1.
Wydaje mi się, że rozumiem, dlaczego Eliot Weinberger lubi kamienie.
Lubi też powtarzać, że jedyna reguła zakłada, że wszystko, co się pisze, musi być prawdą. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie ma w tej chwili innego słowa tak wypaczonego jak „prawda” (oprócz – być może – „wolności”), ale Weinberger ma na myśli prawdę w bardzo specyficznym wydaniu. W jego esejach – które najczęściej pozostają bez narzucających się tez – spotykamy motywy takie jak: sny postaci historycznych i wymyślonych, skutki błędów translatorskich, fikcyjne opisy prawdziwych krajów (lub odwrotnie, prawdziwe opisy fikcyjnych krajów), niezrozumiałe fragmenty starodawnych tekstów i mało znanych mitologii. To wszystko jest „prawdziwe” właśnie w tym sensie, że ktoś w przeszłości autentycznie te rzeczy wymyślił, śnił, pisał itp. Jest w tym coś z George’a Berkeleya – u Weinbergera nie ma za bardzo świata jako takiego, istnieje tylko świat widziany i wyobrażany przez ludzi.
(Zanim uznamy, że to wszystko jest mało poważne, przypomnijmy, że Johannes Kepler dotarł do wielu swoich teorii – początków współczesnej fizyki – starając się udowodnić racje Dantego. Podobnie wiele ruchów politycznych ma swoje korzenie w obłędnych mitologiach, wystarczy spojrzeć, jaki wpływ miał Mickiewicz na samobójcze zrywy naszego biednego narodu).
Wydarzenia na Festiwalu Conrada oraz treści związane z Festiwalem są bezpłatne. Jeśli chcesz, możesz wesprzeć jego powstawanie, kupując bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki na platformie Partnera Strategicznego Festiwalu – Allegro.
Wracając do kamieni: pojawiają się one (esej „Kalendarz z kamieni” w zbiorze „The Ghosts of Birds”) przede wszystkim jako pusta kanwa, na której ludzka fantazja może szaleć do woli – w Kopenhadze w siedemnastym wieku używane jako leki, w Chinach w piątym wieku traktowane jako obiekt zabobonów, magiczne kamienie u Orfeusza i Kabalistów. Poezja i historia, starożytność i nowożytność, Azja i Europa współżyją tutaj na całkiem równych prawach i jakakolwiek próba ich oddzielenia mijałaby się z celem. Na przykład, w części 26. czytamy:
Japonia:
Nieznajomy daje ci kamień i prosi, żebyś go trzymał.
Zakłopotany, weźmiesz go.
Kamień rośnie.
Rośnie, aż cię przygniecie.
2.
Nie za bardzo umiemy się odnosić do odległych kultur. Coraz częściej patrzymy na nasze osiągnięcia np. w antropologii i widzimy, zakłopotani, że nasze wnikliwe analizy mniej lub bardziej odbijają przede wszystkim nasze kompleksy wyższości czy po prostu niekompetencję. W Ameryce Północnej spotkamy się z przekonaniem, że każda próba mówienia w imieniu lub z punktu widzenia innej kultury oznacza zawłaszczenie.
Weinberger korzysta z tej niezręczności, żeby pokazać, co robimy (i co dzieje się w nas), gdy patrzymy na Azję – często nie opuszczając granic swojego kraju. Pierwsza część „[Octavio] Paz w Azji” (w zbiorze „Outside Stories”) to kompendium uprzedzeń, mitów i niczym nie skrępowanych fantazji o Azji w dziełach wybitnych zachodnich pisarzy. Czasem wulgarnych, czasem literacko olśniewających i nowatorskich, czasem po prostu głupich (angielski poeta William Empson tłumaczy wieloznaczną wypowiedź „Ser się kruszy” we własnym wierszu „Chiny” w następujący sposób: „przedłużający się chaos w Chinach spowodował, że wszystko sprawiało wrażenie kruszącego się sera”).
