Kosowo: jak nazwać bałkańską teraźniejszość

Prisztina wygląda tak, jak gdyby ktoś rozrzucił nieco materii nieożywionej, aby wywróżyć z niej kosowską przyszłość, a następnie nie zdradzając wróżby zapomniał po sobie uprzątnąć.
Czyta się kilka minut
Food market w centrum Prisztiny, 16 sierpnia 2023 r. // Fot. VX Pictures / Alamy / B&EW
Food market w centrum Prisztiny, 16 sierpnia 2023 r. // Fot. VX Pictures / Alamy / B&EW

Nad głowami Albańczyków smużyły się dwa dymne słupy, jeden z papierosów, drugi z małych smolistych kaw. Czasem słupy się odnajdywały: splótłszy się w parnym powietrzu i powoli rzednąc pięły się do nieba jak strzeliste minarety. Najstarsi nosili białe filcowe czapy, na widok których bezwolnie się kłaniałem, a najmłodsi biegali między nimi w koszulkach idoli, którzy dawno już zmienili kluby. W powietrzu unosiło się coś dobrego.

Bulwar nosił imię Agnes Gonxha Bojaxhiu, najbardziej znanej Albanki, która światu przedstawiła się jako Matka Teresa z Kalkuty. Był kręgosłupem stolicy Kosowa, Prisztiny, której śródmieście rozciągało się w trójkącie pomiędzy katolickim kościołem, cerkwią i meczetem. Było jeszcze wcześnie, dzień wzbierał, bulwar czekał, aż jak zwykle rozdepczą go tysiące stóp.

Po obu stronach rosły drzewa. Dawały przyjemny cień, w którym schronienia przed słońcem szukały bezpańskie psy. Było ich mnóstwo. Najstarsze mogły być starsze niż to państwo. Albańczycy byli dla psów dobrzy, czasem głaskali, nalewali sobie wodę na dłoń i poili je. Na bulwarze wszyscy życzyli sobie jednak, żeby to raczej państwo przeżyło psy niż odwrotnie.

Czekając na Zachód

Od późnego średniowiecza Bałkanami rządziło Imperium Osmańskie, które z półwyspu zniknęło dopiero z początkiem XX w. Na Bałkanach pojawiały się nowe państwa, a w 1913 r. zachodnie mocarstwa uznały niepodległość Albanii. Nie przyłączono do niej jednak również zamieszkanego przez Albańczyków Kosowa i kilku innych regionów, a Albańczycy od tego czasu są narodem przedzielonym granicami.

Poza Polską i Bułgarią niemal wszyscy Słowianie krótki wiek XX spędzili w trzech federacjach: Słowianie zachodni w Czechosłowacji, wschodni w ZSRR, a południowi w Jugosławii. Kosowscy Albańczycy trafili do tej ostatniej jako serbska prowincja i największa jugosłowiańska niesłowiańska mniejszość. Zwłaszcza jednak lata po II wojnie światowej pokazały Albańczykom, że niepodległość może być straszniejsza niż podległość – ich życie w totalitarnej Albanii Envera Hoxhy było znacznie trudniejsze niż w Jugosławii Josipa Broz Tity.

Komunizm wiele konfliktów ukrył pod pokrywką garnka, a gdy „zimna wojna” dobiegła końca, okazało się, które z nich zdążyły wystygnąć (jak polsko-czeski czy polsko-litewski), a które miały wykipieć (jak ormiańsko-azerski czy właśnie albańsko-serbski). Konflikt Prisztiny z Belgradem w latach 90. przerodził się w serię intifad, a następnie w wojnę, w którą po stronie Albańczyków zaangażowało się NATO. Amerykanie kilka miesięcy bombardowali Jugosławię i zmusili Belgrad do wycofania się z Kosowa. Tamtą operację Sojuszu niektórzy nazwą później pierwszą wojną o prawa człowieka w historii.

