Na granicy węgiersko-serbskiej podróżnych wita kilkakrotnie więcej policjantów niż zwykle. Oparci o radiowozy, wydają się spokojni, wręcz znudzeni. Przyglądają się. To zapewne przedsmak tego, co czeka mnie dalej. Gdy podaję dokumenty, serbski pogranicznik co prawda pyta, dokąd zmierzam, ale to rytuał; nawet nie czeka na odpowiedź.
Świadomie wybrałem kameralne przejście graniczne Kelebija nieopodal Suboticy. Chcę zobaczyć, jak serbska prowincja wygląda na kilka godzin przed zaplanowanym na dziś, sobotę 1 listopada, wielkim marszem w Nowym Sadzie. Marsz odbędzie się w pierwszą rocznicę katastrofy budowlanej, która wstrząsnęła całą Serbią – i dała początek wydarzeniom, które trwają do dziś.
Pozornie sielska droga przez Wojwodinę
Wojwodina, historyczna kraina w północnej Serbii, od świtu tonie w słońcu. Jakby to był przełom sierpnia i września, a nie początek listopada. W południe temperatura ma dojść do 25 stopni w cieniu.
Gdy przejeżdżam przez rozsiane z rzadka wsie, panuje w nich błogi spokój sobotniego poranka. Wiele domów od dawna stoi tu pustych. Bačka Topola, jedno z większych miasteczek w okolicy, oddaje się porannej krzątaninie.
Dopiero kilkanaście kilometrów od Nowego Sadu na paru tablicach z nazwami miejscowości zauważam skreślone naprędce sprejem napisy, przypominające o zeszłorocznej tragedii. Ale to wszystko. Gdyby nie one, nic nie wskazywałoby, że to na tym mieście skupia się dziś uwaga nie tylko Serbów, ale też obserwatorów ze sporej części Europy.

Od kilku dni jedną z najpilniej śledzonych tutaj informacji – przynajmniej w niezależnych mediach – była ta o pieszej wędrówce studentów, którzy zeszłego wieczoru dotarli do Nowego Sadu z Nowego Pazaru.
Wreszcie Nowy Sad. Na opłotkach tego 340-tysięcznego, drugiego co do wielkości miasta w kraju, wciąż niemal nic nie zdradza, że dzisiejszy dzień czymś się wyróżnia. Jednak z każdym kolejnym kilometrem ruch na drodze gęstnieje. Nawigacja pokazuje, że ulice w centrum stoją. Wybieram Bulevar Evrope. Gdy zbliżam się do kolejnego ronda, jasne jest, że dalszą część trasy lepiej pokonać pieszo. Od dworca kolejowego dzielą mnie dwa kilometry.
Tego dworca, nad którym wówczas, 1 listopada 2024 r., zawalił się dach – wypadek na pozór „tylko” budowlany, stał się dla wielu Serbów symbolem korupcji ludzi z obozu rządzącego, braku transparentności, machinacji.
Serbskie pospolite ruszenie na ulicach Nowego Sadu
Samochód zostaje na jednym z ostatnich wolnych miejsc na trawniku między blokami. Od razu można wyczuć napięcie. Chodniki pełne są ludzi. Zauważalny jest podział na tych, którzy żwawym krokiem kierują się w stronę centrum miasta i tych, którzy tylko się im przyglądają. Ci pierwsi, idący na marsz, są w zdecydowanej większości.
Sonduję nabrzmiewający tłum. Przeważają młodzi ludzie, ale nie brakuje osób z pokolenia ich rodziców i starszych. Zagaduję do grupki, z którą wypadło mi iść ramię w ramię. Są studentami – część uczy się w Nowym Sadzie, część w Belgradzie. Ci z Belgradu są w mieście od dwóch dni. Obawiali się, że władza zrobi wszystko, by utrudnić mieszkańcom innych regionów dotarcie do Nowego Sadu.
Mówią, że nie byłby to pierwszy raz, gdy prezydent Aleksandar Vučić sięgnąłby po tego rodzaju metody. Gdy pytam, czy obawiają się konfrontacji z policją lub zwolennikami rządzącej Serbskiej Partii Postępowej (SNS), zaprzeczają. Dzisiejszy milczący marsz poświęcony jest pamięci ofiar. – Nie odważą się – mówi zdecydowanym tonem Milica.
Poczucie życzliwości i jedności wśród demonstrantów
Na Bulwarze Jaše Tomicia dostrzegam pierwsze zaparkowane na środku ulicy traktory. Na niektórych powiewają czarne żałobne flagi.
Ale wyczuwalny jest też nastrój pewnej beztroski. Rodzice robią zdjęcia dzieciom, posadzonym za kierownicami potężnych maszyn. Na wielkich błotnikach od czasu do czasu pozują z uśmiechem młode dziewczyny.
