Wyrok jest drakoński: 30 grudnia 2024 r. sąd w Mińsku uznał ks. Henryka Okołotowicza, proboszcza parafii w 10-tysięcznym miasteczku Wołożyn, za winnego „zdrady państwa” i skazał na 11 lat więzienia o zaostrzonym rygorze. Szczegóły nie są znane, proces utajniono. To pierwszy na obszarze posowieckim przypadek skazania katolickiego duchownego na karę więzienia z powodów politycznych.
64-letni duchowny polskiego pochodzenia to znacząca postać w białoruskim Kościele. Zaliczany jest do jego części niezłomnej, której reżim Łukaszenki nienawidzi najbardziej. O postawie ks. Okołotowicza niech świadczy to, że w 1984 r., tuż po przyjęciu święceń, był pierwszym księdzem, który po wojnie odprawił mszę w lesie katyńskim.
Areszty, grzywny, szantaże: białoruskie KGB kontra Kościół
Skazanie ks. Okołotowicza to wprawdzie najbardziej drastyczny, ale jeden z wielu przykładów represji wymierzonych w Kościół katolicki. Przytoczmy kilka wybranych.
W maju 2024 r. zatrzymano księży Pawła Lemecha i Andrzej Juchniewicza ze zgromadzenia oblatów, którzy posługują w sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej w Szumilinie (obwód witebski). Pierwszego skazano na 10 dni aresztu za „nielegalne pikiety”. Z obawy przed dalszym prześladowaniem, po jakimś czasie ratował się wyjazdem do Polski.
Ks. Juchniewicza władze nie wypuściły. Jego „winą” było to, że wyraził solidarność z narodem ukraińskim i publicznie modlił się o zakończenie wojny. Kilkukrotnie przedłużano mu areszt. Wreszcie reżim przestał bawić się w pozory i wszczął wobec niego sprawę karną, pod nieujawnionym zarzutem. Dopiero 27 grudnia okazało się, że księdza – mającego nieposzlakowaną opinię – oskarżono o przestępstwa „przeciw integralności seksualnej nieletnich”. Jest tajemnicą poliszynela, że służby zwykły szantażować duchownym, grożąc im postawieniem takich zarzutów.
Z kolei ks. Paweł Jaroszewicz z Prużany (obwód brzeski) został aresztowany w sierpniu 2024 r. za subskrybowanie „ekstremistycznych mediów”. Po kilku dniach wyszedł, ale musiał zapłacić grzywnę. Natomiast w październiku pod zarzutem „rozpowszechniania materiałów ekstremistycznych” zatrzymano ks. Jurego Baranoua, proboszcza w Królewszczyznie (obwód witebski); dostał 10 dni aresztu.
Na Białorusi represje dotknęły co dziesiątego księdza
Od sierpnia 2020 r., gdy po sfałszowanych wyborach prezydenckich w kraju wybuchły masowe protesty, przez areszty przeszło lub nadal w nich pozostaje 31 duchownych katolickich. Co najmniej kilkunastu innych z obawy przed aresztowaniem uciekło za granicę (wśród nich księża z Polski, posługujący dotąd w tym kraju).
Na Białorusi jest mniej niż 500 księży katolickich, represje dotknęły więc przynajmniej co dziesiątego. Międzynarodowa organizacja Pomoc Kościołowi w Potrzebie ocenia, że tylko w Nikaragui więcej księży poddawanych jest szykanom i aresztom z powodów politycznych.
Represje przeciw Kościołowi są częścią działań wymierzonych w społeczeństwo obywatelskie, zmierzających do spacyfikowania wszelkich przeciwników (realnych i wyimaginowanych) bądź też tych, którzy mogliby stać się nimi w przyszłości. Skala represji na Białorusi jest większa niż w Rosji.
Reżim nieustannie przykręca śrubę, zaostrzając prawo, zamykając tysiące ludzi do więzień i wymuszając emigrację dziesiątków tysięcy. Codziennością są zastraszanie, cenzura, ideologizacja szkolnictwa i drakońskie kary choćby za oglądanie zakazanych mediów w sieci.
W sytuacji postępującej totalitaryzacji reżimu byłoby dziwne, gdyby nie ucierpiały również Kościoły i inne związki wyznaniowe. Władze najłatwiej poradziły sobie z Cerkwią prawosławną: jeszcze w 2020 r. wymieniono jej zwierzchnika, a nielicznych niepokornych duchownych spacyfikowano. W efekcie białoruski dyktator może liczyć na lojalność Cerkwi.
Za to Kościół katolicki został uznany za poważniejszego przeciwnika.

Odbudowę białoruskiego Kościoła wspierali duchowni z Polski
Cofnijmy się o 35 lat. Z okresu sowieckiego Kościół katolicki na Białorusi wyszedł w ciężkim stanie. Przetrwała garstka księży, kilkadziesiąt otwartych świątyń, setki zniszczonych, zateizowane społeczeństwo. Trzeba było zaczynać niemal od początku.
