100 lat Herberta: jak się nauczyć podróży

Sto lat temu urodził się Zbigniew Herbert. Dzięki niemu wyruszyłem w podróże na ten jedyny prawdziwie szczęśliwy sposób.
Czyta się kilka minut
Zbigniew Herbert, 1981 r. // Fot. Krzysztof Gierałtowski / Forum
Zbigniew Herbert, 1981 r. // Fot. Krzysztof Gierałtowski / Forum

Zacząłem czytać jego książki w czasach, kiedy dla mnie samego jakiekolwiek podróże były zupełnie niedostępne. Poza zasięgiem. Italia i jeszcze bardziej słoneczna (jak to sobie słusznie wyobrażałem) Hellada były dla mnie czymś nieosiągalnym, choć dla wielu ludzi z mojego pokolenia rychło stały się czymś na wyciągnięcie ręki. Polska weszła do Unii Europejskiej, w polskich miastach rozkwitły lotniska i zadomowiły się tanie linie lotnicze, ale dla mnie wówczas uparta próba zamieszkania na stałe w Krakowie była jedyną podróżą. Też grubo powyżej moich ówczesnych możliwości.

Podróże Zbigniewa Herberta

Zbigniew Herbert jest więc dla mnie już na zawsze patronem podróży niedostępnej albo dostępnej jedynie warunkowo, tak jak zresztą i dla niego samego było w przypadku każdej wyrywanej ponuremu losowi podróży. Herbert nawet kiedy wreszcie gdzieś jest – i o tym w uniesieniu pisze – to zarazem cały czas pamięta, że mógłby tam wcale nie być, że nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek tam będzie. Każda jego podróż była możliwa tylko pod warunkiem przeskoczenia rozmaitych szlabanów politycznych, ekonomicznych i egzystencjalnych.

Może dlatego o podróżach Zbigniewa Herberta czytałem wtedy bez zawiści, ucząc się od niego, że podróż może się przydarzyć, ale może się też w ogóle nie przydarzyć. Może to dzięki niemu byłem w stanie w pełni docenić i w pełni cieszyć się podróżami, kiedy i dla mnie stały się one w jakimś zakresie dostępne.

Gdy zacząłem jeździć do opisywanych przez niego miejsc, zawsze miałem ze sobą jego książki. Byłem we Włoszech z „Barbarzyńcą w ogrodzie”. Byłem w Holandii z „Martwą naturą z wędzidłem”. Byłem w Grecji z „Labiryntem nad morzem”. A kiedy później do Włoch i Grecji powracałem, nie mając już fizycznie przy sobie żadnej z jego książek, bo zabierałem jedynie maleńki plecak na kilka tygodni wędrówki i nie mogłem sobie pozwolić na takie fanaberie jak książka, przekonałem się, że i tak na swój sposób mam je cały czas przy sobie.

Pamiętam bardzo wiele cytatów z podróżniczej trylogii Herberta – być może więcej nawet niż z jego wierszy. Pamiętam wiele scen, wiele myśli, czasem po prostu celnych zdań. Bo zdanie w eseistyce Herberta jest zawsze doskonale zatemperowane. Te frazy, te koncepcje, te obrazy siedzą cały czas w mojej głowie i wyskakują z niej, kiedy sam trafiam w rejon kiedyś przez niego opisywany. Rejon geograficzny albo rejon bytu. Przeczytana niegdyś i mniej lub bardziej dokładnie zapamiętana fraza Herberta pojawia się wtedy w moich myślach jak błysk. Oświetla i porządkuje moje własne doznania. Niekiedy po prostu pozwala zobaczyć, co tak naprawdę widzę.

Błysk pierwszy: Akropol

„Wysoko w górze – on!”, pisze Herbert, a ja nie potrafię nie wymówić tego zdania za każdym razem, kiedy też go widzę. Być może o Akropolu nie da się powiedzieć nic innego, jak tylko wyrazić to zdumienie, że on faktycznie tam jest, że ja go teraz widzę. Freud też pisał o tym paraliżującym zdumieniu wywołanym naocznym przekonaniem się, że Akropol faktycznie istnieje. I choć wcześniej o nim czytam, choć się do kolejnych wizyt przygotowuję, to nigdy nie potrafię potem poszukać tego miejsca, z którego Kserkses patrzył na bitwę pod Salaminą, ani tego, z którego Wenecjanie strzelili do tureckiej składowni prochu na szczycie, ani tych skał, po których weszli dwaj śmiałkowie, by zerwać nazistowską flagę. Zawsze powtarzam jedynie za Herbertem, że tam jest „on”. I nawet jak widzę go ze Wzgórza Filopaposa, kiedy w zasadzie jest w dole, to i tak powtarzam, że w górze.

