Jadę do Żelazna, jednej z kilku miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej, które dwanaście miesięcy temu, w połowie września, ucierpiały najbardziej. Żywioł, jaki nawiedził kameralną wówczas dolinę Białej Lądeckiej, przyniósł z sobą obrazy prawdziwie surrealne: pozbawione domów dachy, rzucone między kamienie i pnie połamanych drzew, których korzenie zawisły w powietrzu; sterty śmieci, bezkresne morza mułu i piasku, wraki samochodów powyginane przez żywioł tak bardzo, że nie sposób było rozpoznać ich marki. Wreszcie pustka po miejscach, które znikając, pozbawiały wyobraźnię naturalnych, niewzruszonych dotąd punktów odniesienia. Ledwie rok temu, w pierwszych dniach po przejściu fali powodziowej, cała okolica była jak otwarta rana.
Na ścianach mijanych budynków dostrzegam charakterystyczne, mówiące wszystko zacieki. Zostawiam drogę krajową, biegnącą w stronę granicy z Czechami, i niespiesznie wjeżdżam do wsi. Zatrzymuję się nieopodal położonego na niewielkim wzniesieniu kościoła.
Po przejściu kilkuset metrów po prawej stronie wąskiej drogi pojawiają się białe kontenery z kolorowymi dekoracjami i napisem „Nasza szkoła”. Dochodzi trzynasta, na przyszkolny plac jeden po drugim podjeżdżają samochody. Zarówno rodzice, dzieci, jak i nauczyciele są już przyzwyczajeni do wizyt oficjeli i dziennikarzy.
Żelazno już bezpieczne, ale nigdy nie mów nigdy
Obok zbudowanej z kontenerów szkoły stoi namiot, służący za salę gimnastyczną. W dawnym budynku bardzo jej brakowało. Dyrektorka placówki mówi o niej z dumą. Postawiona przy wsparciu wojska, do dziś objęta jest patronatem MON. Do poprzedniej siedziby nie ma powrotu, stoi na terenie uznanym za najbardziej narażony w przypadku kolejnej powodzi. Ale, po prawdzie, nikt nie chce do niej wracać. Trwają prace projektowe nad zupełnie nową szkołą, w miejscu, którego woda nigdy nie dosięgnie. W głosie mojej rozmówczyni wyczuwam jednak wahanie: – Nigdy nie mów nigdy, prawda?
W Żelaźnie nikt nie wątpi w prawdziwość tych słów.
Gdy wychodzę z powrotem na szkolny korytarz, czekają na mnie pełne zaciekawienia i ufności spojrzenia dzieci. Wiele z nich, jak usłyszałem, jesienią i zimą nie chciało wracać po lekcjach do smutnych, dotkniętych kataklizmem domów.
Ruszam w górę rzeki, zerkając na jej od wielu już lat uregulowane – przynajmniej na tym odcinku – brzegi, na których powoli odrastają gęste zarośla. Czy to, co dla mieszkańców doliny było katastrofą, jest nią także w porządku natury?
Na kwadrans zatrzymuję się w Ołdrzychowicach Kłodzkich. Parkuję samochód przy skrzyżowaniu z drogą na Jaszkową Górną. Obok szosy wzrok przykuwa billboard z wielkim napisem: „Dziękujemy za pomoc. Mieszkańcy Gminy Kłodzko”.
Po przejściu kilkudziesięciu metrów stoję na kamienistym brzegu Białej Lądeckiej. Gdzieniegdzie widać jeszcze kupki naniesionych przez wodę odpadów, kłębowiska posklejanych mułem gałęzi i traw. Nad samą rzeką kwitnie na czerwono ozdobny mak, którego nasiona musiały trafić tu z jakiegoś ogródka, w wielu miejscach można spotkać rośliny, które kaprys powodzi rzucił w nowe siedliska.
Kilka kilometrów dalej, w Trzebieszowicach, trwają prace nad umocnieniem brzegów rzeki. Jasnożółte koparki transportują potężne głazy nad samą wodę. Stoję na moście, na którym rok temu przyglądałem się zrujnowanemu nadrzecznemu krajobrazowi. Dziś prawie nie widać śladów po zniszczeniach.