Przez kolejne lata Kościół katolicki, liczący tu dziś ok. 1-1,5 mln wiernych, przeszedł długą drogę. Jego odbudowa byłaby niemożliwa bez wsparcia z Polski. Na Białoruś (podobnie jak na Ukrainę) przyjechały setki duchownych i sióstr zakonnych z Polski, przyczyniając się do stopniowego odrodzenia życia religijnego. Ich olbrzymia rola wciąż pozostaje słabo znana i zbadana.
Prowadzono więc ewangelizację, remontowano i budowano kościoły, powstały dwa seminaria duchowne.
Z czasem białoruski Kościół katolicki stał się Kościołem narodowym, marginalizując swoje polskie korzenie i przechodząc na pozycje białoruskie. Nie odbywało się to zresztą bez kontrowersji i sprzeciwu mniejszości polskiej (to jednak temat na inną opowieść).
Wraz z narastającym od połowy lat 90. autorytaryzmem, reżim Łukaszenki zaczął coraz podejrzliwiej patrzyć na księży z Polski. Zaczęto ich usuwać: coraz trudniej było im uzyskać wizę, niektórym nakazano wyjazd. Liczba duchownych z Polski stopniała do 202 w 2005 r., 120 w 2016 r. oraz zaledwie ok. 50 obecnie.
Duchowni katoliccy na celowniku reżimu Łukaszenki
W kraju rządzonym przez Łukaszenkę, podobnie jak w czasach sowieckich, Kościół katolicki stał się podejrzany o „działania na szkodę państwa” (utożsamionego z reżimem). Z jednej strony problemem dla władz byli księża-Polacy (przyjezdni i miejscowi), mniej lub bardziej otwarcie oskarżani o agenturalność. Z drugiej zaś podporządkowanie Kościoła zwierzchnictwu Watykanu, który w Mińsku budzi podejrzliwość przeplataną z fascynacją.
Władze zaczęły przykręcać śrubę nie tylko księżom, w szczególności uderzając w najbardziej charyzmatycznych duchownych, cieszących się autorytetem wiernych. Celem było podważenie popularności Kościoła w społeczeństwie i jego spacyfikowanie – zwłaszcza po tym, jak w 2020 r. śmiał on zabrać głos w obronie bitych demonstrantów.
Reżim musiał pokazać, że nie żartuje i wymierzył cios w zwierzchnika: abp Tadeusz Kondrusiewicz, zasłużony dla odbudowy życia religijnego na Białorusi i w Rosji, nie został wpuszczony do kraju (choć jest obywatelem białoruskim), gdy w końcu sierpnia 2020 r. wracał z krótkiego wyjazdu do Polski. Wprawdzie po trzech miesiącach wymuszonej emigracji pozwolono mu wrócić (po interwencji Watykanu), ale ceną była jego rezygnacja ze stanowiska głowy białoruskiego Kościoła.
Skoro można było uderzyć w abp. Kondrusiewicza, to KGB (tajna policja nazywa się tu tak samo jak w czasach sowieckich) i inne służby tym bardziej dostały zielone światło do uderzenia w zwykłych księży.
Nowe represyjne prawo uderza w białoruskie parafie
W grudniu 2023 r. reżim znowelizował ustawę „O wolności sumienia i organizacjach religijnych”, która już wcześniej drastycznie ograniczała – i tak już nieznaczącą – wolność działania wspólnot wyznaniowych. Wszystkie otrzymały nakaz, aby do lipca 2025 r. przejść ponowny proces rejestracji, przy tym dotyczy to każdej parafii oddzielnie. Nowe regulacje znacząco to utrudniły, zarazem zwiększając kontrolę nad życiem religijnym. Niezmieniony pozostał zapis o „szczególnej roli Cerkwi prawosławnej”.
Choć proces ponownej rejestracji parafii katolickich (jest ich ok. 500) wciąż trwa, to już wiadomo, że będzie ich znacznie mniej. W obwodzie witebskim w ciągu roku 2024 ich liczba spadła z 94 do 85, a w mińskim z 98 do 97 parafii. W kraju jest wiele parafii z małą liczbą wiernych i nie wszyscy są w stanie uporać się z nowymi skomplikowanymi procedurami. Mniej parafii to mniej pracy dla KGB.
Nowe prawo uderzyło też w seminarium w Pińsku, istniejące w latach 1925-39, a następnie reaktywowane w 2001 r. Wygląda na to, że instytucja ta, cierpiąca ostatnio na niewielką liczbę kandydatów na duchownych, nie przeszła procesu rejestracji. W kraju zostało już tylko seminarium w Grodnie. W 2024 r. wstąpiło do niego 10 kleryków, w porównaniu z czterema w 2023 r. i czterema rok wcześniej.
