Przebaczamy i prosimy o przebaczenie. List biskupów, który zmienił Europę

Modne jest dziś podważanie dialogu między Polakami a Niemcami przed 1989 r. Mówi się, że jego polscy uczestnicy byli naiwni. Tymczasem dialog ten łączył chrześcijański radykalizm z wizją polityczną.
Czyta się kilka minut
Obchody 25-lecia polskiej organizacji kościelnej na ziemiach poniemieckich: w środku Bolesław Kominek, obok z prawej prymas Stefan Wyszyński, z lewej Karol Wojtyła. Plac Katedralny we Wrocławiu, 3 maja 1970 r. // Ryszard Rzepecki / PAP
Obchody 25-lecia polskiej organizacji kościelnej na ziemiach poniemieckich: w środku Bolesław Kominek, obok z prawej prymas Stefan Wyszyński, z lewej Karol Wojtyła. Plac Katedralny we Wrocławiu, 3 maja 1970 r. // Ryszard Rzepecki / PAP

List biskupów polskich do biskupów niemieckich z 18 listopada 1965 r. – bo o nim będzie tu mowa – to jeden z najbardziej niezwykłych dokumentów w najnowszej historii Polski. Po latach oceniano go jako „prawdopodobnie najważniejszy dokument powojenny w stosunkach polsko-niemieckich” (historyk Klaus Ziemer) czy „najbardziej dalekowzroczne posunięcie w polskiej historii powojennej” (Jan Józef Lipski).

Prezydenci Andrzej Duda i Joachim Gauck we wspólnym oświadczeniu z 2015 r. określili je jako wydarzenie, „które miało fundamentalnie zmienić relacje polsko-niemieckie oraz historię Europy”. Niektórzy nazywali je wręcz „listem założycielskim Europy” (Andrzej Grajewski). Do jego dziedzictwa odwoływali się papieże Jan Paweł II (podpisał je jako arcybiskup) i Benedykt XVI (jako profesor teologii wzywał wówczas stronę niemiecką do adekwatnej odpowiedzi).

Przywoływano je wreszcie jako inspirację dla dialogu polsko-rosyjskiego (dopóki miał miejsce) i polsko-ukraińskiego. Jego autor, Bolesław Kominek, ma dziś we Wrocławiu pomnik: stoi z gołębiem pokoju w ręce, a u stóp ma słowa z listu: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.

Odsłonięcie pomnika kardynała Bolesława Kominka. Wrocław, 3 grudnia 2005 r. // Fot. Fot. Paweł Kozioł / Agencja Wyborcza.pl

Rok 1965: oferta przebaczenia i prośba o przebaczenie

Tekst Orędzia to modelowy przykład, jak można budować mosty między wrogami. Po doświadczeniu okupacji z lat 1939-45 Polacy widzieli w Niemcach naród zbrodniarzy. Niemcy, pod wpływem ideologii nacjonalistycznej i rasistowskiej, postrzegali zaś Polaków jako naród gorszy, który trudno traktować jak partnera.

W tej sytuacji prawie cała treść Orędzia służyła jednemu celowi: skłonieniu Niemców, ale też Polaków („Nie napisaliśmy tego listu tylko dla narodu niemieckiego – ale i dla naszego” – pisał Kominek) do zmiany myślenia o tych drugich. Stąd przypomniano Niemcom o wkładzie Polski w rozwój Europy na przestrzeni wieków, a Polakom – o pokojowych zasługach Niemców dla rozwoju Polski.

Biskupi przybliżali też obu stronom perspektywę tej drugiej. Niemcom, którzy wtedy nie chcieli słyszeć o winie za zbrodnie wojenne i okupacyjne, przypominali o skali cierpień narodu polskiego. Polakom zaś, że Niemcy nie zawsze byli złymi sąsiadami.

Zaledwie 20 lat po wojnie nie było to wszystko łatwe. Także dla biskupów. Sami doświadczyli okupacji, niektórzy byli więźniami obozów koncentracyjnych. Mieli świadomość, że komunistyczne zniewolenie Polski to skutek wojny rozpętanej przez Niemcy. Widzieli, że po stronie niemieckiej wola pojednania jest umiarkowana.

Jednak wyciągnęli rękę – nie tylko z ofertą przebaczenia, ale i z prośbą o nie.

Strategiczny wymiar Orędzia polskich biskupów

Orędzie było wyrazem nie tylko chrześcijańskiego radykalizmu. Zawierało też wizję geopolityczną – i to dalekowzroczną.

