Prezydent USA wszedł właśnie w buty przywódców europejskich, którzy długo wierzyli, że można odbić Białoruś z rąk Władimira Putina. By wraz z biegiem czasu i kolejnymi rozczarowaniami uznać, że jest to niemożliwe – ale i tak warto poszerzać pole do działania politykowi, któremu wielu na Zachodzie nie chce nawet podawać dłoni. Zawsze lepiej mieć w Mińsku kogoś, kto nie jest całkowicie skazany na Kreml, niż po prostu namiestnika Putina. Finalnie zwycięzcą takiej polityki był jednak zawsze sam Alaksandr Łukaszenka. Zachód znajdował się na minusie.
Z moich rozmów prowadzonych w środowiskach dyplomatycznych wynika, że wiedza władz w Warszawie na temat odwilży w relacjach Mińsk-Waszyngton oraz celów polityki Trumpa jest umiarkowana. Amerykanie nie dzielą się szczegółowymi informacjami na temat tego, co właściwie chcą osiągnąć rozmowami z reżimem Łukaszenki. Pozostają przy ogólnych i nic niewnoszących deklaracjach o konieczności uzyskania ustępstw humanitarnych, czyli zwolnienia znacznej liczby więźniów politycznych.
Opozycja białoruska w Polsce jest przekonana, że nie stoi za tym żaden plan. – Nie widzę tu głębszej strategii – mówił niedawno w rozmowie ze mną i Witoldem Juraszem w Raporcie Międzynarodowym Onetu jeden z jej liderów Pawieł Łatuszka.
Polska na czele pominiętych. Poczobut nadal za kratami
Zresztą gesty humanitarne Białorusi nie dotyczą w zasadzie Polski. Trend jest wręcz odwrotny. Na początku września pod Witebskiem zatrzymano polskiego karmelitę, ojca Grzegorza Gawła. Został oskarżony o szpiegostwo i zbieranie informacji na temat rozpoczętych w ostatni piątek manewrów Zapad 2025.
Z kolei przy okazji głośnego uwolnienia w ub. tygodniu 52 więźniów politycznych różnych narodowości (w tym trzech Polaków) zza krat nie wyszedł najważniejszy zakładnik białoruskiego reżimu z punktu widzenia Polski – Andrzej Poczobut, który odbywa w kolonii karnej wyrok 8 lat więzienia. Tym samym Łukaszenka wykonał gest pod adresem USA, umacniając zarazem rachunek krzywd w relacjach z Polską.
Dla równowagi dyktator wykazał się jednak gestem w dniu, w którym Władimir Putin zdecydował o wysłaniu nad Polskę swych dronów. Z poniedziałku na wtorek siły zbrojne Białorusi miały podzielić się z naszymi służbami informacjami na temat tras ich przelotów. Najpierw poinformowało o tym białoruskie Ministerstwo Obrony, co wyglądało na fake news. Później potwierdziła to strona polska, ale radość nie trwała długo.
Ostre polskie reakcje na wrogą politykę Rosji i użycie przez nią dronów Łukaszenka określił jako zachowanie „dzikusów”, pozwalając sobie równocześnie na wyższościowe uwagi pod adresem kierownictwa naszego państwa.
O co naprawdę chodzi Trumpowi i dlaczego nie ma miejsca dla Polski
Jak przekonują w rozmowach z „Tygodnikiem” zarówno polskie, jak też ukraińskie źródła dyplomatyczne, w dialogu Łukaszenki z Trumpem chodzi o coś zupełnie innego niż kwestie humanitarne. W realizacji celów nie jest również istotna Polska. Kluczowe są surowce.
Od wiosny 2025 r. planem Trumpa jest znalezienie pretekstu do tego, by otworzyć świat na białoruską produkcję nawozów mineralnych, i pchać je na rynki poprzez porty na Litwie. Lub w wariancie maksimum – po rozejmie – przez ukraińską Odessę. W ten sposób USA zmieniłyby warunki handlu i podaż tego towaru, którego największymi eksporterami są dziś Rosja, Chiny i Kanada. Białoruś oczywiście nie może się z nimi równać, ale jest graczem na tyle istotnym, by mieć duży udział w kształtowaniu rynku.
Kolejną kwestią są paliwa i surowce energetyczne. W przypadku ewentualnego rozejmu na Ukrainie i prób unormowania relacji między Kijowem i Mińskiem istotną rolę – nie tylko w odbudowie – mogłaby odegrać rafineria w Mozyrzu. Paliwa z niej są znacznie tańsze niż te oferowane np. przez polskie koncerny. Białoruski przemysł petrochemiczny oferuje również polimery czy asfalt. Podobnie jest z cementem. Tu interesy Polski, Ukrainy i USA mocno się rozjeżdżają.
Warszawa chciałaby odgrywać kluczową rolę w odbudowie Ukrainy, a swoje przejścia graniczne traktować jak regulatora, który ma wpływ na ten proces. Jak przekonuje anonimowo w rozmowie z „Tygodnikiem” jeden z członków polskiego rządu, w prawie ukraińskim nie istnieją zapisy sankcyjnego lex specialis, które uniemożliwiałyby współpracę z Białorusią po rozejmie.
Przy odrobinie dobrej woli mogłaby ona się rozpocząć dobę po zawieszeniu broni z Rosją. O to też ma chodzić Trumpowi, który widzi przyszłą współpracę Białorusi i Ukrainy jako oś nowego porządku w Europie Wschodniej, odklejającej się z czasem od Rosji. Pytanie, czy podobną optykę mają Kijów i Mińsk – pozostaje otwarte.