Wielu na Bałkanach wciąż czeka na tamten Zachód – aby przyszedł i raz jeszcze rozwiązał ich problemy. Ów Zachód już jednak nie istnieje. W Prisztinie pozostało po nim skrzyżowanie ulic „Xhorxh Bush” i „Bill Klinton”, plac „Medlin Olbrajt” czy ten fryzjer przy bazarze, który klientów nakrywa amerykańską flagą. Dziś środkowoeuropejscy członkowie NATO zastanawiają się, czy Waszyngton w razie wojny w ogóle przyjdzie im z pomocą, a wtedy Amerykanie pomagali prześladowanym mniejszościom na końcu Europy. Tamten Zachód nie chciał dopuścić, aby w Kosowie doszło do powtórki z Rwandy, Bośni czy Somalii, gdzie nie zdał egzaminu. Może gdyby zdał, Serbowie nie mówiliby po wojnie w Bośni: „Wcale nie mieliśmy krwi na rękach. Sięgała nam jedynie do kolan”.

Narody i państwa

W Europie XXI w. separatyści odnieśli sukces tylko dwukrotnie. W obu przypadkach odłączano się od Serbii: w 2006 r. odpadli Czarnogórcy, a w 2008 r. kosowscy Albańczycy. To tu, na bulwarze Matki Teresy, ostatecznie ukształtowała się obecna mapa Europy. Republikę Kosowa uznała większość krajów na świecie. Powstało w ten sposób drugie państwo albańskie – przeszło 90 proc. mieszkańców Kosowa to Kosowarzy, czyli Albańczycy z Kosowa.

Choć szanse na zjednoczenie Albańczyków w jednym kraju są niewielkie, to nawet premier Kosowa przebąkuje o takiej możliwości. Pojawiła się ona też w niepokojącym, a przypisywanym premierowi Słowenii Janezowi Janšy dokumencie z 2021 r. Sugerował on przebudowę Bałkanów: po okrojeniu Bośni i Hercegowiny miało powstać kadłubowe państwo Boszniaków, część BiH, Macedonii i Czarnogóry miała zostać przyłączona do Chorwacji i Serbii, a Albania i Kosowo miały się zjednoczyć. To się jednak najpewniej nie wydarzy. Albańczycy z dwóch państw będą się od siebie nadal oddalać. Czasem bowiem to narody tworzą państwa, czasem państwa narody, a czasem jedno i drugie dzieje się jednocześnie: tutaj Albańczycy stworzyli Kosowo, po czym Kosowo tworzy Kosowarów.

Jesienią Serbowie po raz kolejny zgromadzili wojska na granicy z Kosowem. Z bulwaru Matki Teresy do Serbii jest jakieś 30 kilometrów. Siedem bałkańskich krajów należących do NATO jak otulina otacza trzy państwa, które są poza sojuszem: Kosowo, Serbię oraz Bośnię i Hercegowinę. O tym, jak napięta jest sytuacja, świadczy m.in. fakt, że UEFA zabrania umieszczać w jednej grupie Kosowo z Bośnią oraz Kosowo z Serbią (inne zakazane pary to Armenia i Azerbejdżan, Ukraina i Białoruś oraz Hiszpania i Gibraltar). Wielu twierdzi, że podobnie jak 110 lat temu właśnie ten region jest dziś najwrażliwszym w Europie.

Wciąż nie wiadomo, jak w przyszłości nazwą bałkańską teraźniejszość – powojniem czy międzywojniem?

W cieniu meczetu

Dniowi przybywało godzin, tłum tężał, gdzieś wygrzewali się Cyganie i być może to oni mieli rację.

Ramadan dobiegał końca, a z pobliskiego meczetu rozbrzmiewał śpiew muezzina. Zawsze jest w nim coś apokaliptycznego, muzułmańskie nawoływania przypominają mi alarm atomowy, a w miastach takich jak Kair czy Stambuł, gdy dobiega on z kilkudziesięciu minaretów jednocześnie, słysząc go czuję strach. Wówczas na bulwarze Matki Teresy nie widziałem jednak, aby ktoś poza mną zwrócił na muezzina uwagę. Kosowska muzułmańskość się nie narzuca, nie ma w sobie zaciętości Maghrebu czy Bliskiego Wschodu. Tak, można spędzić tu kilka dni nie spostrzegłszy, że dominującą religią w Kosowie jest islam. Mało jest takich państw na świecie. Islam bałkański dla wielu na Zachodzie jest islamem wymarzonym, obietnicą powodzenia projektu integracji imigranckich społeczeństw na zachodzie Europy, dowodem, że odpowiedzialność za integracyjne fiaska ponoszą „oni”, a nie „my”, że muzułmanie algierscy czy pakistańscy muszą postarać się odrobinę więcej.