Podchodzę do pierwszej części tego eseju nieco inaczej za każdą lekturą. Czasem uważam, że jest to po prostu żałosna historia naszego powierzchownego stosunku do Azji. Czasem z kolei widzę zadziwiające piękno w tych błędnych próbach poradzenia sobie – jakkolwiek niezręcznie – z wielkim nieznanym. A czasem po prostu wydaje mi się, że tak się boimy prawdziwego kontaktu z inną kulturą, że wolimy ją po prostu wymyślić od zera.
Druga część tego samego eseju to przedziwna kulturowa wymiana między Meksykiem i Azją, od tradycyjnych ubrań przez kuchnię aż po literaturę. Weinberger przedstawia skrócone opisy skrzyżowań tych kultur. Między wersami czuję przekonanie obecne we wszystkich jego książkach w tysięcznych odmianach: mamy do czynienia z pięknem, kiedy kultura wymyka się z „czystości” i programowości, właśnie kiedy smaży się w cudzym sosie.
Być może właśnie tego należy spodziewać się po tłumaczu (Weinberger przełożył między innymi Jorge Luisa Borgesa, Octavia Paza, Vicente Huidobro z hiszpańskiego i Bei Dao z chińskiego). Z autopsji mogę potwierdzić, że ten zawód stawia pod permanentnym znakiem zapytania rozróżnienie między „naturalną ewolucją kultury” a „ingerencją kultur zewnętrznych”. Po prostu po jakimś czasie ta różnica przestaje mieć znaczenie.
3.
„Prawdy” nie wolno mylić z „autentycznością”. To drugie pojęcie istnieje w esejach Weinbergera jako tak zwany chłopczyk do bicia. W eseju „Autentyczne podróbki” (w tomie „Karmic Traces”) autor patrzy na niesławną historię Jerzego Kosińskiego i jego „Malowanego ptaka”. Nie robi tego bynajmniej po to, byśmy przypomnieli sobie, jakim oszustwem była ta książka (Kosiński nie mówił zbyt dobrze po angielsku, kiedy jego powieść została wydana – przypuszczano, że albo ktoś książkę mu przetłumaczył albo wręcz Kosiński ukradł rękopis od innego, nieżyjącego pisarza), lecz aby zademonstrować, jak oceniamy literaturę na podstawie aury autentyczności.
Pisze: „chociaż tekst zostaje cały czas ten sam, jego ważność maleje w związku z tożsamością autora, w następującej kolejności: Kosiński – autentycznym pisarzem, tłumaczem, konsultantem, Kosiński – plagiatorem, młodym stenografem cudzego maszynopisu. Salvador Dali powiedział, że pierwsza osoba, która porównała policzki kobiety do róży, prawdopodobnie była geniuszem; druga osoba przypuszczalnie była idiotą”.
Ciąg dalszy to obrona najbardziej fascynujących i pomysłowych fałszerzy (których udało się zdemaskować) w historii. Stopniowo rodzi się dziwne przeczucie, że podział na artystów i fałszerzy jest często kwestią czystej konwencji lub przypadku – może nawet być arbitralny. Koniec końców, może źródła naszego dyskomfortu nie należy szukać ani w „Malowanym ptaku”, ani w biografii Kosińskiego, tylko w nas samych.
(W innym eseju Weinberger cytuje Roberta J. Flaherty’ego, autora pionierskich filmów dokumentalnych: „Czasem trzeba trochę kłamać. Często trzeba coś zniekształcić, żeby złapać prawdziwego ducha”.)
Chyba nie trzeba dodawać, że w latach, w których Weinberger napisał ów esej, byliśmy bardzo daleko od współczesnej „polityki tożsamości”, dla której gwarancją autentyczności jest niemalże wyłącznie zauważanie rasy, płci oraz doświadczeń życiowych osoby piszącej. W roku 1995 wciąż można było nurzać się w sprzecznościach i wieloznacznościach tożsamości – bez poczucia, że brniemy na ślepo przez polityczne pole minowe.
4.