Kiedy w nędznym hoteliku już na pograniczu z niesławną Omonią portier mówi mi, że, owszem, ma pokój, że mogę ten pokój zobaczyć, ale on ze mną nie pójdzie, bo winda dojeżdża tylko do któregoś piętra, a potem trzeba jeszcze w górę schodami, a potem trzeba przejść przez dach, bo pokój jest w takiej przybudówce – to ja już wiem, że ja ten pokój wezmę, bo skoro będzie się przechodziło przez dach, to wiadomo już, co będzie po drodze widać. „Co”, a może raczej „kogo”, bo przecież w tym Herbertowskim zawołaniu „on!” pobrzmiewa coś osobowego.

Błysk drugi: wino

Wino pije się w szklankach, a nie w naparstku na chudej nóżce”, donosi Herbert, raczej gdzieś z Włoch niż z Grecji. I zawsze ta radość, kiedy faktycznie do wina dostanie się szklankę. We Włoszech zdarza się to już niestety dość rzadko, właściwie tylko wtedy, gdy zamówi się wino domu, rozlewane na karafki, a i to raczej w jakiejś bezpretensjonalnej osterii. W Grecji o to łatwiej, bo w wielu knajpach mają tylko wino domu. A przecież Herbert ze szklanki pije też „lepsze chianti”, nawet w Sienie, kiedy tłumaczy, jak należy kosztować (i wąchać, i oglądać) wino.

Czasem, gdy starczy mi śmiałości, ignoruję postawiony przez kelnera kieliszek i nalewam sobie wino do przeznaczonej na wodę szklanki. Współbiesiadnikom czasem mówię coś o celebrowaniu zwyczajności, o tym, że wino ma być napojem codziennym, a nie świątecznym, chyba że mamy na myśli świętowanie codzienności właśnie. Moi towarzysze wiedzą jednak, jaka jest prawdziwa przyczyna, i niekiedy ktoś głośno powie: „Tak, tak, Herbert kazał pić w szklankach”.

Błyski trzeci: Wrawrona

Wrawrona? A u Herberta konkretnie Brauron, jak w starożytności. Miejsca, do których jedziemy właściwie tylko dlatego, że był tam Herbert. Dlaczego jedziemy do Wrawrony? Bo Herbert kazał jechać. Budzimy się w Eleusis (nie pamiętam, czy Herbert tu był, ale raczej musiał być). Wsiadamy w autobus do Aten. Wysiadamy na zachodnich przedmieściach. Jedziemy metrem na przedmieścia wschodnie. Jedziemy z przesiadką, na moment wynurzamy się z metra, by spojrzeć wiadomo na co (wiadomo na kogo), na przedmieściach wschodnich wsiadamy w inny autobus podmiejski, który przez żółtawe i suche krajobrazy Attyki wiezie nas do sennego potencjalnego kurortu (który jednak ani trochę nie jest kurortem), a stamtąd parę ładnych kilometrów pieszo w upale, wzdłuż szosy, z plecakami, z resztą wody.

Zadziwiająco niskie kolumny miejscowej świątyni Artemidy widać zza płotu, ale wejście jest z drugiej strony, dookoła, jeszcze jakiś kolejny kilometr. Stopem wracamy do wsi Artemida. Trudno o lepszą nazwę. „To nie wakacje, to męczarnia”, mówi wioząca nas kobieta, kiedy trochę zbyt dokładnie odpowiadam na pytanie, gdzie już byliśmy i co widzieliśmy. Herbert kazał. Kazał i do Wrawrony.

Błysk czwarty: suknia Terborcha

Nic tam Rembrandt, nic tam Vermeer. Herbert kazał oglądać Terborcha. „Może jednak jest w Amsterdamie?” – pytamy się, szukając go na próżno na ścianach haskiego Mauritshuis. „Może jednak przeoczyliśmy go w Hadze?” – mówimy, szukając go w amsterdamskim Rijksmuseum? „Wiesz, który! Ten z suknią! Ten, co na skrzydełku…”.

Parę lat później znajdujemy go w Berlinie i wtedy wybuch zupełnie nieracjonalnej radości, wtedy nagle znika cały ten nudny i w sumie dość rozczarowujący Berlin, wtedy znowu jesteśmy z Herbertem w Holandii. „Jestem w Holandii, królestwie rzeczy, arcyksięstwie przedmiotów” – powtarzam, choć konkretnie to jestem akurat w niemieckiej stolicy. Wpatruję się w tę faktycznie niesamowicie zrobioną suknię. Trzeba było posłuchać Herberta jeszcze i w tej sprawie: przyjść do tego muzeum i obejrzeć tylko ten jeden obraz.

Herbert uczył, aby zawsze wybierać jeden obraz do oglądania, ale na to jakoś nigdy nie mogłem się zdobyć. Może przy piętnastej wizycie, ale przecież nie przy pierwszej. Posłuchałem go tylko w Krakowie i tylko w dni wstępu wolnego do Muzeum Narodowego. Parę razy tak poszedłem: obejrzeć jednego Czapskiego, jednego Witkacego, jednego Wróblewskiego. Kiedyś w Berlinie pójdę oglądać tylko tę suknię.