Po rozbiorach i II wojnie światowej było jasne, że osaczenie przez wrogów ze wschodu i zachodu to śmiertelne zagrożenie dla Polski. Związanie jednego z potencjalnych wrogów dobrymi relacjami z Polską zmniejszało ryzyko kolejnej katastrofy. Wobec destruktywnej postawy elit politycznych – i tych demokratycznych w Niemczech Zachodnich, i tych komunistycznych w Warszawie – przywódcy polskiego Kościoła przejęli odpowiedzialność za zbliżenie obu narodów i krajów.

Bo też ich celem było nie tylko pojednanie z Niemcami, ale również przezwyciężenie jałtańskiego podziału Europy. Świadczy o tym kilka wiarygodnych źródeł.

Zacytujmy jedno. Niemiecki duchowny Alfred Sabisch tak relacjonował w poufnej notatce dla niemieckiego episkopatu poglądy Kominka, na krótko przed publikacją Orędzia: 

„uważa przyłączenie się do zachodniej Europy za kwestię egzystencjalną dla jego ojczyzny i dla polskiego Kościoła (...). Temu celowi ma służyć (co oznajmił w ścisłej tajemnicy) skierowane do niemieckich biskupów braterskie zaproszenie do udziału w Milenium” (tj. obchodach tysiąclecia chrztu w 1966 r.; był to element listu do niemieckich hierarchów).

Antykomunistyczny w istocie wymiar Orędzia rozpoznali wtedy i polscy publicyści emigracyjni, i rządzący w PRL komuniści. Ci drudzy, atakując biskupów po publikacji Orędzia, zarzucali im, że chcą wyprowadzić Polskę z bloku wschodniego.

Ale jak kilkanaście stron maszynopisu z podpisami 39 biskupów miałoby przyczynić się do tak dalekosiężnych skutków? Odpowiedzi Kominek udzielił jeszcze w 1962 r.: „Kierownicy partii wiedzą dobrze, że Polacy rzeczywiście nienawidzą tylko Rosjan, i dlatego chcą tę nienawiść skierować w inną stronę, w stronę Niemców, trzymając Polaków w strachu przed Niemcami, co związuje ich ze Związkiem Radzieckim i komunistami”.

Politycy PiS twierdzą, że pojednanie polsko-niemieckie było fikcją

Po upadku komunizmu Orędzie było pozytywnie oceniane przez przytłaczającą większość badaczy i komentatorów. Jednak w ostatnich latach to się zmienia – głównie za sprawą  krytycznej oceny procesu pojednania polsko-niemieckiego, którą formułują w Polsce zwłaszcza środowiska prawicowe.

Trend ten oddaje np. wypowiedź polityka PiS Arkadiusza Mularczyka z 2017 r.: 

„Myślę, że byliśmy jako Polacy przez wiele lat oszukiwani frazesami o polsko-niemieckim pojednaniu. A Niemcy prowadziły wobec Polski bezwzględną i bezduszną politykę unikania płacenia odszkodowania (...). Czy chcemy (...) być oszukiwani jakimś fikcyjnym pojednaniem, czy chcemy ubiegać się o swoje interesy, domagać się zadośćuczynienia za II wojnę światową, jak robi i robiło to wiele krajów na świecie?”.

Oceniając tak krytycznie proces pojednania, polska prawica – podkreślająca zarazem przywiązanie do Kościoła – nie posuwa się do otwartej krytyki Orędzia, podpisanego wszak przez późniejszego świętego Jana Pawła II i błogosławionego Stefana Wyszyńskiego.

Jeśli jednak proces, którego Orędzie było kamieniem milowym, określa się jako „fikcyjne pojednanie”, to konsekwentnie trzeba by uznać, że jego polscy protagoniści ponieśli klęskę w konfrontacji z przebiegłymi i cynicznymi Niemcami.

Polski sukces o wymiarze historycznym

Tak jednak nie było. Pojednanie polsko-niemieckie było sukcesem o wymiarze historycznym. Wcześniej pokolenia Polaków i Niemców żyły w przeświadczeniu, że nie ma alternatywy dla polsko-niemieckiej wrogości. Dziś Polska i Niemcy są sojusznikami w NATO i UE. Przezwyciężono tamten podział Europy.

Pojednanie jest też polskim szlagierem eksportowym – szukając inspiracji do przezwyciężenia wrogości, o przyczyny sukcesu polsko-niemieckiego zbliżenia pytają ludzie z krajów bałkańskich, Korei, Japonii.

