Noblista: święty, goły i turecki

Tłumacz Filip Łobodziński sprowadził do Polski nie jednego, ale kilkunastu Bobów Dylanów. Było z czego wybierać, bo wydany niedawno w Ameryce tom utworów pieśniarza waży dziesięć kilogramów i liczy tysiąc stron.

12.03.2017

Czyta się kilka minut

Bob Dylan i Suze Rotolo, Greenwich Village, Nowy Jork, styczeń 1962 r. / Fot. Ted Russell / EAST NEWS
Bob Dylan i Suze Rotolo, Greenwich Village, Nowy Jork, styczeń 1962 r. / Fot. Ted Russell / EAST NEWS

Dylan na papierze – zawyrokował jeden z polskich krytyków – jest goły jak święty turecki”. Nie widziałem nigdy świętego z Turcji, ani nago, ani w ubraniu, ale tak kategoryczny sąd, odmawiający Bobowi Dylanowi statusu pisarza, nie całkiem odosobniony, mógłby wprawić w zakłopotanie niejednego z angielskojęzycznych czytelników. Zeszłoroczny noblista bez trudu i skandalu znajduje bowiem miejsce w antologiach poezji amerykańskiej, gdzie towarzyszami broni są mu nie Tom Waits czy Patti Smith, ale Frank O’Hara i Allen Ginsberg.

Nie musimy szukać za oceanem dowodów na to, że Dylan na papierze pojawia się często i wcale nie jest po turecku goły. Znana antologia poezji amerykańskiej w wyborze i przekładach Stanisława Barańczaka nosi tytuł „Od Whitmana do Dylana”, co jest nie tylko dowodem upodobania polskiego tłumacza do rymujących się tytułów, ale też świadectwem jego przekonania, że Dylan wywodzi się w prostej linii od ojca założyciela poezji amerykańskiej. Czy twórczość Dylana ma literacką wartość, czy też jej autor rzucony na papier świeci turecką golizną, jest pytaniem, którego od dawna już nie zadają sobie specjaliści od literatury angielskiej, publikujący krytycznoliterackie analizy tekstów Dylana i prowadzący na uczelniach kursy poświęcone jego poezji.

Legion Dylanów

Nie ulega wątpliwości, że teksty Dylana oddychają pełną piersią dopiero wtedy, gdy są śpiewane, ale ich historyczne znaczenie polega na tym, że sprawdzają się także na papierze – będąc utworami do śpiewania, są także literaturą. Nie ma takiego kryterium literackości, którego Dylan by nie spełniał.

Wiedzą o tym w krajach, gdzie język Dylana jest językiem ojczystym. Wiedzą, bo doceniają nie tylko oryginalność jego poetyckich obrazów, ale też rytmiczną inwencję i mistrzostwo w operowaniu angielszczyzną. Dylan odmienił ten najprężniejszy gatunek sztuki naszych czasów, jakim jest rock, nadając mu status sztuki. Mniej jednak wiemy o tym, że poszerzył poetyckie możliwości języka angielskiego: to mistrz aforyzmu i ciętych puent, twórca intrygujących metafor, doskonały podsłuchiwacz żywej mowy i złakniony pożeracz literatury. „Dylan jako pisarz niczym się nie wyróżnił. Przyznanie mu literackiej Nagrody Nobla jest czymś żenującym” – słowa, które wypowiedział Paweł Huelle, wywołałyby w krajach anglojęzycznych konsternację, bo Dylan zdobył uznanie właśnie jako mistrz słowa, jako twórca mający pomysł, jak grać dziś słowem, by znowu zaczęło coś znaczyć.

Dylana można czytać, nie znając jego muzyki, ale nie można go słuchać, nie znając jego tekstów. A w Polsce, nucąc do znudzenia opowieść Leonarda Cohena o słynnym niebieskim prochowcu, tekstów Dylana po prostu nie znamy. Dylan, językowo bardziej niż Cohen wymagający, był wprawdzie tłumaczony, ale były to akcydentalne wypady na dziewiczy teren, które przynosiły co najwyżej spolszczenia kilkunastu najbardziej popularnych pieśni. Dziś Dylan przemówił po polsku – ukazał się bowiem „Duszny kraj”, obszerny wybór jego tekstów w przekładach Filipa Łobodzińskiego, doświadczonego i nagradzanego tłumacza, mającego za sobą przekłady m.in. piosenek Georges’a Brassensa.

