W tle lecą filmy na DVD. Baszszar al-Asad, który jeszcze niedawno kształcił się w Londynie na okulistę, udaje światłego przywódcę.

Kiedy Sarwat i Talal Matukowie poznają Muszyńskiego, wszystko jest już na opak. Po wielu dniach spędzonych w lesie na polsko-białoruskiej granicy, dzięki pomocy udzielonej przez mieszkanki Podlasia, trafiają do ośrodka dla uchodźców. Nigdy by się nimi nie stali, gdyby nie wojna i związany z nią terror. Nigdy by nie wyjechali, gdyby pod ich domem wciąż nie wybuchały granaty. Ileż można to wytrzymywać? Jak w takim świecie żyć? Jak wykonywać proste codzienne czynności, snuć i realizować plany?

Dla Talala czara goryczy przelała się, gdy policja uszkodziła jego zaparkowany pod pracą samochód. Wyszedł na ulicę, chciał się dogadać, ale zamiast przeprosić, władza wolała go upokorzyć. Powalić na ziemię i zgnoić. W Syrii, do której nie udaje się Muszyńskiemu pojechać, ludzie są „obżarci widokiem krwi, ściętych głów”. „Naród jest chory, zniszczony wojną. Zombie, nie ludzie”. A więc ucieczka. Samolot do Mińska, zakupy w sklepie turystycznym, a potem marsz przez zieloną granicę. Koncertina, białoruskie wojsko, polska straż graniczna.

Historie z przygranicznej strefy zamkniętej brzmią jednorodnie. Są w nich push-backi, przerażenie i dehumanizacja. Wreszcie połączony z uporem łut szczęścia, pomocna dłoń i Polak, który daje coś więcej niż tylko koc termiczny i jedzenie. Tradycyjna relacja przybysza i gospodarza, o której mówi okładkowa nota „Koncertiny”, jest obustronna. Ten ostatni jest ciekawy gościa i jego świata. Jednocześnie stara się zrozumieć własnych rodaków, którzy na migrantów reagują odwrotnie: niechęcią, lękiem i nienawiścią. To wszystko mieści się w terminie „wrogościnność”, tak zręcznie utkanym swego czasu przez aktywistów ze szczecińskiego Teatru KANA. Wrogościnność, czyli wszystko naraz. W wywiadach Muszyński przekonuje, że o osobach z doświadczeniem uchodźczym mówimy dziś głównie językiem postulatu. Przekonujemy się wzajemnie, co trzeba robić, a czego nam nie wolno. Za to nijak nie próbujemy ich sobie opowiedzieć. Tymczasem nie da się sformatować pod nasze wzorce kulturowe ludzi, którzy wzrośli w zupełnie innym miejscu. Nawet jeśli stają się dla nas bratnimi duszami.

Centrum miasta Hama, październik 2010 r. // Fot. Adam Robiński

Okładka z wielbłądem

– Wie pan, za mojego życia kraje zamykały się i otwierały – powiedział mi swego czasu w wywiadzie brytyjski podróżnik i pisarz Colin Thubron. – Przykładów jest wiele. Kiedyś nie było problemu, żeby wyjechać do Afganistanu, potem stało się to niemożliwe. Za pana życia będzie podobnie.

Thubron debiutował książką o Syrii. Wydana w 1967 r. „Mirror to Damascus” była efektem typowo brytyjskiej, jak sam przyznał, dość naiwnej fascynacji Orientem. Pół wieku temu nieduże miasto (dziś stolica Syrii jest większa od Warszawy) wydawało mu się do ogarnięcia wyobraźnią i warsztatem początkującego autora. Książka okazała się sukcesem i może dlatego kilka lat temu Thubronowi udało się do Damaszku wrócić. Dostał parodniową wizę. Sytuacja w mieście wciąż była niepewna. Stare Miasto znajdowało się w rękach sił rządowych, ale rebelianci kontrolowali przedmieścia. Thubron zobaczył, że mimo działań wojennych wiele zabytków udało się uratować. Za to z ludzi, z którymi rozmawiał pół wieku wcześniej, ostała się tylko głęboko straumatyzowana przeżyciami ostatnich lat kobieta. Siedziała zamknięta na cztery spusty we własnym mieszkaniu. Reszta zginęła lub uciekła.

