Polska pod rządami komunistów, 60 lat temu. Rok 1965 dobiega końca. W kraju nie milkną echa Listu biskupów polskich do niemieckich. Zaskoczenie jest totalne, bo hierarchowie zachowali tajemnicę aż do jego ogłoszenia.
Gdy Władysław Bartoszewski, historyk związany z „Tygodnikiem”, odwiedza niemieckiego korespondenta w Warszawie Ludwiga Zimmerera, ten jest w szoku.
„Słuchaj, ten kraj to jest dom wariatów! – mówi Zimmerer. – Trwa walka polityczna, partia zwalcza Kościół, Kościół broni się przed partią, a tu nagle kilku starszych panów się zbiera i nikogo nie pytając, robi taki numer, który wszędzie wywołałby trzęsienie ziemi, a w Polsce nic im z tego powodu nie robią!”.
Diagnozę Zimmerera można rozszerzyć daleko poza Episkopat – na całe środowisko pionierów polsko-niemieckiego pojednania. Z jednym zastrzeżeniem: to nie byli wariaci, ale Boży szaleńcy. Ludzie łączący ogień z wodą: motywacje do szpiku ewangeliczne ze zmysłem praktycznym, wręcz pragmatycznym. Fides et ratio. Romantyczni realiści, którzy wartości nie rozmieniali na drobne, jednocześnie kierując się geopolityczną kalkulacją. Jak mawiał Bartoszewski: „Jestem realistą, nawet jeśli lubię marzyć”.
Zacznijmy jednak od początku.
Jak wymyślano nowy porządek po II wojnie światowej
W roku 1945, na ruinach komór gazowych i gruzach europejskich miast, na zgliszczach snów o moralnym przywództwie Starego Kontynentu – liczyło się jedno pytanie: jak tego w przyszłości uniknąć? Jak zapobiec katastrofie, która cyklicznie się powtarza i to na coraz straszliwszą skalę?
Od pokoju westfalskiego, który w 1648 r. zakończył wojnę trzydziestoletnią, dyplomaci pokładali wiarę w balansie sił między europejskimi mocarstwami. Balansie przeliczanym w traktatach na kilometry kwadratowe terytorium czy tonaż okrętów wojennych. Ale zamiast trwałego pokoju – wybuchały nowe konflikty. Ślepą uliczką okazał się porządek nakreślony po I wojnie światowej w Wersalu, gdy pobite Niemcy i ich sojuszników spotkała surowa kara. Efekt był odwrotny: zamiast zdusić pruski militaryzm, wykarmiono ludobójczy nazizm.
Po 1945 r. na wolnym Zachodzie nową receptę, nową nadzieję znaleźli politycy wywodzący się, nieprzypadkowo, przede wszystkim z kręgów chrześcijańskich. Uznali, że sama sprawiedliwość na nic by się tu zdała. Że wobec ogromu zbrodni, krzywd i upokorzeń – jedynie idea chrześcijańskiego przebaczenia zmobilizuje do odwagi, by radykalnie przestawić zwrotnicę dziejów. Że tylko realne zbliżenie między narodami, wspólnota wartości i interesów może odbudować i ocalić Europę.
Europejski wschód został odcięty żelazną kurtyną
Pierwszym etapem stało się pojednanie między Francuzami i Niemcami – dotąd oddzielonymi morzem krwi, którą wylano w czterech konfliktach dwóch stuleci: od czasów napoleońskich, przez rok 1870, po dwie wojny światowe.
Oczywiście na europejskim Wschodzie, odciętym żelazną kurtyną, nie było szans na realizację projektów kreślonych z taką swobodą i rozmachem. Jednak identyczna myśl kiełkowała też w Polsce, m.in. wśród ludzi skupionych wokół „Tygodnika Powszechnego”.
W 1995 r. Jerzy Turowicz wspominał: „Byliśmy świadomi, że działać musimy w państwie, którego system i władze są narzucone z zewnątrz. W państwie, które na lata pozostanie zależne od Związku Sowieckiego. Byliśmy jednak przekonani, że po tragedii II wojny pokój w Europie można zbudować wyłącznie na pojednaniu między skonfliktowanymi narodami”.