Atmosfera zabawy, niemal pikniku, nie wszystkim jednak się podoba. Jak w przypadku wcześniejszych protestów i manifestacji, nie brakuje głosów, że tego rodzaju zachowania nie służą wizerunkowi ruchu, którego liderzy stawiają przed nim konkretne cele polityczne.
Do jednej z dziewczyn, która przed momentem wdrapała się na lśniący w słońcu traktor, podchodzi może o dwa pokolenia starsza kobieta i coś tłumaczy. Kręci przy tym z dezaprobatą głową. Ale to odosobniony przypadek. Dominuje poczucie wzajemnej życzliwości i jedności.
Szesnaście minut ciszy dla szesnastu ofiar katastrofy sprzed roku
Dwieście, może trzysta metrów od budynku dworca tłum jest już tak zbity, że nie sposób ruszyć się w tył ani w przód. Udaje mi się wejść na jeden z drewnianych podestów. Morze głów, jak okiem sięgnąć.
Tylko w najbliższej okolicy dworca widać większe zgrupowanie sił porządkowych. Wygląda, że to przemyślana decyzja. Dzień wcześniej prezydent Vučić oficjalnie pokajał się za słowa, jakie wielokrotnie wypowiadał pod adresem studentów i protestujących. Nie wszyscy uwierzyli w szczerość przeprosin, ale powszechnie odczytano je jako sygnał, że w dniu rocznicy tamtej tragedii sprzed roku władze uszanują żałobny charakter zgromadzenia.
O godzinie 11.52 tłum milknie. Następuje szesnaście długich minut ciszy, symbolizujących szesnaście ofiar. Słychać tylko brzęczenie mniejszych i większych dronów. Część należy do osób prywatnych, część zapewne do policji. W powietrze unoszą się kolejne bordowe balony w kształcie serca, szybują w stronę nieskazitelnego błękitu.
Gdy chwila ciszy dobiega końca, tłum odpowiada oklaskami. Z głośników dobiega poruszający śpiew.
Sto tysięcy demonstrantów w trzystutysięcznym mieście
Kończy się oficjalna część obchodów. Jednak tłum – liczący, według różnych późniejszych szacunków, od kilkudziesięciu do przeszło stu tysięcy uczestników – tylko nieznacznie rzednie. Większość pozostaje na miejscu.
Wielu ustawia się w gigantycznej kolejce, żeby oddać hołd ofiarom pod samym budynkiem dworca. Od zeszłorocznej katastrofy jest on wciąż wyłączony z użytku.
Mozolnie przedzieram się przez napływające z wielu kierunków strumienie ludzi. W pewnym momencie wzrok przykuwa starsza kobieta: przeciska się przez tłum z uniesionym wizerunkiem Jezusa na krzyżu. Raz po raz zatrzymuje się i rozmawia z protestującymi. Można sądzić, że to zwolenniczka obozu władzy.
Jeden ze studentów podchodzi do niej, obejmuje delikatnie i całuje w czoło.
Wzdłuż trasy przemarszu, pod platanami, stoją stragany z koszulkami i przypinkami. Kilkaset metrów dalej rozstawiono namiot, w którym uczestnicy marszu mogą otrzymać darmową pomoc prawną. Na kilku wiatach przystankowych rozwieszone są wielkie płótna z namalowanymi odręcznie nazwami miesięcy: upamiętniają największe manifestacje, jakie w przeciągu ostatniego roku przeszły ulicami serbskich miast.
Konfrontacja z władzą wymaga ryzyka i poświęcenia
Po kilku kwadransach ruszam w kierunku Dunaju, żeby porozmawiać z Jovaną. Do niedawna była nauczycielką w jednym z liceów. Odeszła z pracy na znak protestu wobec polityki obozu rządzącego.
Spotykamy się w kawiarni na Starym Gradzie. Jovana brała udział we wszystkich marszach i protestach, jakie miały miejsce w Nowym Sadzie od 5 listopada zeszłego roku. Wskazuje na przypinkę na swojej koszuli: krwawy odcisk dłoni na czarnym tle. W telefonie pokazuje zdjęcie jednego z transparentów z tamtego marszu z napisem „Macie krew na rękach”. – To jeden z naszych symboli – mówi z powagą.

Dochodzi szesnasta. Niedługo ruszy kolejny tego dnia marsz. Ulice wciąż są pełne uśmiechniętych, radosnych ludzi.
Pytam Jovanę o atmosferę święta, nieco zaskakującą, zważywszy na okoliczności. Odpowiada, że i w niej budzi ona niepokój. To jeden z wątków często powracających w rozmowach ze starszymi uczestnikami protestów. Wielu z nich – wśród nich również Jovana – brało udział jeszcze w historycznej manifestacji 5 października 2000 r. w Belgradzie, która doprowadziła do obalenia ówczesnego dyktatora Slobodana Miloševicia.