Niedaleko przebiega nasyp nieczynnej dziś linii kolejowej. Za sprawą powodzi – a raczej potężnego zastrzyku pieniędzy, jaki wygenerowała – już niedługo, po przeszło dwudziestu latach, ponownie zaczną kursować pociągi do Stronia i Lądka. W wielu miejscach można odnieść wrażenie, że powódź, choć rzecz jasna była tragedią, stała się także impulsem do inwestycji, które bez niej być może jeszcze długo nie miałyby tu miejsca.
W Radochowie, w którym zniszczenia były jeszcze większe niż w Żelaźnie, parkuję w pobliżu dawnego gospodarstwa rybnego. Zbiorniki, w których kiedyś roiło się od pstrągów, są dziś wypełnione kamieniami i piaskiem.
Tu umarła moja matka. Gdzie pójdę?
Z jednego z domów wychodzi na papierosa mężczyzna po sześćdziesiątce. Witamy się raczej powściągliwie. Pytam go, jak wszystkich, o miniony rok. Większość sąsiadów nie planuje powrotu, zaczęli układać sobie życie w innych miejscach. Gdy zagajam o plany na przyszłość, na jego twarzy pojawia się trudny do jednoznacznej interpretacji grymas.
– Ja się w tym domu urodziłem, w pięćdziesiątym siódmym.
Gestem głowy wskazuje w kierunku pokoju w sieni budynku. – Tutaj umarła moja matka. Gdzie pójdę? – mężczyzna podnosi z wytartego kamiennego stopnia starą, pamiętającą PRL popielniczkę, gasi papierosa i znika wewnątrz budynku.
Ruszam dalej drogą prowadzącą przez wieś. Po ogromnej wyrwie w jezdni nie ma już śladu. Została zasypana, ale wciąż obowiązuje tu zakaz ruchu. Patrzę na podnoszącą się jak po brutalnym ciosie miejscowość. Położony w centrum wsi most wciąż czeka na remont. Na brzegu Białej kwitną przyniesione tu przez wodę słoneczniki.
Zaglądam do małżeństwa, którego dom rok wcześniej znalazł się pośrodku opływającej go z dwóch stron wezbranej rzeki. Znamy się od ponad trzydziestu lat. Zapraszają mnie do środka. Remont dobiega właśnie końca. Wszystkie pomieszczenia wewnątrz budynku zostały skute do nagich murów i urządzone na nowo.
Rozmawiamy o pieniądzach. Po powodzi w 1997 r., gdy z ust ówczesnego premiera Włodzimierza Cimoszewicza padły skądinąd słuszne, choć niefortunne w tamtych okolicznościach słowa o konieczności ubezpieczania się, niemal wszyscy tak właśnie zrobili. Wśród poszkodowanych dominuje jednak poczucie zawodu.
Otrzymane w ostatnim roku pieniądze stanowiły często zaledwie dwadzieścia, w najlepszym przypadku trzydzieści procent spodziewanych sum. Gdyby nie pomoc rządowa, ubezpieczenia nie pozwoliłyby na pokrycie wszystkich kosztów. Ale i w przypadku zapomóg od państwa wiele osób uznaje procedury ich rozliczania za niejasne i zawiłe.
Wspominam o zbiornikach retencyjnych, które miały powstać na Białej Lądeckiej. Jeden z nich planowany był w górnej części Radochowa. W odpowiedzi słyszę, że do dziś nikt nic nie wie. Jak się potem dowiaduję, trwają dopiero prace projektowe.
Oglądamy odremontowany dom. Żartuję, że tak dobrze wyglądał on ostatnio sto lat temu, gdy dopiero co został zbudowany przez Niemców. Jego obecni, polscy właściciele, którzy mają za sobą czwartą w życiu powódź, uśmiechają się do mnie z dumą. Pytam, czy rozważali wyprowadzkę. Bez wahania potwierdzają, że zeszłej jesieni byli zdecydowani opuścić Radochów na zawsze.
Na zadbanym trawniku, oddzielającym dom od spokojnej dzisiaj, lśniącej w słońcu rzeki, pytam, jak zeszłoroczne wydarzenia odbiły się na psychice mieszkańców wsi. Dwoje ludzi, którzy w stojącym za nami budynku przeżyli razem ponad czterdzieści lat, przyznaje, że dopiero latem udało im się odstawić środki uspokajające. Gdy słyszą o zbliżających się falach opadów – o niżach niosących gigantyczne masy wody – nie mogą w nocy spać.
– Budzę się i sprawdzam, czy do domu nie wdarła się woda. Choć to nawet nie jest ten dom – mówi z wypisanym na twarzy bólem kobieta. Jak wielu, na czas remontu zamieszkali gdzie indziej.