Wybór uwzględnia utwory ze wszystkich płyt Dylana, łącznie z najnowszą, „Tempest”. Co ciekawe, kilka płyt reprezentowanych jest tu w całości. Oprócz nich są także utwory wydane wyłącznie na singlach, składankach czy w edycjach „pirackich”. Dylan wchodzi więc do polszczyzny w pełnej krasie. I w końskiej dawce, ale przypomnę, że wydany niedawno w Ameryce tom utworów zebranych Dylana jest prawdziwym monstrum: waży 10 kilogramów i liczy tysiąc stron – było więc z czego wybierać.

Bogactwo, które zaprezentował nam Łobodziński, może być, paradoksalnie, nie lada wyzwaniem dla czytelników – już bowiem w niektórych pojedynczych utworach możemy się, bez przygotowania, pogubić jak w gęstym lesie, a co dopiero na przestrzeni ponad 130 wierszy. Problem tym większy, że, jak wiemy, Dylan jest artystą niecierpliwym, szybko nudzi się tym, w czym osiągnął mistrzostwo, porzuca dawną stylistykę, zmienia tożsamość i zdezorientowanym słuchaczom proponuje siebie na nowo.

Tych Dylanów w tomie Łobodzińskiego mamy zastęp, bo jest tu Dylan działacz antywojenny i uczestnik ruchu praw obywatelskich, jest Dylan psychodeliczny, wyruszający w transcendentne podróże, i Dylan proroczy, wieszczący zagładę światu, jest Dylan kaznodzieja, wzywający świat do opamiętania i oddania się Chrystusowi, i Dylan zakochany i flirtujący, jest Dylan pielęgnujący bluesową tradycję Ameryki, czerpiący z amerykańskiej kultury masowej, Dylan współczesny trubadur i odnowiciel ballady, a wreszcie Dylan o ciętym, satyrycznym zmyśle.

Łobodziński sprowadził więc do Polski nie jednego, ale kilkunastu Dylanów. A żeby lektura książki była ciekawsza, nie uporządkował ich chronologicznie, tylko przemieszał. Przetasował jak talię kart, skutkiem czego tryskający energią, genialny dwudziestolatek spotyka się tu z refleksyjnym sędziwym mężczyzną. Tom otwiera się więc jazdą bez trzymanki: ostrym, frenetycznym pre-rapem z 1965 r., by po kilku zaledwie stronach zamieścić tytułowy „Duszny kraj”, powstały na początku naszego wieku.

Z jednej strony funduje się nam zawrót głowy, bo zmiany tu jak na karuzeli, z drugiej – wprost przeciwnie – dzięki sprytnemu zabiegowi Łobodzińskiego możemy pod warstwą zmieniających się języków i twarzy doszukać się niezmiennego jądra, które scharakteryzować trudno, ale o którym, przymuszony, powiedziałbym, że składa się na nie kilka tematów: nieufność wobec autorytetów i ideologii, niezgoda na fałsz i hipokryzję, poczucie zagubienia w chaotycznym, rozregulowanym świecie i towarzyszące mu przekonanie, że za ten chaos ponosi się jednak współodpowiedzialność.

Jestem świr / savoir vivre

Choć tu i ówdzie mógłbym się zżymać na wymuszoną składnię czy watowanie wersów, lektura „Dusznego kraju” jest fascynującym doświadczeniem pełnym zaskoczeń, zadziwień czy po prostu: przyjemności. Łobodziński nie tłumaczy Dylana od wczoraj, ta przygoda trwa, jeśli wierzyć jego słowom, prawie 40 lat. Każdą pieśń długo w sobie nosił, niektóre, jak sam przyznaje, nawet rok – ale nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł Dylana tłumaczyć w szybszym tempie. Może poza dwoma ekspertami, nie znam w Polsce nikogo, kto by równie głęboko wgryzł się w teksty Dylana. O tych przekładach można powiedzieć wszystko, ale nie to, że tłumacz nie wiedział, co robi. W każdym wersie widać tłumacza stającego wobec problemu nieprzetłumaczalności i na tę nieprzetłumaczalność szukającego środków. Widać, jak bierze się za bary ze złożoną symboliką i aluzyjnością wierszy, z ich osadzeniem w kontekstach w większości polskiemu czytelnikowi nieznanych.