Skąd więc krytyka? Wydaje się, że ma ona kilka przyczyn. Pierwsza to cyniczna kalkulacja. Po stronie prawicowej, zwłaszcza PiS-u, widoczna jest taktyka bicia przeciwników politycznych antyniemiecką „pałką”. Aby dezawuować „niemieckich pachołków”, działających rzekomo „für Deutschland” i na szkodę Polski, trzeba konstruować jak najczarniejszy obraz ich rzekomych zleceniodawców.

Stąd podkreślanie nie tego, co w relacjach polsko-niemieckich udało się osiągnąć, ale tego, co wciąż nas dzieli. Stąd także tworzenie narracji, jakoby Niemcy, nasz sojusznik z Unii i NATO, były dla Polski prawie takim samym zagrożeniem jak putinowska Rosja. I stąd kwestionowanie autentyczności pojednania.

„Cel pozostaje jak dotąd niezrealizowany”

Przyczyna druga to autentyczne rozczarowanie wynikami procesu pojednania. Krytycznie postrzega się w Polsce stan niemieckich rozliczeń ze zbrodniczą polityką III Rzeszy. Zauważa się, że olbrzymia większość sprawców uniknęła kary, a ogromne polskie straty i cierpienia w niewielkim stopniu zostały zrekompensowane. Irytację budzi fakt, że wiedza o skali zbrodni wobec Polaków jest w Niemczech niewielka.

Ponadto rosyjski atak na Ukrainę ukazał w nowym świetle niemiecką politykę wobec Rosji, której symbolem stał się gazociąg Nordstream. Cynizm i egoizm tej polityki, połączony z lekceważącym stosunkiem do bezpieczeństwa wschodnich sąsiadów Niemiec, może rodzić uzasadnione pytania o autentyczność pojednania.

Uważam jednak, że te i inne deficyty nie są dowodem na to, iż pojednanie było nieprawdziwe albo zakończyło się fiaskiem, lecz że wymaga ono kontynuacji.

Pojednanie to mozolny proces, a jego efekty objawiają się stopniowo. Wrogości, która przez pokolenia dzieliła Polaków i Niemców, a także związanych z nią schematów myślenia i działania, nie da się całkiem przezwyciężyć w ciągu kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat.

Wiele udało się dokonać, ale przed nami wciąż długa droga. Przypomnieli o tym w 2017 r. niemieccy sygnatariusze apelu do Bundestagu o stworzenie w Berlinie pomnika polskich ofiar nazizmu: „Cel, jakim jest polsko-niemieckie pojednanie, podobne do udanej przyjaźni niemiecko-francuskiej, pozostaje, jak dotąd, niezrealizowany”.

Niemiecka droga do uznania własnej winy

Warto przypomnieć, jak zmieniał się stosunek Niemców do kwestii winy i odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej.

Zainicjowana po 1945 r. przez aliantów denazyfikacja skończyła się fiaskiem. Wprawdzie procesy esesmanów z Auschwitz we Frankfurcie nad Menem (1963-66) wywołały dyskusję, ale to dopiero amerykański serial telewizyjny „Holocaust” sprawił, iż szerokie kręgi społeczeństwa zdały sobie sprawę z ogromu zbrodni. Przy czym świadomość ta dotyczyła głównie Zagłady – ofiary nieżydowskie wciąż były w cieniu.

I tak musiało minąć jednak kilka dekad, zanim w 2005 r. powstał w Berlinie pomnik ofiar Holokaustu. Trzy lata później zaś pomnik prześladowanych osób homoseksualnych, w 2012 r. pomnik Sinti i Romów, w 2014 r. ofiar eutanazji. Dopiero w 2025 r. – pomnik ofiar polskich (jak słyszymy, tymczasowy).

Sądowe rozliczanie szło, jak wiadomo, opornie. Powoli przebijał się do świadomości fakt, że zbrodnie nie były udziałem jedynie małej grupy fanatyków. Mit „rycerskiego Wehrmachtu” upadł dopiero w latach 90. XX w. Już w XXI w. odkrywano, jak bardzo w maszynę zbrodni zaangażowane były środowiska prawnicze, naukowe, medyczne itd.

Opornie następowało wypłacanie zadośćuczynienia, przy czym państwa bloku wschodniego traktowano dodatkowo po macoszemu. Dopiero w latach 90. Polska otrzymała 500 mln marek, a w 2000 r. kolejne 1,8 mld marek (od niemieckiej gospodarki) jako zadośćuczynienie dla ofiar pracy przymusowej. W porównaniu ze skalą strat i cierpień to kwoty symboliczne.