Muszyński twierdzi, że Syria nie stała się jego fiksacją. Co innego obsesyjne przeświadczenie, że zrodzony w wyobraźni świat istnieje jako realny, co innego „skromne pragnienie, by wejść na dach kamienicy w Aleppo i posłuchać muezzina nad miastem w zgliszczach niczym Warszawa po powstaniu w 1944 roku”. Albo dyskretna chęć, by chodzić po nim „z ostatnim wydaniem przewodnika Lonely Planet po Syrii z 2008 roku i sprawdzać, co zostało z modnych hosteli, knajp i muzeów. Pomilczeć, oddać hołd żywym i straconym”.

Ostatnie wydanie przewodnika Lonely Planet z 2008 r. ma niebieską okładkę z wielbłądem i ruinami Palmyry w tle. Za sprawą uzdy z kolorowymi frędzlami dostojne zwykle zwierzę przypomina choinkę. Na prawie 450 stronach Syrię zbratano w przewodniku z o wiele mniejszym Libanem. To nie jest gruby tom, słynne amerykańskie wydawnictwo zwykle opisuje kraje o wiele dokładniej. Ale muszę się nim zadowolić, bo w czasie tamtego wyjazdu w 2010 r. nie robiłem żadnych notatek. Pracowałem już co prawda w mediach, ale leciałem na urlop, a nie po tematy. Zamiast dziennika mam więc świstki. Kwit z banku z 8 października, 50 dolarów wymienione na ponad dwa tysiące dwieście syryjskich funtów. Albo Muzeum Historyczne w Damaszku, oddział w Palmyrze, bilet drugiej klasy, cena 75 funtów. Rachunek z restauracji, na którym kelner nabazgrał słonecznik. Wizytówka: „Muhammad i synowie, handel ogólny, suk w Aleppo”.

XIV-wieczna al-Madina, trzynaście kilometrów wąskich, zadaszonych alejek ze straganami. Podobno największy taki bazar na świecie. Wspomnienie związane z wizytówką jest zmysłowe: gwar, barwy jak we wzorniku farb, aromaty zagnieżdżające się w nosie niczym jaskółki. Długie snopy światła wpadające przez świetliki w suficie. Tułam się tam godzinę albo dwie, brakuje mi śmiałości, nie umiem się targować, a przecież nie mogę wyjść z pustymi rękami. Nie pamiętam twarzy sprzedawcy, tylko sylwetkę. W typie jowialny grubas, przebojowy, sadza mnie na dywanie i zaczyna swój monolog. Kefija to po naszemu arafatka, czyli tradycyjna arabska chusta, noszona zwykle na głowie. Pokazuje trzy różne. Ta z lewej jest poor quality, tłumaczy, środkowa good quality and good price, za to trzecia to już najwyższa półka. Skoro tak stawia sprawę, to jakby decyzję podjął za mnie.

Mam tę kefiję do dziś, nosiłem ją przez długie lata zamiast szalika. Czarny wzór zgubił z czasem nitkę albo dwie. Za to nic tak nie podbudowywało ego, jak wyraz twarzy obwoźnego handlarza w Kairze pod piramidami, który na jej widok rezygnował z wciskania mi swojego towaru. I z wyraźną zazdrością pytał, skąd ją wziąłem. Mam takie zdjęcie – stoję w tej mojej kefiji na poboczu drogi, dumny, pod rozpiętym jak tęcza drogowskazem. W tle pustynia. Z jednej strony na Damaszek, z drugiej na Irak.

Sklep na Starym Mieście w Damaszku, październik 2010 r. // Fot. Adam Robiński

Przyjazny dach

Ale zanim trafiliśmy do Aleppo, zatrzymaliśmy się w Damaszku. Klasyk: taksówkarz z Bejrutu wysadził nas na zapyziałym podmiejskim dworcu i powiedział, że to centrum miasta. Łaziliśmy w tumanach kurzu, autobusy przyjeżdżały i odjeżdżały jeden za drugim, a my próbowaliśmy znaleźć pomiędzy nimi kogoś, kto zna angielski. Właściwie wszyscy chcieli pomóc, tylko nikt nie potrafił. Chcieliśmy wziąć taksówkę do centrum, ale taką, która po drodze zatrzyma się przy (jedynym? jednym z paru w mieście?) bankomacie. I weź to wytłumacz na migi. Kierowcy szukało nam w końcu chyba pół dworca, a jak już się znalazł, to zawiózł dokładnie tam, gdzie trzeba.