Po prostu: na Wschodzie do podobnego celu jak na Zachodzie trzeba było iść drogą dłuższą i okrężną. A na początku – wydeptać własną wąską ścieżkę. Tuż obok autostrady, którą pędziła powojenna polityka mocarstw.
„Stan nieważkości” w relacjach polsko-niemieckich
Tuż po 1945 r. relacje niemiecko-polskie cechował, jak pisał Stanisław Stomma, stan nieważkości: „Na początku wcale ich nie było, ale poza tym – rzecz szczególna – nie było w ogóle wiadomo, jak się mają kształtować, jaki mają mieć sens i nawet jakie podłoże geopolityczne”.
Dopiero „odwilż” Października ’56 umożliwiła – obok relacji z komunistyczną NRD – półoficjalne mikrokontakty między Bonn a Warszawą. Jednak to nie ostrożna dyplomacja, ale pionierskie inicjatywy i osobiste kontakty Bożych szaleńców przyniosły przełom, potwierdzając sens przypowieści o ziarnku gorczycy.
Kto był siewcą? Na przykład Günter Särchen: świecki pracownik diecezji w Magdeburgu (NRD). Jako nastolatek w mundurze Wehrmachtu patrzył na upadek III Rzeszy, a po wojnie szybko odrzucił NRD-owską ułudę. Stał się chrześcijańskim pozytywistą, który do zbliżenia z Polakami postanowił iść przez pracę oddolną, organiczną.
W 1960 r. zapakował książkami trabanta i po raz pierwszy pojechał do PRL. Prywatnie, niemal w ciemno. Szedł od człowieka do człowieka. We Wrocławiu bp Bolesław Kominek zasugerował mu kontakt z ludźmi z „Tygodnika”, Klubów Inteligencji Katolickiej i środowiskiem Tadeusza Mazowieckiego, redaktora naczelnego „Więzi” i posła Koła Znak w Sejmie PRL.
Oburzony Särchen wypalił: „Ja z komunistycznymi świeckimi nie chcę mieć nic wspólnego”. Rozbawił tym Kominka. „Typowy Niemiec, nic nie rozumie. To nie tak. Niech pan ich odwiedzi. To dobrzy świeccy. Tylko czasem trochę zwariowani” – odparł biskup, który pięć lat później będzie autorem Orędzia do Niemców.
Günter Särchen i Mieczysław Pszon: kamienie uruchomiły lawinę
Tak Särchen trafił na Wiślną 12. Ciekawe, czy w redakcji „Tygodnika” usłyszał bon mot Mieczysława Pszona: „Kto tak naprawdę w Polsce interesuje się Żydami? Żydzi i endecy. A kto się naprawdę w Polsce interesuje Niemcami? Niemcy i endecy”.
Dowcip miał drugie dno, biograficzne: przed wojną Pszon był działaczem Stronnictwa Narodowego. Z antysemityzmu otrząsnął się w trakcie wojny. Potem w stalinowskim więzieniu czekał na wykonanie wyroku śmierci, który zamieniono mu następnie na dożywocie. Na wolność wyszedł dzięki „odwilży”.
Do śmierci dźwigał niewyobrażalną traumę. Ale właśnie dzięki temu – jak zgodnie podkreślali jego polscy i niemieccy przyjaciele – stał się filarem pojednania. Dla Niemców odwiedzających wtedy Polskę był – cytuję za różnymi wspomnieniami – najważniejszym adresem, jednoosobowym biurem, przyjacielem, mentorem.

Särchen i Pszon – dwa z kamieni, które uruchomiły lawinę, porywając innych. Bo z czasem to, co szalone, spontaniczne i prywatne, rozrastało się i krzepło. Słowa i gesty nabierały ciężaru społecznego i politycznego, powstawały struktury – by wymienić tylko Akcję Znaków Pokuty, Maximilian-Kolbe-Werk z RFN (organizację pomagającą byłym więźniom kacetów) czy seminaria oświęcimskie Znaku i Pax Christi. Aż po Krzyżową, gdzie w 1989 r. premier Mazowiecki i kanclerz Kohl wymienili znak pokoju.