Biografia nie jest bynajmniej przeznaczeniem – ale nieraz działa jako zręczna metafora. Weinberger urodził się w 1949 w Nowym Jorku. Miał 19 lat, kiedy ruchy pokojowe i wolnościowe w Stanach Zjednoczonych przybierały na sile na tle kiepsko uzasadnionej wojny w Wietnamie, błyskawicznie i drastycznie transmitowanej przez telewizory do milionów amerykańskich domów.
Młodzi Amerykanie masowo protestowali przeciwko wojnie, odrzucali poglądy swoich rodziców („nie ufaj nikomu powyżej trzydziestki!”) i często uciekali do Kanady (wśród nich moi rodzice). Był to też moment otwarcia na inne kultury – Beatlesi czerpali garściami z muzyki i kultury hinduskiej, Antonioni i Kurosawa podbili amerykańskie kina studyjne, muzycy z The Art Ensemble of Chicago ubierali się jak Buszmeni z Afryki, chcąc powiedzieć, że wczorajszy prymitywizm jest dzisiejszą awangardą. Tak jak obecnie, wszystko było upolitycznione.
Mieszanina kulturowa stała się normą także dla Weinbergera. Być może dlatego najbardziej zaskakują i wyróżniają się jego współczesne eseje polityczne: w „Outside Stories” pisze o George’u Bushu, a jednym z jego najgłośniejszych tekstów staje się „Co słyszałem o Iraku w roku 2005” (patrz: „Oranges & Peanuts for Sale”). Esej powstał na podstawie artykułów z zagranicznej prasy (które Weinberger czytał w obcych językach), jest więc podsumowaniem wojny w Iraku, do którego zwykły Amerykanin nie miał dostępu. Przekazuje treści z dystansem, ton tragiczny spotyka się tu z suchą ironią. Z połączenia translacji, obcych perspektyw, odpowiedzialności obywatelskiej i literackiego eseju powstało dzieło zupełnie wyjątkowe, ale jednocześnie bardzo typowe w dorobku autora. Widzę w nim dowód, że język poezji zmienia nasze emocjonalne podejście do gazetowych dramatów – lub odwrotnie, że nawet w najbardziej martwym języku można znaleźć poezję.
5.
Być może za wiele tu wątków, ale piekielnie trudno jest krótko przedstawić autora, który pisze z taką erudycją i tak różnorodnie – i jest słabo obecny w języku polskim. Możemy tylko bezradnie machać rękami i starać się nie pogubić w tym gabinecie krzywych luster.
6.
Najbardziej konsekwentną książką Weinbergera (oprócz najnowszej, „Angels and Saints”) jest „Z rzeczy pierwszych”, w świetnym tłumaczeniu Mikołaja Denderskiego. Mowa o konsekwencji może wydawać paradoksalna, skoro mamy do czynienia z książką o tak wielkim rozrzucie czasowym i geograficznym. Jednak nie ma tu wstawek w rodzaju książkowych recenzji czy politycznych komentarzy, jakie znajdujemy w innych jego książkach. Weinberger powiedział kiedyś, że wybrał esej jako gatunek, ponieważ oferował wielkie pole do eksperymentu – jego awangardowy duch nigdy się nie zdezaktualizował. „Z rzeczy pierwszych” daje namacalne poczucie wolności w podejściu do tego, czym esej może być i czego może dotyczyć. Jednocześnie czuć tu powrót do źródeł samego gatunku. U wynalazcy eseju, Montaigne’a, znajdujemy tę samą niesamowitą rozpiętość tematów, tę samą przyjemność w odkrywaniu, czym esej może być. W podobnym duchu stworzony został „Człowiek z kamerą” Dżigi Wiertowa – film naszpikowany zaraźliwą energią reżysera, najwyraźniej zachwyconego mnogością narzędzi, które miał do dyspozycji. Czysta radość aktu tworzenia.
