W odwecie za śmierć lidera Hezbollahu Hassana Nasrallaha Iran wypuścił na Izrael około dwustu rakiet. Państwo uważane za patrona i mecenasa libańskiej organizacji musiało jakoś zareagować na kolejną spektakularną akcję Tel Awiwu. Widać jednak wyraźnie, że w Teheranie nie ma dziś przekonania do pełnoskalowego konfliktu.
Do czego dąży Izrael
Iran byłby w nim co prawda trudny do stłamszenia, ale sam nie miałby szans na zwycięstwo. Zresztą, mimo że w irańskim parlamencie wciąż pojawiają się są zawołania „Śmierć Izraelowi!”, to mają one charakter rytualny, a wielu mieszkańców, zwłaszcza większych miast, w ogóle się z nimi nie identyfikuje. Władza i generalicja wiedzą zaś, że w starciu ze wspieranym przez Amerykanów Izraelem Iran stałby na straconej pozycji.
Ale chyba nie to jest dziś najważniejsze; liczy się bardziej fakt, że strategia Izraela zdaje się dziś mówić: „Chcieliście konfrontacji, OK, sprawdzimy, na co was stać”. Może to być zaskakujące akurat teraz – biorąc pod uwagę, że Izrael prowadzi od miesięcy ciężką operację w Strefie Gazy – ale sekwencja kolejnych faktów nie pozostawia wątpliwości. Izrael dąży do maksymalnego rozlania się konfliktu na Bliskim Wschodzie, bo wierzy, że w obliczu nadchodzących wyborów w USA tamtejsi politycy – choć wyraźnie rozzłoszczeni przekraczaniem przez Tel Awiw kolejnych czerwonych linii – nie zdecydują się na żadną woltę i w razie czego pójdą ramię w ramię z Izraelczykami.
Sytuacja sprzyja premierowi Netanjahu
Od kilku miesięcy można odnieść wrażenie, że prawdziwym celem – po zniszczeniu oporu Hamasu w Strefie Gazy – jest dla Binjamina Netanjahu wciągnięcie USA do wojny – wojny właśnie z Iranem. Jest to najważniejsza sprawa, gdy idzie o maksymalne wykorzystanie swoistego „okna pogodowego”, jakie pojawiło się przed premierem Izraela, który przed brutalnym atakiem Hamasu na żydowskie osady rok temu zmagał się z coraz cięższymi oskarżeniami o oszustwa, przyjmowanie łapówek i nadużywanie władzy.
Niedawne odejście z jego rządu Beniego Ganca, uznawanego przez Zachód za głos rozsądku, popycha Netanjahu w jeszcze bardziej radykalną, prawicową stronę – jego utrzymanie u władzy zależy bowiem od posłów partii skrajnych, które odrzucają ideę możliwej koegzystencji Izraela w sąsiedztwie niezależnego państwa palestyńskiego.
Trzy cele rządu Izraela
Emanacją tych przetasowań na izraelskiej scenie politycznej zdaje się strategia: „Jak nie teraz, to nigdy”. Dla Netanjahu oznacza ona ciąg dalszy wojennego gabinetu i przedłużenie „wakacji” od oskarżeń o korupcję, ale jeszcze ważniejsze jest chyba jego przekonanie, iż nastał czas, w którym można będzie za jednym zamachem załatwić trzy sprawy.
Po pierwsze: zniszczyć partyzantkę Hamasu, dewastując przy okazji Strefę Gazy, tak aby stała się miejscem nie do życia – co oznacza masową migrację Palestyńczyków za granicę. Uzasadnienie tej operacji zemstą za zbrodnie Hamasu z 7 października 2023 r. jest chyba najbardziej przekonujące dla świata, choć nawet najbliżsi sojusznicy Izraela mają poważne wątpliwości, czy śmierć co najmniej 40 tys. osób w Gazie (według danych palestyńskich) i zniszczenie domów miliona Palestyńczyków to nie jest już przesada.
Po drugie: rząd Izraela uznał, że przy okazji rozwiąże też problem na północ od swej granicy, czyli rozbije (może nie całkowicie, ale na co najmniej dekadę) Hezbollah, który jest swoistym państwem w libańskim państwie, ma własną armię i jest osadzony mocno w oficjalnych strukturach, a także w biedniejszych warstwach libańskiego społeczeństwa.
Po ostatnich akcjach armii i służb specjalnych Izraela widać, że siła Hezbollahu była jednak trochę zbyt wysoko szacowana. Najpierw doszło do eksplozji 3 tys. pagerów używanych w bezpiecznej komunikacji przez obawiających się podsłuchów bojowników, a potem w ten sam sposób zniszczono krótkofalówki służące do tego samego celu. Przy okazji ranne zostały tysiące osób, a kilkadziesiąt zginęło.