Zdziczałe pomidory nad brzegiem. Wszystko rośnie jak szalone
Półtora kilometra dalej zostawiam za sobą ostatnie zabudowania wsi i ponownie schodzę nad Białą Lądecką. Rzeka jest tu niemal nie do poznania. Zniknęły setki drzew porastających brzeg. Zniknęły malinowe zarośla. Zniknęła droga. Na nagim, kamienistym brzegu, który i tu został zeszłej jesieni uregulowany przez wojsko, gdzieniegdzie dostrzegam czerwone punkty. Gdy podchodzę bliżej, widzę, że to dojrzewające w słońcu zdziczałe pomidory. Życie, w najmniej spodziewanych formach, wraca nad rzekę.
Kolejny przystanek na mojej trasie to położona w północno-zachodniej części Lądka-Zdroju ulica Langiewicza, która w wyniku kolejnych powodzi, na przestrzeni niespełna trzydziestu lat właściwie przestała istnieć. Ostały się raptem trzy czy cztery domy, z których tylko dwa są na stałe zamieszkane. Przed powodzią w 1997 r. było tu kilkanaście gospodarstw.
Na położonym najbliżej miasteczka budynku większość tynku jest skuta do gołej cegły. W obejściu wciąż można dostrzec zniszczone sprzęty gospodarstwa domowego, materiały budowlane. Obok stoi nieduży biały kontener z przyklejoną na jednej ze ścian kartką: Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych.
Na odsłoniętym murze starego domu widnieje czarny napis: „PANZER HAUS. TSUNAMI. 15 IX 2024”. Nad starymi cegłami wznosi się już nowy, blaszany dach. Życie toczy się dalej, myślę, i zerkam w stronę mieszczącego się tuż obok zakładu kamieniarskiego. I on się ostał. Ale dawna kładka, która pozwalała szybko przejść na drugą stronę rzeki, do dziś nie została odbudowana, odcinając ulicę Langiewicza od codziennego życia miasteczka. Nie ma też śladu po kapliczce, która stała tam od zawsze w cieniu dwóch majestatycznych lip.
Na lądeckim starym mieście życie wróciło do normalności. Na rynku rozmawiam z kilkoma osobami, które prowadzą nieduże biznesy. I tu słyszę, że dzięki pieniądzom z ubezpieczenia oraz wsparciu rządu szybko udało im się stanąć na nogi. Ci, którzy pamiętają powódź z 1997 r., podkreślają, że tym razem pomoc przyszła bardzo szybko.
Idę w stronę słynnego kamiennego mostu, na którym do zeszłej jesieni stała figura świętego Jana Nepomucena. Sam most przetrwał, a raczej jego masywne, kamienne przęsła. Wciąż jednak pozostaje zamknięty; nakryto go blaszanym dachem. Gdy kilka godzin później, wieczorem, widzę go na tle zachodzącego słońca – jeden z klasycznych lądeckich widoczków – moją uwagę przykuwa fragment metalowej bariery, jaki ostał się wzdłuż drogi. Część jej grubych, stalowych prętów do dziś wygięta jest do środka koncentrycznie, sprawiając wrażenie niemal dekoracyjne.
Ruszam dalej w górę rzeki. Po zeszłorocznej powodzi los położonego pomiędzy Lądkiem-Zdrojem a Stroniem Śląskim Stójkowa wydawał się przesądzony. Dolina Białej Lądeckiej w niektórych miejscach ma tu raptem kilkadziesiąt metrów szerokości. Stare, poniemieckie domy w większości stoją nad samą rzeką, wiele z nich było tu zalanych po piętro. Dopiero nowe, zbudowane w ostatnich latach, położone są trochę wyżej – głównie dlatego, że tylko tam było jeszcze miejsce.
Do dziś nie został odbudowany most, który pozwalał mieszkańcom łatwo dostać się na szosę do Stronia. Dziś droga – nieutwardzona – prowadzi górą przez pola i las.
W jednym z ogrodów, za zasłoną bujnych kwiatów, dostrzegam zastawiony stół i zgromadzonych wokół niego ludzi. Nieśmiało inicjuję rozmowę. Gospodyni proponuje, żebym się przysiadł, i częstuje kanapkami. Podsuwa także półmiski z ogórkami i pomidorami z przydomowego warzywniaka. – Jedyna korzyść z tej powodzi, że wszystko rośnie jak szalone – mówi.