To jasne, podkreśla Jovana, że nastrój swoistego karnawału wolności jest konieczny, żeby podtrzymać w ludziach nadzieję i gotowość do angażowania się w kolejne działania wymierzone w skorumpowaną władzę. – Ale to nie wystarczy – dodaje. – Realna konfrontacja wymaga realnego ryzyka. I poświęcenia.
Pytam, jak wielu jej znajomych zrezygnowało na znak protestu z pracy. Przyznaje, że niemal nikt. Zanim się rozstaniemy, mówi mi, że choć pełna jest obaw, nie ma wątpliwości, że dni Vučicia są policzone. – Będzie musiał rozpisać wcześniejsze wybory. Które sfałszuje. I to będzie jego koniec.
Czy można odsunąć prezydenta bez używania przemocy?
Wydaje się, że optymizm Jovany jest podzielany przez wielu obserwatorów życia politycznego w Serbii. Aleksej Kišjuhas – mieszkający w Nowym Sadzie socjolog i profesor miejscowego uniwersytetu – podkreśla w rozmowie, że najważniejszy rezultat utrzymujących się od roku protestów to przebudzenie się społeczeństwa obywatelskiego. Tego, które wcześniej wydawało się w Serbii uśpione lub wręcz zanikające.
Kišjuhas uważa, że wśród Serbów – a przynajmniej tych, którzy są zaangażowani w opór społeczny – przekonanie o końcu Vučicia jest powszechne. Choć i on dodaje, że dotychczasowa forma protestów może nie wystarczyć.
– Obawiam się, że zmiana, jak wielokrotnie pokazała historia, nie będzie możliwa bez eskalacji przemocy lub przynajmniej jakiejś formy fizycznej konfrontacji – ocenia socjolog.
Dla wielu przemoc jest jednak granicą, której właśnie przekroczyć nie wolno.
Nedim Sejdinović, niezależny dziennikarz z Nowego Sadu, zwraca uwagę, że władze w Belgradzie tym razem nie dopuściły do siłowej konfrontacji, bo marsz relacjonowało zbyt wiele zagranicznych mediów. Vučić nie mógł sobie pozwolić na to, by brutalność policji i prowokatorów na ulicach Nowego Sadu stała się głównym tematem w Europie.
Sejdinović uważa jednak, że gdy uwaga świata skupi się na innych sprawach, Vučić może rozprawić się z całym ruchem, także krwawo. – Kluczowym pytaniem jest teraz, jak doprowadzić do nowych wyborów i jak zapobiec oszustwom wyborczym – ocenia. – To wymaga przemyślanych decyzji ze strony liderów ruchu prodemokratycznego. Nie mogą dać się wciągnąć w prowokacje reżimu. Przemoc nie jest rozwiązaniem.
Część środowisk demokratycznych dała się zastraszyć
Nad Nowym Sadem zachodzi słońce. Myślę o nazwie ulicy, którą teraz kroczy tłum: Bulevar oslobođenja, Bulwar Wyzwolenia. Całą szerokością jednej z jezdni sunie procesja rozświetlonych traktorów. Mijane twarze wydają się zrelaksowane. Wielu uczestników marszu zostaje w barach i restauracjach. Atmosfera święta bierze teraz górę.
Od kilku osób słyszę, że są dumne z tego, jakim sukcesem okazał się marsz. Od sierpnia, gdy w miastach i miasteczkach dochodziło do konfrontacji z policją i bojówkami SNS, a także do aresztowań, można było odnieść wrażenie, iż część środowisk demokratycznych dała się zastraszyć. Do końca nie było więc pewne, ilu ludzi dziś przyjdzie. Teraz frekwencja może podziałać otrzeźwiająco na obóz rządzący.
Jak ujęła to Jovana: nigdy wcześniej na ulicach Nowego Sadu nie było takiego tłumu.
Starcia z policją na ulicach Belgradu
Gdy wieczorem docieram do Belgradu, stolica jest spokojna. Jak dotąd nie spełnił się ponury scenariusz o konfrontacji ze zwolennikami władzy. W niedzielę o poranku wciąż nic nie zapowiada, by sytuacja miała gwałtownie eskalować. Opuszczam Belgrad i ruszam na południowy wschód. Po siedemnastej przekraczam granicę serbsko-bułgarską.
W niespotykanie ciepły jak na tę porę roku niedzielny wieczór, gdy chodzę po pogrążonym w mroku bułgarskim Widyniu, przychodzi wiadomość od koleżanki z Belgradu. Doszło do pierwszych ostrych starć. Nic więcej nie jest w stanie na razie przekazać.
Stoję nad czarnym Dunajem i myślę o Belgradzie, białym mieście, leżącym kilkaset kilometrów w górę rzeki. Z którego wieści dopiero napłyną – choć nikt jeszcze nie wie, kiedy i jakie będą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