Gdy tak siedziałem, do kawiarni podjechał na wózku mężczyzna bez nóg i niepewnie czekał. Inny wstał od stolika i dał mu monetę. Było to euro, gdyż w Kosowie walutą jest euro. Kosowarzy, nie będąc członkami UE, przyjęli je po swojemu – po prostu wpompowali w rynek niewielkiego kraju i zaczęli używać. Mężczyzna na wózku nie chciał jednak monety, opierał się naleganiom i wyjaśniał, że chciał sobie tylko kupić sok, ale nie ma jak wjechać do środka. Obaj się roześmiali. Teraz nie pamiętam już nawet, czy ten na wózku doczekał się w końcu soku. W powietrzu wciąż unosiło się coś dobrego.

Główny meczet w Mitrowicy w jej albańskiej części // Fot. Robert Harding / Alamy / B&EW

Po drugiej stronie mostu

A jednego dnia zachciało mi się spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy i pojechać na antybulwar, gdyż w tym kraju albański awers zawsze ma serbski rewers. Pojechałem na północ, w stronę Belgradu, do Mitrowicy, na bulwar serbskiego króla Piotra I Karadziordziewicia.

Gdy wjechałem do Mitrowicy, miejski zegar był zepsuty i wskazywał 30 listopada 1999 r. W tym przypadku było sporo historiozoficznego uroku – za tą datą krył się schyłek wojny w Jugosławii, czas triumfu Albańczyków i porażki Serbów.

Mitrowica to miasto podzielone rzeką Ibar. Po jednej stronie żyją Albańczycy, po drugiej Serbowie, a most chroni włoski kontyngent żołnierzy NATO w sile dwóch aut. Po 1999 r. Kosowo uległo deserbizacji i kosowaryzacji, dwie trzecie przedwojennej populacji Serbów opuściło nowo powstałe państwo. Dziś Serbowie stanowią nieco ponad 3 proc. kosowskiej ludności.

Przeszedłem przez most. Carabinieri siedzieli przy betonowej barykadzie z głowami w telefonach. Po obu stronach napisy kibicowskie zastępowały nacjonalistyczne – po jednej próbowały dowieść, że więcej racji mają ci, a po drugiej, że tamci. Na bulwarze króla Piotra było mnóstwo serbskich flag, wyglądało to, jakby Serbowie obchodzili dziś dzień niepodległości, a ja wiedziałem, że liczba flag jest zawsze wprost proporcjonalna do niepokoju, który odczuwa naród.

W rzeczywistości Serbowie żadnego dnia niepodległości nie obchodzili – byli jak najbardziej podlegli, i to wobec swojej własnej prowincji. Flagi łączyły jednak oba bulwary – może nie ich liczba, ale kondycja. Kosowo to kraj flag brudnych i postrzępionych, większość wyglądała, jak gdyby ktoś kiedyś zatknął je w tym miejscu na znak zdobycia kolejnej piędzi ziemi i teraz nie miał odwagi zabrać – łatwiej bowiem wprowadzać niż wyprowadzać, wieszać niż zdejmować.

Po obu stronach mostu słowa miały różne desygnaty, co innego znaczył bóg, co innego prawda, bohater. Niewiele widziałem miejsc na świecie, gdzie rzeczywistość na przestrzeni paru metrów tak drastycznie się zmieniała. Serbowie stworzyli sobie tutaj świat równoległy, ignorowali kosowską państwowość. To zawsze dla państwa niebezpieczne, gdy część obywateli nie chce tymi obywateli być, a zwłaszcza gdy tuż za granicą jest jeszcze większe państwo, które mogłoby się o nich upomnieć. Różnice z latami się zacierały, ale wciąż mnóstwo jest tu samochodów na serbskich blachach, ogląda się serbską telewizję, a gdy byłem tu ostatni raz, 10 lat temu, to w kafanie na moście odmówili przyjęcia euro i kazali płacić w dinarach. Wówczas obiecałem sobie, że kiedyś tu wrócę.