Izraelskie operacje ogłuszyły Hezbollah do tego stopnia, że zabójstwo w ataku lotniczym tydzień później przywódcy organizacji Hassana Nasrallaha wraz z jego najbliższymi współpracownikami nie doprowadziło do zalania Izraela tysiącami rakiet irańskiej produkcji. Hezbollah, przynajmniej w najbliższych miesiącach, nie będzie zdolny do znaczącego odwetu. Wylizanie się z ran zajmie lata.
Trzeci cel Izraela jest najambitniejszy, ale zarazem najbardziej przerażający dla świata: to rozprawa z Iranem, czyli „reżimem ajatollahów”, bo tak jest portretowany ten kraj w mediach. Netanjahu i właściwie cała klasa rządząca Izraelem uważają, iż nadszedł czas na konfrontację z Teheranem. Chaos i tak panuje w regionie, izraelskie społeczeństwo żyje w atmosferze wojny i zagrożenia, naturalnie skupiając się wokół władzy – więc trzeba ten czas maksymalnie wykorzystać.
Strach przed irańską bombą atomową
Testowanie Islamskiej Republiki Iranu idzie zresztą po myśli Netanjahu. Na terenie Iranu giną liderzy państwowego programu nuklearnego, w Syrii zaatakowany został konsulat irański, w którym zginęli generałowie elitarnej jednostki Al-Kuds, a przed inauguracją nowego prezydenta Masuda Pezeszkiana został w Teheranie zabity jeden z przywódców Hamasu.
Dotychczasowe kontrataki Iranu na wszystkie te operacje izraelskie to zaledwie dwie serie rakiet i dronów, w większości zlikwidowanych przez izraelski system przeciwrakietowy.
Dowódcy irańskiej armii mogliby oczywiście wysłać tysiące rakiet balistycznych, które przeciążyłyby systemy izraelskiej obrony, ale widać, że Teheran woli się samoograniczyć – liczne ofiary w Izraelu mogłyby bowiem doprowadzić nie do wybuchu strachu w tamtejszym przywództwie i społeczeństwie, ale do spektakularnego, zmasowanego ataku na największe irańskie miasta, jednostki wojskowe, instalacje naftowe i te odpowiadające za program atomowy.
Co zaskakujące, wszystko to dzieje się w czasie, w którym Teheran pod rządami nowego umiarkowanego prezydenta sygnalizuje chęć rozmowy na temat swojego uranu, który – po niezbyt przemyślanym zerwaniu przez Donalda Trumpa międzynarodowej umowy – jest dziś przez Iran wzbogacany do 60 procent.
Strach przed irańską bombą atomową od lat podsyca głównie Izrael, mimo że eksperci Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej twierdzą, że władze w Teheranie nigdy nie podjęły decyzji o jej produkcji. Za to sam Izrael – wedle wszystkich najważniejszych służb wywiadowczych – posiada broń atomową, zbudowaną wbrew protestom społeczności międzynarodowej.
Jeśli będzie pełnoskalowa wojna, zapłaci za to cały świat
Teheran na próbie konstrukcji broni jądrowej niewiele by zyskał, gdyż można założyć, że USA nie pozwoliłyby na dokończenie tych prac. Iran ma jednak inną formę nacisku: jest zdolny do całkowitego sparaliżowania cieśniny Ormuz przy swoim wybrzeżu, przez którą płynie piąta część całej eksportowanej ropy i 40 procent jej transportu morskiego na świecie.
Amerykanie mogliby to miejsce awaryjnie odblokować, jednak nie daliby rady zapobiec atakom na tankowce, a trudno sobie wyobrazić armatora, który po jakimś skutecznym ataku na tankowiec zaryzykuje kolejną katastrofę (także ekologiczną).
Eskalacja izraelsko-irańska byłaby problemem również dla Polski. Odchodząc od ropy rosyjskiej, kupujemy coraz więcej tej norweskiej i amerykańskiej, ale w ubiegłym roku 45 procent importu pochodziło z Arabii Saudyjskiej, a te akurat transporty płynęły przez Ormuz.
Jeśli nie chcemy niedługo przeżywać szoku na stacjach paliw, powinniśmy chyba się modlić, aby Amerykanom udało się wpłynąć na rząd w Tel Awiwie. Wojna Izraela z Iranem – w imię marzeń Binjamina Netanjahu – nie jest nam potrzebna.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