Oczami polskich ofiar wojny
Ale na początku było doświadczenie osobiste, przenikające się z wiarą. Przykładem historia ks. Adama Bonieckiego, którą podzielił się z czytelnikami „Tygodnika” dopiero w 2005 r. (w wydaniu na 40. rocznicę Orędzia). W 1944 r. Niemcy rozstrzelali jego ojca, oficera rezerwy, z nieludzką skrupulatnością odsyłając potem rodzinie portfel i zegarek.
„Pamiętam, po śmierci Ojca moja matka powiedziała mi: jeśli zamierzasz przystąpić do spowiedzi i komunii, nie możesz mieć w sercu nienawiści – wspominał ks. Boniecki. – Wydawało mi się, że jej nie mam. Miałem żal i obraz tych, którzy aresztowali Ojca. W trakcie ich wizyty wytężałem uwagę i mówiłem sobie: muszę zapamiętać ich twarze, a po wojnie ich znajdę. Ale nigdy ich oczywiście nie szukałem. Nie próbowałem zapomnieć. Są przeżycia, których zapomnieć się nie da. Wszystko, co niemieckie, traktowałem jako dalekie i obce, podejrzane. Tak było do czasu…”.
Do czasu, gdy w 1965 r. w redakcji „Tygodnika” spotkał Niemców z Akcji Znaków Pokuty: „Ich słowa i czyny wyrażały świadomość, że nie wszystkie krzywdy można wynagrodzić. Widziałem ich żal za nie swoje w końcu winy i było to początkiem budowania we mnie poczucia wspólnoty”.
Podobne spotkanie było przełomowe także dla Bartoszewskiego, który dotąd spośród Niemców znał tylko oprawców z Auschwitz i zbrodniarzy, z którymi siedział w stalinowskich więzieniach.
W latach 60. z inicjatywy „Tygodnika” zaczął oprowadzać przybyszów zza Odry po Warszawie, co wspominał potem z typową dla siebie przekorą:
„Chcieli pokutować – no to ja im pomagałem pokutować: oprowadzałem po Pawiaku, alei Szucha, terenie getta, opowiadałem o Powstaniu Warszawskim. Dla tych młodych ludzi spotkanie ze mną było czymś wyjątkowym, spotykali bowiem człowieka, który mając lat osiemnaście, był w niemieckim kacecie, potem w ruchu oporu, po wojnie prześladowali go stalinowcy, a dziś działa w katolickim piśmie i chce się jednać z Niemcami – z ich punktu widzenia: szczyt marzeń…”.
Otwarcie na Niemcy podkopywało sowiecką dominację
Zarazem pionierom polsko-niemieckiego pojednania – powtórzmy – nie było obce myślenie w kategoriach racji stanu. Z polskiego punktu widzenia kapitalne znaczenie miał tu – patrząc z dzisiejszej perspektywy – strategiczny zwrot ze Wschodu na Zachód. Wyrwanie się z pułapki geografii, czyli położenia między dwiema wrogimi potęgami.
Bo otwarcie na Niemcy podkopywało dominację Związku Sowieckiego i porządek jałtański. Poufna notatka, którą przed opublikowaniem Orędzia biskup Kominek przekazał niemieckiemu Episkopatowi, uderza śmiałością wizji. „Europa to przyszłość – nacjonalizmy są wczorajsze” – konstatował Kominek i postulował stopniową budowę federacji narodów, które zrzekną się części suwerenności w obszarach bezpieczeństwa i gospodarki.
Podobnie o polsko-niemieckim zbliżeniu myśleli Pszon, Stomma, Turowicz i Bartoszewski. Pszon wspominał, że z endecką niechęcią do wszystkiego, co niemieckie, rozstał się w komunistycznym więzieniu:
„Zaraz po wojnie w Polsce odrzucano jakąkolwiek ideę współpracy z Niemcami, zarówno na płaszczyźnie osobistej, jak i tym bardziej państwowej. Mnie się wydawało, że sytuacja uległa całkowitej zmianie: zagrożenie niemieckie przestało być aktualne i trzeba wyzwolić się z uprzedzeń, podbudowanych często okropnościami wojny. Czułem, że doktryna mówiąca, iż Niemiec jest najgorszym wrogiem, doskonale nadawała się do usprawiedliwienia wasalnej podległości Polski wobec ZSRR”.