– Czy już można płacić w euro? – pytam barmana.

– Od zawsze można było – łypie zdziwiony, a ja wiem, że się myli.

Najgorszy szpieg świata

To mała speluna, zadymiony kuflolot kilka na kilka metrów, gdzie wszyscy prowadzą jedną rozmowę, a każdy wchodzący wita się z każdym. Mężczyzna, o którym później dowiedziałem się, że nazywa się Sasza, pytał znad piwa, kim jestem. Obcy się tu nie zapuszczają, a ja już wcześniej wymyśliłem, co odpowiedzieć, bo ostatnie parę godzin spędziłem spacerując po serbskiej Mitrowicy. Widziałem niejeden napis, że „Kosowo to Serbia, a Krym to Rosja”, że NATO ma się wynosić, widziałem mnóstwo wymalowanych liter „Z”, to symbol rosyjskiego imperializmu. Serbowie trzymają z Rosjanami.

Odpowiedziałem Saszy, że jestem aktorem z teatru w rosyjskim Krasnodarze. Ferajna się rozweseliła. Dobrze, pomyślałem, czegoś się od nich dowiem. Pytali, co z Ukrainą, a potem ja pytałem, co z NATO: „NATO zaatakowało Jugosławię i okupuje Kosowo od 25 lat” – usłyszałem. Pytali, co z Nawalnym, a potem ja pytałem, czy Rosja im pomaga: „Rosja nas jebie, zapomniała o nas”. Pytali, co z Putinem, a potem ja pytałem, czy Serbia im pomaga. „Serbia też nas jebie, też o nas zapomniała. Wszyscy o nas zapomnieli”.

Tak, tutejsza mniejszość serbska jest słaba. Jest nieliczna, poza tym Serbowie mieszkają w rozproszonych enklawach, trudno byłoby im nawet próbować się odłączyć. Są uwięzieni w geopolityce i niczym Polacy na Litwie czy Rosjanie w Kazachstanie z panów nagle stali się poddanymi. Dzisiejsze Kosowo nie śni ich snu.

Rozmawialiśmy, aż nagle Sasza zapytał mnie, czy lubię aktora tego i tego. Nic nie mówiło mi to nazwisko. Dopytywał kilka razy, pokazywał zdjęcia, dziwił się, że ja, aktor z Rosji, go nie znam. Okazało się, że to serbski aktor pracujący w Rosji, wielka gwiazda. To wtedy chyba po raz pierwszy Sasza nabrał podejrzeń. Rozmawialiśmy i po następnej chwili Sasza pokazał mi jakiś numer telefonu i spytał, czy to rosyjski numer. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, jaki jest kierunkowy do Rosji, serwowany tu serbski Jeleń niczego zresztą nie ułatwiał. Strzeliłem, że nie, a później okazało się, że jednak tak. Atmosfera coraz bardziej gęstniała, chłopy odzywały się coraz mniej.

W końcu Sasza powiedział: – Ja dobrze wiem, że ty nie jesteś żadnym turystą – i spojrzał mi głęboko w oczy. Jakoś tam się broniłem, że jestem, że kocham Bałkany, że dobre mają piwo, ale oni dali mi do zrozumienia, że nic tu po mnie. Przezornie zapłaciłem, ukłoniłem się i prędko poszedłem w stronę nadal siedzących w telefonach carabinierich. Okazałem się najgorszym szpiegiem świata.

Głowy orła

Dopiero po wizycie w Mitrowicy dostrzegłem, że zarówno na fladze albańskiej, jak i serbskiej widnieje dwugłowy orzeł, a każda z głów patrzy w przeciwną stronę. Być może tkwi w tym jakaś bałkańska metafora.

W Związku Radzieckim śmiano się, że najtrudniej przewidzieć przeszłość. Tę jugosłowiańską znajduję tylko na gulikach, bo chyba wszędzie na świecie po rewolucjach to studzienki ściekowe najdłużej zdradzają, jaki świat był tu wcześniej. Opowieść o przeszłości zawsze jest opowieścią o wymarzonej przyszłości i dlatego uważnie oglądam pomniki, którymi wytatuowano cały prisztiński bulwar. Albańczycy z Kosowa część pamięci dzielą z Albańczykami z Albanii, a część mają własnej. Na bulwarze dominuje przede wszystkim ta świeższa pamięć, dotycząca wojny z Jugosławią. Śródmieście usłane jest upamiętnieniami bojowników UÇK – Armii Wyzwolenia Kosowa.