O hotelu Ghazal Lonely Planet pisze: prowadzona przez trzech przyjaznych braci, niedroga, choć raczej nietypowa noclegownia w popularnej dzielnicy. Nie mogę pamiętać pokoi, bo spaliśmy na dachu. W takim mieście jak Damaszek nie da się chyba lepiej niż na dachu. Nagła myśl: czy ten dach jeszcze istnieje? Odpalam mapy Google, wpisuję adres, przewijam, szukam. Widzę szeroką, wielojezdniową ulicę, nad którą przechodziło się po kładce w stronę Meczetu Umajjadów. I prostokątny, niczym się nie wyróżniający, ale w mojej pamięci wyjątkowo przyjazny dach. Z tamtego pierwszego wieczoru inne wspomnienie wysuwa się na pierwszy plan. Uliczki Starego Miasta są wąskie, wiaty sklepów obwieszone siatkami pełnymi cytrusów. Plastikowe stoły i krzesła kiwają się na bruku. Hałaśliwa kolejka do stoiska z hummusem. Na kamiennym, nieregularnym murze wisi ogromny telewizor. Pokazują mecz, chyba Serie A, bo – dziwne, że akurat to mi zostało w głowie – gra Juventus.

W folderze ze zdjęciami z tamtego wyjazdu mam głównie pustynię, zabytki i wszechobecne portrety al-Asada. Mówiliśmy o nim „kierownik”, żartobliwie, zupełnie nieświadomi piekła, które za jakiś czas miał zgotować rodakom. Ale mam też wnętrza domów. Bo zwykle było tak, że wystarczyło kogoś spytać o drogę, by pół godziny później siedzieć u niego na herbacie. Facet z Damaszku parzył ją na gazowej butli. Pokazywał pocztówki z całego świata i prosił, by napisać do niego z Warszawy. Pod ścianą piętrzyły się plastikowe butelki z wodą. Na kamiennej ścianie wisiały podarte anonse koncertów. Gospodarz też musiał być muzykiem, skoro jeden po drugim wyciągał instrumenty. Tłumaczył, że arabska lutnia nazywa się ud. Inny człowiek, w Hamie, też zgarnął nas z ulicy. Umówiliśmy się na wieczorne zwiedzanie miasta. Zaprosił do restauracji i sporo pytał. Śmialiśmy się potem, że to pewnie agent kierownika i że właśnie zakłada nam teczki.

Jedna z bram Starego Miasta w Damaszku, październik 2010 r. // Fot. Adam Robiński

Stopem do granicy

Nasz plan był brawurowy – chcieliśmy z Aleppo złapać stopa w stronę irackiej granicy. Przejechać pustynię i zobaczyć Eufrat. Hotelarz zapisał dwie kartki. Pierwszą, dla taksówkarza, z prośbą o wywiezienie nas na wylotówkę. Na drugiej była nazwa miasta docelowego: Dajr az-Zaur. Staliśmy jak kołki na poboczu, a oni zatrzymywali się jeden po drugim i proponowali podwózkę na dworzec. Tłumaczyli, że do Dajr co chwilę jedzie autobus. Dopytywali, czy to kwestia pieniędzy. Paru wciskało nam kasę na bilet. Patrol policji chciał nas radiowozem podstawić prosto na peron. Trudno było wytłumaczyć tę przedziwną turystyczną zachciankę – że to wszystko dla przygody.