W zeszłym roku była na miejscu, u sąsiadów. I ją pytam o plany. Mówi, że nie ma innych planów niż umrzeć – za dwa, może trzy lata. Współbiesiadnicy gwałtownie protestują. Ale twarz starej kobiety wydaje się spokojna i pogodzona. I ona podkreśla, że nigdzie się stąd nie ruszy, choć dzieci próbowały namówić ją, żeby z nimi zamieszkała, a stary, nadwerężony dom sprzedała. – Jak będzie pan w moim wieku, zrozumie pan.
Uśmiecham się. Myślę, że rozumiem.
Tama w Stroniu była jak rana. Dziś jest zabliźniona
Gdy w niedzielę 15 września 2024 r. tuż po dwunastej w Lądku gruchnęła wiadomość, że tama w Stroniu pękła, już po kilku godzinach wszędzie dało się słyszeć, że wprawdzie Lądek nigdy nie widział większej wody, ale Stronie – wprost przestało istnieć. Nagrania i zdjęcia, jakie obiegły nie tylko Polskę, pokazywały skalę zniszczenia, która kazała powątpiewać, czy miasteczko w ogóle będzie w stanie się podnieść.
Po dwunastu miesiącach Stronie Śląskie – a przynajmniej jego centralna, nadrzeczna część – jest wielkim placem budowy: drogi, chodniki, rzeczne umocnienia. Także nastroje mieszkańców są dziś zupełnie inne niż rok temu. Gdy pytam właściciela jednego ze sklepów położonych nad samą rzeką o to, jak miasto poradziło sobie z tragedią, uśmiecha się odrobinę ironicznie. – Bez przesady. Trzeba tylko trochę posprzątać.
Obaj wiemy, że to nieprawda. Ale jakoś trzeba sobie radzić z ciężarem wspomnień. Opowiedzieć je – sobie i innym – tak żeby dłużej nie raniły. Krótki spacer ulicami położonymi po obu stronach rzeki szybko pozwala odczuć, jak głęboko żywioł wdarł się w życie kilkuset mieszkańców miasta i jak wiele pracy czeka ich jeszcze, żeby przeżyty dramat zatarł się w pamięci.
Moje odczucia potwierdzają wolontariuszki Stowarzyszenia Tratwa, którego początki sięgają jeszcze 1997 r. Od blisko trzydziestu lat niesie ono pomoc mieszkańcom i gminom dotkniętym lub zagrożonym klęską powodzi. Od zeszłej jesieni w Stroniu funkcjonuje punkt pomocowy, utworzony w gminnym pawilonie w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło – kilkadziesiąt metrów od tamy na Morawce, niepozornym dopływie Białej Lądeckiej. Gdy zapora pękła, zatopiła całą dolinę.
W miasteczku panuje spore ożywienie. Za kilka dni odbędzie się w nim seria wydarzeń kulturalnych na rzecz powodzian. Ze wsparciem dla rodzinnych stron pospieszyli nie tylko artyści, ale także ludzie, którzy często z tych stron się wywodzą.
Po wyjściu z pawilonu idę w kierunku wyrwy w wale ziemnym przy strońskiej tamie. W zeszłym roku, z odsłoniętymi czerwonawymi skałami, przypominała ranę. Dziś wydaje się zabliźniona – okrywają ją, jak w wielu miejscach, brzegi Białej Lądeckiej, potężne głazy. Ale niepewność pozostała. Co będzie, gdy nad okolicę nadciągną kolejne potężne deszcze?
Gdy wyjeżdżam ze Stronia, patrzę na budynek dawnego dworca kolejowego, w którym dziś mieści się lokalne centrum kultury. Do niedawna wydawało się to nierealne, że wrócą tu pociągi.
Jadę w stronę Przełęczy Lądeckiej. Od kilku miesięcy regularnie przypomina mi się opowiadanie Hemingwaya „Rzeka dwóch serc”. Kiedyś, za całkiem realnymi górami i lasami, czytałem je w Radochowie w domu, któremu zeszłoroczna powódź położyła kres. Przypominają mi się twarze ludzi, z którymi w ostatnich miesiącach tu rozmawiałem. Miejsca stare i miejsca nowe. Cała dolina obolałych serc. Krok po kroku odradzająca się do dalszego życia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