Ale sytuacja, gdy ojcowie niepodległości wciąż żyją, jest trudna, bo zbyt wiele symbolizują, a nie zawsze bohater czasu walki okazuje się też bohaterem czasu pokoju. Przyjechałem do Kosowa zaledwie 16 lat po zdobyciu przez nie niepodległości – to niedługo, to tak jak gdyby trafić do Polski roku 1934, gdy żyli wciąż Józef Piłsudski czy Roman Dmowski. Do niedawna niemal wszyscy spośród liderów politycznych w Kosowie wywodzili się z partyzantki. Tutaj historia nie rozjechała się jeszcze aż tak z teraźniejszością. W Polsce takie sprawy jak odzyskanie niepodległości czy wojna są już mitami, a tutaj ich ojcowie i matki sprawują władzę. To wieczny problem młodych państw, tym większy, gdy niepodległości się nie otrzymuje, ale się ją wywalcza, gdy o wolności decyduje nie atrament, a karabin.

Miasto dla cierpliwych

O Prisztinie mówi się, że deklasując Kiszyniów i Podgoricę jest najbrzydszą stolicą Europy – i choć kocham miejsca piękne pięknem nieoczywistym, to rozumiem, dlaczego ktoś może tak twierdzić. Prisztina ze swoim czarem się nie narzuca i nie jest to urok starości czy krajobrazu. Nie jest miastem do zwiedzania, to miasto dla cierpliwych, do bycia, może nawet trwania, do cierpliwego dostrajania się z jego powolnym wydarzaniem się, przelewania się dnia w dzień.

Prisztina często wygląda, jak gdyby ktoś rozrzucił nieco materii nieożywionej, aby wywróżyć z niej kosowską przyszłość, a następnie nie zdradzając wróżby zapomniał po sobie uprzątnąć. Ulicom brakuje powagi kątów prostych, tu kąt prosty to luksus. To miasto stawiane w pośpiechu, miasto czekające na swoją puentę. Jest gotowe, ale niedbale, tak jakby najważniejszym było, aby zademonstrować, że z tymi wszystkimi nowymi wiatami przystankowymi i ścieżkami rowerowymi nie jesteśmy już zbuntowaną prowincją, nie tylko zostaliśmy uznani, ale też uznaliśmy samych siebie i być może kiedyś nazwa naszego kraju nie będzie budziła grozy tak jak inne toponimy XX wieku: Oświęcim, Sarajewo czy Katyń.

Gdy Kosowo stało się państwem, Albańczycy musieli dorównać swojemu nowemu statusowi, nauczyć się nosić swoje niepodległe ciało. Nagle powiaty stały się województwami, radni posłami, wójtowie burmistrzami, a budynki drugiej świeżości rządowymi agendami. Bulwar to Unter den Linden czy Chreszczatyk na miarę ich możliwości, miejski wąwóz okolony z dwóch stron betonowymi placami i oflankowany niskimi blokami z suszącym się praniem i prefabrykatową geometrią.

Jest w tym świecie jednak szlachetność, nie sposób pastwić się nad nim w prosty, orientalizujący sposób, w opisie poprzestawać na wiszących pnączach kabli czy tym panu, który gdy kupiłem u niego na targu podrabianą czapkę i powiedziałem, że jest na niej plama, wziął ją ode mnie, splunął, potarł, plama nie zniknęła, ale on powiedział, że zniknęła, i odszedł.

W orientalizacji nie pomaga nawet geografia, gdyż Prisztina leży bardziej na Zachód niż Lublin czy Rzeszów. Szarmu tego miejsca nie sposób zamknąć w ewidencyjnym natręctwie pocztówki, to nie pocztówkowo-osmańskie Sarajewo, monumentalny Belgrad czy nawet brutalistyczno-antyczne Skopje. Na zachwyt nad Prisztiną i nad całym Kosowem trzeba sobie zasłużyć.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bulwar Matki Teresy