To jest przekład, powiedziałbym, ofensywny. Inaczej zresztą nie można by było: tłumacz Dylana musi uwolnić się od Dylana, żeby Dylan przemówił po polsku. A uwolnić się może tylko ten, kto zna każde słowo Dylana i przyswoił sobie jego wyobraźnię, bo tylko wtedy może nie tyle tłumaczyć, ile pisać Dylana po polsku. Dlatego, ku radości przynajmniej podpisanego niżej czytelnika, zamienia „smutnooką panią ze szkockich Lowlands” na „smutnooką panią w sari”. Gdzie Rzym, a gdzie Krym! – można by zakrzyknąć. Ja zakrzykiwać nie będę, bo niewierność tłumacza pozostaje w zgodzie z poetyką tej onirycznej pieśni, a przy tym broni się ciekawym współbrzmieniem. Łobodziński potrafi też zabawić się rymem, niekoniecznie tam, gdzie robi to Dylan, ale nadal w duchu Dylana. Za tak Dylanowskie rymy, jak: „ jestem świr / savoir vivre”, chciałoby się bić brawo.

Ameryka na A2

Niestety, musiało przepaść wiele odniesień, którymi rezonują te teksty. Kiedy Dylan śpiewa, że „śnił mi się święty Augustyn, jak gdyby z grobu wstał”, to nie tylko wprowadza postać Ojca Kościoła do swoich refleksji nad istotą męczeństwa, winy i odkupienia, ale też cytując w tych słowach polityczną pieśń z lat 30. ubiegłego wieku, przywołuje historię Joe Hilla, przywódcy związkowego i pieśniarza, oskarżonego bezpodstawnie o morderstwo i skazanego na śmierć w procesie, który nosi znamiona zbrodni politycznej. Tylko u Dylana święty Augustyn może stopić się z postacią Joe Hilla, a obaj ci mężczyźni stać się alter ego samego Dylana, w pieśni łączącej wymiar polityczny z teologicznym. Zachować oba te wymiary dla polskiego czytelnika, któremu obca jest amerykańska pieśń o robotniczym przywódcy, wydaje się niemożliwością.

A jakie skojarzenia wywołuje postać, której Dylan poświęcił jeden ze swoich najlepszych songów, czyli Blind Willie McTell, legendarny twórca bluesów? Pieśń wcale nie długa i, jak to u Dylana, nieoczywista, ale w kilku aluzyjnych obrazach kreśląca dzieje czarnej Ameryki. Łobodziński pisze o „znaku na nadprożu” i w polskiej wersji znak ten pozostaje tylko znakiem, gdy tymczasem Dylan czyni, nieczytelną dla polskiego czytelnika, aluzję do strzałek malowanych na framugach na dworcach kolejowych wskazujących zbiegłym niewolnikom drogę ucieczki. Co więcej, zgodnie z zapowiedzią, że podróż odbędzie się z Miasta Karnawału (Nowy Orlean) do Jeruzalem, Dylanowska opowieść skręca tu ku biblijnym terenom i wiąże te strzałki z przypowieścią o Izraelitach, którzy po wyjściu z niewoli egipskiej znakowali krwią baranka swoje drzwi. Jakby tego było mało, przed tłumaczem kolejna zagwozdka: jak wpleść w tę opowieść najsłynniejszą być może pieśń o losie niewolników, śpiewaną przez Billie Holiday, „Strange Fruit”, czyli „Dziwny owoc”. Tym owocem wiszącym na drzewie, z którego roznosi się słodki i świeży zapach magnolii (u Łobodzińskiego: „woń upojnych malw”), jest ciało wisielca, ofiary linczu.

Haniebna przeszłość Ameryki wraca w tekstach Dylana często jakby mimochodem, pojawia się w jakimś nieistotnym pozornie rekwizycie, jak np. w „Ulicy Krach”, gdzie czytamy o „widokówkach z linczu, których możesz kupić plik”. Dylan ma na myśli samosąd, którego dokonano w jego rodzinnym Duluth w Minnesocie, w 1920 r., kiedy to tłum powiesił trzech czarnoskórych cyrkowców, oskarżając ich o gwałt. To dla Dylana nieodległa przeszłość, pamięta pocztówki, na których reprodukowano zdjęcie z tego linczu i które potem rozsyłano po świecie z pozdrowieniami.