„Z żalem i wstydem patrzymy na ofiary”

Powoli zmieniało się też po roku 1945 nastawienie Niemców do Polaków. Jeden z pionierów pojednania, ks. Helmut Holzapfel, pisał latem 1965 r. o „nienawiści do Polski”, która jest „żywa także wśród niemieckich katolików, o czym przekonuje mnie tak wiele listów. Antysemityzm został u nas prawnie zakazany, tym bujniej rozplenia się antypolonizm”.

Jednak zmiana następowała. Gdy biskup Berlina Julius Döpfner w 1960 r. wezwał niemieckich katolików do zmiany ich nastawienia wobec Polski, spotkał się z niezrozumieniem i oporem – wielu Niemców wolało widzieć się w roli ofiar. Ale już w 1966 r. po raz pierwszy więcej obywateli RFN opowiadało się za uznaniem granicy na Odrze niż przeciwko.

Odpowiedź niemieckich biskupów na Orędzie z 1965 r. była chłodna i zdystansowana – z obawy przed negatywnymi reakcjami większości niemieckich katolików (byli wśród nich wysiedleńcy). Ale gdy w 1978 r. Wyszyński i Wojtyła odbywali pierwszą podróż po RFN, byli triumfalnie witani przez tłumy.

Publicysta „TP” Mieczysław Pszon tak pisał o nabożeństwie w Kolonii: „Olbrzymi aplauz (...). Ostatni raz przeżywano podobny, gdy był tu prezydent John Kennedy, a taki tłum jak dzisiaj widziała katedra podczas requiem po śmierci Adenauera [w 1967 r.]”.

Warto porównać tamtą odpowiedź niemieckich biskupów z 1965 r. z dokumentem niemieckiego episkopatu wydanym 55 lat później. Biskupi niemieccy przyznają w nim, że ich Kościół w czasach nazizmu był częścią „wojennego społeczeństwa” i jest współodpowiedzialny za masowe zbrodnie, w tym zbrodnie na Polakach. W dokumencie czytamy: 

„Dzisiaj z żalem i zawstydzeniem patrzymy na ofiary (...). Z perspektywy czasu fakt, iż przez wiele lat nie widziano cierpienia i ofiary innych (...) budzi szczególny wstyd”.

Czy strona polska była nieudolna w obronie naszych interesów?

Tak, pojednanie to mozolny proces. A jednak jesteśmy dziś bliżej siebie, niż mogłoby się zdawać, sądząc po słowach polityków i tonie medialnych komentarzy.

Dowodem na to jest, paradoksalnie, obecny spór o reparacje / odszkodowania. Gdyby toczył się on 20 lat temu, po stronie niemieckiej od razu pojawiłyby się głosy, że w odpowiedzi należy wystawić stronie polskiej rachunek za niemieckie ofiary wysiedleń i ich utracone mienie. Dziś twierdzenia takie pojawiają się na marginesie niemieckiej debaty, gdyż powszechna jest świadomość, że nie można jedną miarą mierzyć zbrodniczych działań i ich późniejszych skutków. Niemcy się zmieniają.

Zmienia się też Polska. Rośnie jej znaczenie, a wraz z nim – możliwości działania. Jednak dzisiejszej sytuacji nie można projektować na wcześniejsze dekady – i zarzucać polskim protagonistom pojednania, jakoby byli naiwni, ulegli wobec partnera czy nieudolni w obronie naszych interesów.

Gdy biskupi polscy wyciągali w 1965 r. ręce do biskupów niemieckich, kierowali się nie tylko etyką, ale i przekonaniem, że pojednanie z Niemcami jest warunkiem odzyskania przez Polskę wolności i należnego jej miejsca w Europie. Dlatego Kominek z przekonaniem twierdził w 1966 r.: 

„Kto zwalcza pojednanie narodu polskiego z narodem niemieckim – uderza w twarz polską rację stanu”.

Nie naiwność, lecz polityczny realizm

Ahistoryczne jest też czynienie podobnych zarzutów ludziom, którzy po przełomie 1989 r. stanęli na czele państwa.

Gdy Tadeusz Mazowiecki przekazywał Helmutowi Kohlowi znak pokoju w Krzyżowej w listopadzie 1989 r., Polska była na skraju bankructwa. Mazowiecki zabiegał u Niemców o umorzenie starych długów, udzielenie nowych kredytów, finalne uznanie granicy na Odrze i wsparcie dla polskich aspiracji dołączenia do Zachodu.