W końcu, pod chyba dwóch albo trzech godzinach, zabrał nas Beduin w rozklekotanym mercedesie. Nie mówił po angielsku, więc nie byliśmy pewni, dokąd jedziemy. Ale kierunki się zgadzały. Wysadził nas na wjeździe do Rakki. Koło szkoły, bo chwilę później z pobliskiego budynku wylało się morze rozentuzjazmowanych dzieciaków. Fajne, rozchełstane smyki, które ćwiczyły na nas swój angielski. Where are you from? Do you like football? Kiepsko się gra w piłkę w sandałach, ale w takim gronie to sama radość. Więc kopaliśmy, wzniecając kotłowaninę kurzu, i udając, że wciąż chcemy złapać stopa do Dajr. Żałuję, że nie zrobiłem wtedy żadnego zdjęcia. Pamiętam też, że człowiek, który nas w końcu zabrał w dalszą drogę, wyglądał na przestraszonego. Za oknem wielkie nic, pustynia, geografia i metafizyka, więc wyciągam aparat, a on wpada w panikę. Być może to był najbardziej klarowny obraz terroru, w jakim funkcjonowali Syryjczycy między nie-wojną a wojną.

Hotel w Dajr nazywał się „Al-Dżamija al-Arabija”. Liga Arabska. Recepcjonista wymawiał te słowa starannie, z niemal oksfordzkim akcentem. Za to pokój był rodem z koszmaru. Odrapane ściany, chwiejne łóżka, okna zabite dyktą. Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na miasto. Pamiętam, że tam pierwszy raz poczułem się nieswojo. W Dejr nie było żadnych innych turystów. Pokazywali nas palcami, a kumpel klął pod nosem, że wszyscy dookoła gapią się na jego żonę. Przestraszeni chyba trochę na wyrost zwialiśmy nad rzekę. Eufrat był cholernie szeroki i zdecydowanie zasługiwał na swą dumną nazwę. Z wiszącej nad nurtem kładki obserwowaliśmy pływające żółwie gatunku Rafetus euphraticus. Trzech łebków na jednym rowerze gapiło się z kolei na nas. Jak już się ośmielili, to zaczęli pozować. Roześmiane dzieciaki w koszulkach z Myszką Miki i Eufratem w tle. Ich mam na zdjęciu. Choć dziś częściej myślę o tej bandzie uczniów z Rakki, przyszłej stolicy samozwańczego kalifatu Państwa Islamskiego. Myślę i lepię rodzące się z tyłu głowy pytania, ale brakuje mi odwagi, by ubrać je w słowa.

Kładka dla pieszych i rowerzystów nad Eufratem w Dajr az-Zaur, październik 2010 r. // Fot. Adam Robiński

Zgubione paszporty

Niezrealizowaną podróż do Syrii Muszyński decyduje się wyśnić. Kreśli literacką wizję Damaszku, w której odwiedza matkę swoich przyjaciół, a potem jeździ z nią po kraju. Sarwat i Talala już dawno nie ma w Polsce. Studiują w zachodniej Europie, układają sobie życie po nowemu. On próbuje wtopić się w europejski tłum, ona, arabska feministka, nie chce odciąć się od korzeni. Oboje marzą o spotkaniu z mamą. Chcieliby polecieć do Bejrutu, ale państwo polskie w trakcie procedury uchodźczej zgubiło ich paszporty. Wyposażony w pełnomocnictwo Muszyński bezskutecznie szuka ich w placówkach straży granicznej i w syryjskiej ambasadzie. Na szczęście życie dopisuje jeszcze jeden epilog. Kiedy w pierwszych dniach stycznia pytam o paszporty, Muszyński zostawia wiadomość głosową:

– Tuż przed świętami udało się je odzyskać. Dostałem życzliwą informację z podlaskiego oddziału straży granicznej, że wyszły do Warszawy. Ale przez długie miesiące nie wiadomo było, gdzie są. Wreszcie przyszła odpowiedź, że się znalazły i można je odebrać. Wyobraź sobie, jaka to była radość dla Sarwat. Może wreszcie uda jej się zobaczyć mamę.

Adam Robiński

Andrzej Muszyński, „Koncertina”, ilustracje Sarwat Matuk, Wydawnictwo Cyranka, Warszawa 2023

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i pisarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował książki „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg”, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady” oraz „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Otrzymał kilka nagród… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Zamknięty kraj