Błysk piąty: spóźniony prom

„Statek nazywa się Tezeusz i nikt nie wie, kiedy przypłynie”. W Grecji wszystko się tak nazywa. Kolekcjonuję mitologiczne hotele, w których nocowałem. Spałem w Zeusie, w Posejdonie, w Apollinie, w Afrodycie. W Mykenach chciałem spać w Agamemnonie, bo chyba spał w nim Herbert. Do wyboru jest jeszcze Klitajmestra, ale ostatecznie lądujemy w bezimiennym pensjonacie naprzeciw nieczynnego Agamemnona.

Bezimienne pensjonaty są zresztą w Grecji najlepsze. Tak jak i bezimienne tawerny. Najlepiej, jak nazywa się po prostu „Tawerna”. Najlepiej, jak nie ma menu po angielsku. Niekiedy – szczyt marzeń! – w ogóle nie ma menu. Mówią, co mają, albo biorą człowieka do kuchni i pokazują palcem. A prom faktycznie się spóźnia. Spóźnia się autobus. Jeśli w ogóle jest autobus. Czasem nie da się dojechać tam, gdzie się planowało. Wtedy jedzie się tam, gdzie się da. Czasem się czeka.

Herbert nie mówi wprost, co się wtedy robi, ale między wierszami można u niego wyczytać, że wtedy się po prostu jest – nie tam, gdzie się chciało być, ale tam, gdzie się do tej pory było. Coś się je, coś się pije, patrzy się, rejestruje, próbuje zapamiętać.

Błysk szósty: Grecja kontra Włochy

Herbert pisze, że jadąc do Grecji spodziewamy się przedłużenia krajobrazu włoskiego. Chyba ma na myśli nie tylko krajobraz przyrodniczy, ale i krajobraz miejski, a może nawet ludzki. Ciekawe zresztą, że właściwie u wszystkich podróżujących powtarza się ta sama kolejność – Włochy najpierw, Grecja, ewentualnie, potem.

Znam wiele osób, które były we Włoszech, a nie były w Grecji, a chyba ani jednego przypadku odwrotnego. Grecja zaskakuje tym, że jest nie tylko południem, ale i wschodem. Może dlatego czujemy się tam jednak bardziej swojsko. Czasem myślę, że to nie tyle dwa filary, co może raczej dwa bieguny naszej tożsamości. Że jesteśmy trochę rozpięci między Włochami a Grecją. Między Rzymem a Atenami. Między autokracją a demokracją. Między ładem a chaosem. Między prawicą a lewicą. Między państwem a jednostką. Może dlatego tak zachwyca Sycylia, która jest trochę Włochami, a trochę Grecją.

Błysk siódmy i ostatni: byłem szczęśliwy

Siena. Długi tekst, robiący wrażenie długiego pobytu, ale przecież w rzeczywistości musiało to być ledwie kilka dni. Parę linijek wyżej kontrastowe wyznanie – Herbert wrzuca do sadzawki kilka lirów, chcąc tu jeszcze kiedyś wrócić, ale „prawdę mówiąc, nie ma wiele nadziei, abym tu wrócił”. Myślę o tych słowach bardzo często, gdy gdzieś przyjeżdżam, gdy skądś wyjeżdżam, gdy dokądś wracam. Podróże stały się dla mnie dużo bardziej dostępne. Tak dostępne, jak dla Herberta nie były pewnie nigdy.

Kiedyś czytałem jego teksty, myśląc, że ja sam nigdy tam nie pojadę. Dziś do Sieny mogę pojechać bez większego problemu. Z Krakowa do Pizy, do Perugii, do Bolonii – za sto złotych, za dwieście. Ale myślę też, że wraz z tą narastającą dostępnością coś innego staje się dla mnie coraz oporniej dostępne. Coraz trudniej o podróż niebędącą turystyką. Trudno o podróż w duchu Herbertowskim – podróż trochę z planem, a trochę bez planu, podróż łączącą muzea i katedry z wiejskim krajobrazem, lekturę z rozmową, spotkanie z klasykami ze spotkaniem z żywymi ludźmi, uzupełnioną zawsze o jedzenie i picie – o talerz makaronu, o szklankę wina. Takiej podróży wciąż szukam dla siebie, taką podróż próbuję sobie od czasu do czasu wykroić.

Wiem, że gdyby nie czytany wiele lat temu Zbigniew Herbert, nawet bym nie wiedział, że takiej podróży warto dla siebie szukać. To dzięki niemu od czasu do czasu też mogę powiedzieć: było mi tu dobrze, byłem szczęśliwy.

Maciej Miłkowski jest psychologiem, prozaikiem i tłumaczem. Wykłada twórcze pisanie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nakładem Wydawnictwa Próby ukazał się właśnie zbiór jego esejów „Anatomia opowiadania”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Siedem błysków