Łobodziński wiele z tych kulturowych kontekstów objaśnia w krótkich i treściwie napisanych notach; nie próbuje, na szczęście, zamienić swoich przekładów w Dylanowską encyklopedię, ani wpisywać w nie komentarzy, pamiętając, że tłumaczy teksty do śpiewania. Są to straty wliczone w przedsięwzięcie.

Stosuje za to inną taktykę: zamiast nieczytelnych dla polskiego czytelnika aluzji do konkretnych postaci czy miejsc, najczęściej daje ich generalizujący opis – dlatego też miasto Alabama przełożone zostaje na „głęboką prowincję”, Jefferson – na „dawnego bohatera”, a gdy ktoś „pojechał do Illinois”, u Łobodzińskiego „wyruszył w dal”. To przykłady z jednego tylko songu, ale ta taktyka uprzystępniania odniesień kulturowych przez ich generalizację jest konsekwentnie prowadzona przez cały tom. W niedawnym wywiadzie Łobodziński powiedział, że nie polonizował tych przekładów, tylko próbował je odamerykanizować. Powyższe przykłady byłyby tego koronnymi świadkami, choć kiedy w „Slow Train Coming” Łobodziński przekłada „America” na „świat”, to tu akurat widzę amerykanizację w stopniu najwyższym.

Mimo zapewnień tłumacza znajdziemy w książce sporo interesujących prób polonizacji. Łobodziński wprowadza do jednego z tekstów – kto by pomyślał! – malarza z Krynicy, Nikifora, a dwa wersy później postać z jednego z dawnych szlagierów: Zegarmistrza Światła, zaś w dalszych wersach mówi się już o gościach o imionach Niki i Zeggy. Ryzykowne, ale jakie pyszne! Narażając się niektórym dylanofilom, Łobodziński gotów jest nawet zamienić obrosłą mitem drogę 61 na swojską autostradę A2, wiedząc, że w pieśni Dylana nie chodzi o zwykłą drogę, ale o trasę, którą wędrowali na północ niewolnicy, a po latach, w przeciwnym kierunku, z północy na południe, chicagowscy muzycy, odbywając pielgrzymkę do źródeł bluesa.

Łobodziński przełożył Dylana pod śpiew, a konkretnie pod jego, czyli amerykańskie, rytmy i muzykę. Przekłady naznaczone są tym rodowodem, czym można wytłumaczyć widoczny w nich nadmiar zaimków, partykułę „się” występującą w pozycji akcentowanej, naginaną czasem składnię czy liczne inwersje. Gdy do zachowania rytmu brakuje sylaby, zaimki są dla tłumacza best friends, ale mogą być zdradliwe, bo mają tendencję do rozpleniania się. Te wszystkie „swe”, „twe”, „twój”, „tu” potrafią zajść za skórę, zwłaszcza gdy pojawiają się w końcówkach wersów. Gdyby ktoś przekładał Dylana jako oderwaną od jego nagrań poezję i nie wiązał sobie rąk metryką oryginału, otrzymalibyśmy całkiem inne teksty. Tłumacze często zamieniają oryginalne metrum na metrum lepiej osadzone w języku przekładu. Charakterystyczny dla angielszczyzny pentametr jambiczny tłumaczony jest zazwyczaj na trzynastozgłoskowiec, bo ten format jest w polszczyźnie najpowszechniejszy. Dobrze jest czytać Dylana Łobodzińskiego pod muzykę, wtedy znajdują uzasadnienie liczne zabiegi formalne tłumacza. Jest tu jednak wiele przekładów, które bronią się i bez muzyki.

Jeśli ten polski Dylan jest goły, to niech się już nie ubiera. ©

Bob Dylan, DUSZNY KRAJ. WYBRANE UTWORY Z LAT 1962–2012. Przeł. Filip Łobodziński, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Jerzy Jarniewicz - polski filolog angielski, profesor nauk humanistycznych (2015), poeta, krytyk literacki i tłumacz (głównie literatury anglojęzycznej, m.in. Jamesa Joyce’a, Philipa Rotha, Craiga Raine’a).

Artykuł pochodzi z numeru TP 12/2017