Najpiękniejszym esejem tego tomu jest „Wir” (angielski tytuł brzmi „Vortex”, słowo bardziej literackie). Okazuje się, że sławny „vorticism” („wirizm”) Ezry Pounda był zainspirowany indyjskim guru, który de facto był angielskim oszustem, nabierającym całe pokolenie Anglików na swoje „wschodnie mądrości”. Śledzimy teorię wirowania od starożytnych Greków przez Kartezjusza, Melville’a, Patandżalego i Wiwekanandę – i właśnie, kiedy jesteśmy przekonani, że obcujemy z czystą abstrakcyjną metafizyką, Weinberger wyrywa nam dywan spod nóg, bo okazuje się, że wszystko to odnosi się do amerykańskiej polityki imigracyjnej. Czujemy wyraźne szarpnięcie – chwilę temu mogliśmy być pewni, że bawimy się w mglisty mistycyzm, a tu nagle granica między poezją a twardym prawem znika.
7.
Najbardziej wzruszające dzieło Weinbergera (nieprzypadkowo współtłumaczyłem je razem z Stefanem Klemczakiem) to „Wodospady”. Ta historia źródeł „semityzmu” i „aryjskości” jest także jednym z najbardziej ponurych esejów autora. Znajdujemy w nim tę samą fascynację, tę samą cudowność w irracjonalnym rozwoju kultury, ale w tym przypadku jesteśmy świadomi nieuniknionego finału. Ten arcydługi cień Holokaustu, który tutaj rozciąga się aż po czasy biblijne (Borges pewnie by to szczególnie docenił), sprawia, że śledzimy tę niesamowitą kumulację mitów, błędów nauki i szachrajstw pseudonauki obdarci z zachwytu, jaki dostarczają nam inne eseje Weinbergera.
Technika pisarska przypomina tę z „Wiru”. W obu przypadkach czuć też zwątpienie – czy wszystkie wielkie osiągnięcia naszej cywilizacji nie są jakimś zbiorowym obłędem? Tylko w „Wodospadach” możemy poczuć, że korzenie tego masowego szaleństwa sięgają naprawdę głęboko – sięgają tego, kim jesteśmy i co świętujemy w naszej (tak, tak, nie tylko niemieckiej) cywilizacji. Jak tytułowe wodospady, esej ten gna do przodu i nabiera rozpędu z każdą stroną. Zostawia mnie z okropnym poczuciem opustoszenia i grozy, ale – i to jest właśnie niewytłumaczalne – chciałbym do niego wracać raz za razem.
Eliot Weinberger należy do długiej tradycji, która już prawie zniknęła – autorów piszących, jakby mieli kulturę książkową we krwi. Czytam jego eseje i wciąż czuję, że do tej pory rozumiałem świat tylko powierzchownie, że tyle zostaje do odkrycia.
ELIOT WEINBERGER (ur. 1949) – amerykański eseista, tłumacz, publicysta i krytyk literacki. Autor wielu tomów esejów, antologii literackich oraz prac krytycznoliterackich. Jego praca „What I Heard About Iraq” została uznana za jedną z najwybitniejszych książek antywojennych, doczekała się adaptacji teatralnych, radiowych i muzycznych. Weinberger jest redaktorem antologii poetyckich, m.in.: „American Poetry Since 1950: Innovators and Outsiders”, „The New Directions Anthology of Classical Chinese Poetry”. Do najbardziej znanych książek Weinbergera należą: „Karmic Traces”, „Oranges and Peanuts for Sale”, „The Ghosts of Birds”. Po polsku ukazały się jego „Wodospady” (2020) oraz „Z rzeczy pierwszych” (2020).
Podczas tegorocznej edycji Festiwalu Conrada odbędzie się spotkanie z Eliotem Weinbergerem, które poprowadzi Søren Gauger. Z autorem „Wodospadów” porozmawiamy o głodzie poznawania świata, a także erudycyjnym i pisarskim podążaniu własną drogą. Weinberger to również wnikliwy komentator życia politycznego, udowadniający, że miłość do zapomnianej wiedzy nie oznacza odgrodzenia się od spraw wspólnych. Zapraszamy na wyprawę przez wiele światów jednocześnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