Czy Łukaszenka mógłby obronić przesmyk suwalski
Poza handlem i gospodarką dla dyplomacji USA Białoruś jest ważna również w kontekście bezpieczeństwa. To zaś jest niezwykle istotne dla Polski – bez rosyjskiej kontroli nad Białorusią nie ma mowy o udanej operacji na przesmyku suwalskim.
Potwierdzeniem tego są manewry Zapad 2025, w których bierze udział zgrupowanie uderzeniowe liczące 30 tys. żołnierzy rosyjskich i białoruskich, a scenariusz zakłada wyrąbywanie korytarza do obwodu królewieckiego. Zdaniem wielu wojskowych państwo rządzone przez Łukaszenkę jest jak balkon, z którego prowadzone są wszystkie istotne działania przeciwko Ukrainie i wschodniej flance NATO.
Łukaszenka współpracujący z USA na tym polu mógłby być użyteczny, ale czy ten scenariusz jest w ogóle realny? Może Białoruś, na której Rosjanie rozmieścili swoją broń atomową, jest już dziś po prostu rosyjskim, federalnym okręgiem wojskowym?
W sferze służb specjalnych jest ona w zasadzie delegaturą agencji rosyjskich. Podobnie jest w wymiarze militarnym. Niewykluczone więc, że maksimum dobrych gestów i usług, które Łukaszenka może wykonać pod adresem Zachodu, w tym Polski – to informacje na temat przelotu rosyjskich dronów. Większa próba wybicia się na niezależność mogłaby oznaczać dla niego utratę władzy i próbę zainstalowania w Mińsku namiestnika, który nie szukałby już żadnej odwilży z USA. Na ten problem wskazywał w rozmowie ze mną Łatuszka.
– Pamiętam narady, gdy jeszcze byłem urzędnikiem w administracji Łukaszenki. W okresach odwilży z Zachodem przekonywał, że dyplomacja białoruska musi sprawiać wrażenie chętnej do współpracy. Promowano wówczas język białoruski – mówił Łatuszka. Jego zdaniem eksponowano też motywy suwerennościowe oraz niezależność.
Wszystko to było jednak pozorne. Łukaszenka działał w sposób wyrachowany, aby nabrać Zachód. Natomiast ludzi, którzy wierzyli w jego suwerennościowe narracje, traktował jak klasycznych pożytecznych idiotów. – Nigdy nie wykonałby kroku, który wchodziłby w kolizję z interesami Kremla – przekonywał Łatuszka.
Skromna oferta Białorusi, czyli jak porzuciliśmy naiwność
Polski dyplomata zaangażowany w relacje z Białorusią uważa, że w przypadku analizy polityki lawirowania i dwuznaczności nie chodzi o wiarę w złe czy dobre intencje Łukaszenki. To rachunek zysków i strat.
– Już dawno porzuciliśmy naiwność. Nikt nie wierzy w prozachodni zwrot Mińska. Łukaszenka handluje zakładnikami, kupując ludźmi ustępstwa i walcząc o ograniczenie sankcji. Zarazem wciąż rządzi Białorusią, więc może być czasem przydatny. Nawet informacje o trasach przelotów dronów są cenne. Bierzemy to, co możemy uzyskać, bez złudzeń – komentuje mój rozmówca.
Takie podejście do polityki wobec Mińska potwierdza wydana w ubiegłym roku przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych książka byłego chargé d’affairs na Białorusi Marcina Wojciechowskiego. „Europejski wybór Białorusi. Stracona szansa?” – to zapis relacji bez lukru; analiza kurczącego się pola do działania dyplomacji polskiej.
Trump w swojej polityce wobec Mińska również zderzy się z ograniczeniami. To kwestia czasu. Już w trakcie swojej pierwszej prezydentury wysyłał na Białoruś Johna Boltona, który starał się przekonywać Łukaszenkę do współpracy z USA. Przed Amerykanami również Brytyjczycy próbowali podobnej gry. Był nawet czas, gdy na poligonach białoruskich z oddziałami powietrznodesantowymi dyktatora ćwiczyli komandosi z SAS. To jednak przeszłość. Dziś oferta na tym polu jest dużo skromniejsza.
Obecnie za jakąś formę współpracy Amerykanie są skłonni zdjąć sankcje z narodowego przewoźnika Bieławia. Samoloty nadal nie będą mogły latać nad Europą (ma to związek z przymusowym lądowaniem w 2021 r. maszyny linii Ryanair w Mińsku i aresztowaniem opozycyjnego dziennikarza Ramana Pratasiewicza), otrzymają jednak dostęp do serwisu i części zamiennych.
Na ustępstwa mogą liczyć również firmy związane z reżimem Łukaszenki. Czy w ten sposób uda się kupić jego samego? Wątpliwe. Swoboda działania tego autokraty kończy się tam, gdzie zaczynają się interesy Rosji.
Jeden z byłych pracowników białoruskiego MSW w rozmowie ze mną zapytał retorycznie, czy zakładam, że Władimir Putin zapyta o zgodę Łukaszenkę, gdy będzie chciał rozpocząć operację wojskową wymierzoną w Zachód lub w Ukrainę. Rozmawialiśmy przed inwazją na pełną skalę przeciwko Ukrainie i przed marszem rosyjskich sił z kierunku białoruskiego na Kijów. Putin nie zapytał Łukaszenki o zgodę. Nie musiał.
Autor jest dziennikarzem „Dziennika Gazety Prawnej”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