„Niemcy to specyficzny naród”
Patrząc na zbliżenie z Niemcami w kategoriach geopolitycznych zysków, środowisko to jednak rozumiało, że proces ten musi być głębszy, oparty na autentycznej zmianie postaw.
W głośnej książce „Czy fatalizm wrogości?” z 1980 r. Stomma podkreślał, że nie chodzi o to, by Niemcy były demokracją i kropka. Republika Weimarska też była demokratyczna, a prowadziła antypolską politykę.
Stomma rozumował tak: „Gwarancją bezpieczeństwa dla państw, które mogłyby się poczuć zagrożone, są skuteczne układy sojusznicze. Gwarancja to bardzo istotna, ale – w odniesieniu do Niemiec – zewnętrzna. Niezależnie od układów międzynarodowych narody z Niemcami sąsiadujące chciałyby widzieć także i gwarancję wewnętrzną, to jest wynikającą z zupełnie pewnej sytuacji psychicznej i ideowo politycznej społeczeństwa niemieckiego”.
Identyczną myśl wyraził – pół żartem, pół serio – Władysław Bartoszewski, już jako minister III RP: „Niemcom zawsze opowiadam, co mnie i innym zrobili w Auschwitz. Oni tego słuchają i nasłuchać się nie mogą. Ale to specyficzny naród o skłonnościach sadomasochistycznych. Tyle że u nich to wygląda inaczej, naprzemiennie. Raz mają fazę sado, a raz maso. A polską racją stanu jest utrzymywać Niemców jak najdłużej w fazie maso”.
Ostatnia misja Mieczysława Pszona
Ta polska karta łączyła się wówczas z wielką grą – niemiecką, europejską i światową. Kanclerz Adenauer powtarzał, że nie będzie zjednoczenia Niemiec bez normalizacji ich stosunków z Francją, Polską i Izraelem. Z kolei w kazaniu wygłoszonym w Berlinie w 1960 r. kard. Julius Döpfner, odnosząc się do pytań o granicę na Odrze, nie pozostawiał wątpliwości: „Dla przyszłości wspólnota narodów i państw jest ważniejsza niż problem granic”.
Tamci politycy, biskupi, intelektualiści i dziennikarze nie bawili się zapałkami. Pamiętali pożar, który spalił Europę. Gdy w 1972 r. opozycyjni wtedy deputowani CDU/CSU chcieli w Bundestagu głosować przeciw ratyfikacji traktatu polsko-niemieckiego – zawartego dwa lata wcześniej przez lewicowego kanclerza Brandta – Stomma pojechał do RFN i mówił im w twarz:
„Zrozumieć tego nie mogę, jak ktokolwiek mógłby się ważyć na tak zgubny krok. Oznaczałoby to przyjęcie straszliwej odpowiedzialności za przekreślenie próby porozumienia narodów. Jak można niszczyć takie dzieło?”.
Traktat został ratyfikowany. Chadecy, których istotną część elektoratu stanowili wysiedleńcy zza Odry, umożliwili to, wstrzymując się (jeszcze) od głosu.
Kilkanaście lat później, jesienią 1989 r., gdy w Europie Wschodniej historia ruszała do przodu, nowy premier Tadeusz Mazowiecki wysłał do Bonn swojego emisariusza. Z jednym właściwie, nadrzędnym zadaniem: doprowadzić do tego, by chadecki kanclerz Helmut Kohl stał się sojusznikiem dla polskiego zwrotu geopolitycznego, który właśnie się zaczynał.
Emisariusz nazywał się Mieczysław Pszon. Miał już 73 lata. Z obecnej perspektywy można powiedzieć, że do tej swojej misji, ostatniej i może najważniejszej, przygotowywał się całe życie.
Zadanie wykonał.
Artykuł czytasz w otwartym dostępie. Powstał w ramach projektu popularyzacji wiedzy realizowanego przez Fundację Tygodnika Powszechnego z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Fundacji Renovabis. Inicjatywie partneruje Instytut Goethego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