Wszystko to otrzymał. Czy dzisiejsi krytycy pojednania naprawdę uważają, że w roku 1989 i 1990 – gdy na krótką chwilę otworzyło się sowieckie/rosyjskie „okno możliwości” dla zjednoczenia Niemiec (co było w interesie także Polski) – należało domagać się reparacji?

Tak, polscy protagoniści pojednania skłonni byli zawierać kompromisy. Nie wynikało to jednak z naiwności, lecz z realizmu. Wiedząc, co jest stawką, wiedząc, że nie ma idealnych rozwiązań, akceptowali te, które uważali za optymalne.

Obecne członkostwo Polski w UE i NATO, jej rosnące znaczenie polityczne i potencjał gospodarczy dowodzą, że nie była to zła strategia. Dowodzi tego również rozwój sytuacji na europejskim Wschodzie.

Niemieccy kardynałowie lobbowali za papieżem z Polski

Pojednanie nie oznacza, że należy unikać trudnych tematów i sporów. Warto toczyć je jednak w taki sposób, aby nie były destrukcyjne.

Przywołajmy tu apel Zespołu Episkopatu Polski ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec z 2017 r.: „Pojednanie to wielka wartość, którą udało się osiągnąć i którą podtrzymujemy dzięki wysiłkowi nie tylko polityków, ale licznych ludzi dobrej woli po obu stronach granicy. Mamy jednak świadomość, że łatwo można ją utracić przez nieprzemyślane decyzje, a nawet przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa”.

I dalej: „Ogromne znaczenie ma sposób, w jaki traktowane są niezałatwione sprawy w relacjach obu państw. Należy je podejmować na płaszczyźnie roztropnej dyplomacji, by podtrzymać z trudem osiągnięte zaufanie, a nie niweczyć poprzez wzbudzanie negatywnych emocji społecznych w którejkolwiek ze stron”.

Dbanie o jakość dialogu polsko-niemieckiego to zadanie także dla Kościoła, który kiedyś kładł pod nie podwaliny. I którego, dodajmy, był beneficjentem – prawdopodobnie nie byłoby papieża z Polski (wybranego także dzięki głosom niemieckich kardynałów i ich lobbingowi), gdyby nie wcześniejsze zbliżenie polskiego i niemieckiego Kościoła.

Aktualne przesłanie Orędzia sprzed 60 lat

Odpowiedzialność Kościoła powinna wyrażać się także w sprzeciwie wobec działań destrukcyjnych – zwłaszcza gdy podejmują je osoby deklarujące przywiązanie do Kościoła (czy wręcz go reprezentujące).

Bolesław Kominek pisał przed publikacją Orędzia: „Znów nadciąga wielka antyniemiecka fala propagandowa. Ale przerzucanie mostów musi kosztować i wymaga ofiar”. 

Karol Wojtyła wskazał, już jako papież, że „dla krajów dążących do pojednania i dla wszystkich, którzy pragną pokojowego współistnienia ludzi i narodów, nie ma innej drogi niż przebaczenie – przyjęte i darowane”. 

I jeszcze raz wspomniany już cytat z Kominka: „Kto zwalcza pojednanie narodu polskiego z narodem niemieckim – uderza w twarz polską rację stanu”.

Jakże te myśli są aktualne.

Dr hab. Robert Żurek jest teologiem i historykiem. Dyrektor zarządzający Fundacji Krzyżowa, autor prac naukowych, m.in. współautor tomu „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie. Orędzie biskupów polskich i odpowiedź niemieckiego episkopatu z 1965 roku: geneza, kontekst, spuścizna”.


Artykuł czytasz w otwartym dostępie. Powstał w ramach projektu popularyzacji wiedzy realizowanego przez Fundację Tygodnika Powszechnego z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Fundacji Renovabis. Inicjatywie partneruje Instytut Goethego


Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 46/2025

Redakcja: Wojciech Pięciak

Okładka: Biskup wrocławski Bolesław Kominek i prymas Stefan Wyszyński; lata 70. XX wieku. / Archiwum Fundacji Obserwatorium Społeczne / koloryzacja tp online

TP typografia: Andrzej Leśniak

Fotoedycja: Katarzyna Bułtowicz, Grażyna Makara

Wydawca: Fundacja Tygodnika Powszechnego

Dofinansowanie projektu: Fundacja Revonabis

Partner Wydania: Goethe Institut

Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Racja wiary i racja stanu

Artykuł pochodzi z dodatku Pojednanie polsko-niemieckie