„Czerwony kościół” w Mińsku jest zamknięty na głucho
Jeszcze przed przyjęciem represyjnego prawa władze postanowiły – podobnie jak w przypadku abp. Kondrusiewicza – pokazać, że nie żartują, i zamknęły kościół św. Symeona i św. Heleny w Mińsku. Ta jedna z najważniejszych świątyń na Białorusi, zamknięta w latach 1932-90, stała się symbolem odrodzenia katolicyzmu po okresie komunizmu. Zbudowany z czerwonej cegły na początku XX w., kościół cudem przetrwał epokę sowiecką, choć tuż obok wzniesiono budynki rządowe i wielki pomnik Lenina.
We wrześniu 2022 r. w kościele wybuch niewielki pożar, zaprószony w dziwnych okolicznościach. Władze natychmiast wydały nakaz jego zamknięcia, a po kilku dniach odebrały parafii – jednej z największych w kraju (ok. 10 tys. wiernych) – prawo jego użytkowania.
Odtąd wierni słyszą, że aby otworzyć na nowo kościół, niezbędny jest remont – choć stan techniczny świątyni był bardzo dobry. Do dziś jest ona zamknięta na głucho. Ponadto w połowie 2024 r. władze wymusiły dymisję ks. Władysława Zawalniuka, od 1990 r. niezmiennie proboszcza tej parafii i kolejnego zasłużonego kapłana białoruskiego Kościoła.
Papież Franciszek o Białorusi
Jaką postawę wobec tej sytuacji zajmuje Stolica Apostolska? Przywołajmy jedno wydarzenie. 19 września 2024 r. w Watykanie miało miejsce spotkanie młodych biskupów z papieżem. Jeden z nich powiedział: „Wasza świątobliwość, jestem Andriej Znosko, biskup z Białorusi, niewielkiego kraju graniczącego z Rosją i Ukrainą. Zostałem wyświęcony zaledwie tydzień temu i chciałem poprosić o radę. Nie możemy i nie chcemy zmienić swoich sąsiadów. Co powinniśmy zrobić, aby zakończyła się wojna między naszymi sąsiadami?”.
Papież odparł, że zna Białoruś, pamięta o wyświęceniu dwóch nowych biskupów dla tego kraju i poprosił o „przekazanie pozdrowień Łukaszence”. Dodał też: „Wy na Białorusi świetnie wiecie, że nigdy nie można zamykać drzwi dla negocjacji, i że należy trzymać je otwarte. Dobre efekty można osiągnąć tylko będąc gotowym słuchać i słyszeć się nawzajem”.
Czy Franciszek miał na myśli relacje rosyjsko-ukraińskie, czy sytuację Kościoła na Białorusi? Można tylko spekulować.
Faktem jest, że w ostatnich latach Watykan nigdy nie zabrał głosu w obronie białoruskich księży i wiernych. Wpisuje się to w długą tradycję polityki wschodniej dyplomacji watykańskiej (przerwaną tylko pontyfikatem Jana Pawła II), której znakiem rozpoznawczym jest silne, graniczące z naiwnością przekonanie, że należy za wszelką ceną utrzymać kanały dialogu – kiedyś z reżimem sowieckim, dziś z posowieckimi.
Trudno jednak nie widzieć, że z każdym kolejnym rokiem Kościołowi na Białorusi żyje się trudniej, a Watykan – utrzymując demonstracyjnie poprawne relacje z reżimem – nie jest w stanie tego zmienić.
Białoruska placówka w Watykanie
Kilka miesięcy wcześniej Łukaszenka przesłał papieżowi życzenia na rocznicę jego pontyfikatu, uznając stosunki Mińska z Watykanem za przykład „najbardziej efektywnego sposobu współpracy”. Padły też słowa o „wspólnych celach”, jak obrona tradycyjnej rodziny.
W grudniu 2024 r. Mińsk podjął decyzję o otwarciu ambasady przy Watykanie, co zwyczajowo uznaje się za demonstrację dobrych relacji. Jednocześnie reżim zwiększa presję na białoruski Kościół – uznając, że powinien być on całkowicie lojalny, a nawet że powinien stać się częścią maszyny kontroli nad społeczeństwem.
Niedługo po tym, jak papież pozdrowił Łukaszenkę, abp Kondrusiewicz, który kilka miesięcy wcześniej przeżył zawał serca, wraz ze wspomnianym ks. Zawalniukiem odwiedził sanktuarium w Szumilinie – parafię więzionego ks. Juchniewicza. W kazaniu były już zwierzchnik białoruskiego Kościoła, który pozostaje jego sumieniem, przywołał tajemnice fatimskie, przypominając, że się sprawdziły: „Bez rozlewu krwi, bez wielkich wstrząsów, Związek Sowiecki rozpadł się. Otrzymaliśmy wolność wyznania”. Słowa o uderzającej dwuznaczności.
WOJCIECH KONOŃCZUK jest dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















