To nie chęć „nap...lania” przeciwników zapewniła siatkarzom olimpijski sukces. Czego możemy się od nich nauczyć?

Kibicując polskim siatkarzom, oklaskujemy też siebie samych – potrafiących sobie poradzić mimo wszystko. Mamy z czego się cieszyć, a nawet: być dumni. Nawet jeśli nie zdobyliśmy złota.
Czyta się kilka minut
Jakub Kochanowski podczas meczu półfinałowego ze Stanami Zjednoczonymi. Paryż, 7 sierpnia 2024 r. // Fot. Matthew Stockman / Getty Images
Jakub Kochanowski podczas meczu półfinałowego ze Stanami Zjednoczonymi. Paryż, 7 sierpnia 2024 r. // Fot. Matthew Stockman / Getty Images

Polscy siatkarze zajęli na igrzyskach w Paryżu drugie miejsce, przegrywając finał z wyraźnie lepszą Francją. Ale to, co najważniejsze, wydarzyło się trzy dni wcześniej, w czasie meczu półfinałowego z drużyną Stanów Zjednoczonych. To wtedy w zawody sportowe przeniknął ożywczy mit.

W środę 7 sierpnia, podczas pojedynku z USA, wydarzyło się coś, czego siła jest podobna do legendarnego meczu polskich piłkarzy na Wembley 17 października 1973 r. Czy dla tamtego mitu ma dziś jakiekolwiek znaczenie, że polscy piłkarze na Mistrzostwach Świata w 1974 r. zajęli ostatecznie trzecie miejsce?

„Przemowa motywacyjna” Tomasza Fornala 

Jeśli mecz z Amerykanami jest „historyczny” (a mówi się tak od chwili jego zakończenia), to trzeba zapytać: co to za historia? Co właściwie nam się opowiedziało i co sami sobie opowiadamy, gdy gorączkowo pytamy: „wiesz, co się stało?”. A zatem: co się właściwie stało po południu 7 sierpnia 2024 r. w South Paris Arena?

Odpowiedź najprostsza brzmi: odbył się tam mecz siatkarski, którego stawką był awans do finału igrzysk olimpijskich. Odpowiedź równie oczywista, co oczywiście niewystarczająca, choć pierwsze dwa sety można by w ten sposób spokojnie opisać. Dwie bardzo dobre drużyny walczyły o skuteczne przebicie piłki na drugą stronę siatki w taki sposób, by przeciwnik nie był w stanie odpowiedzieć tym samym. Polscy zawodnicy wygrali seta pierwszego, Amerykanie drugiego. W trzecim pojawiły się sygnały słabości naszej reprezentacji – sporo błędów własnych, i to w sytuacjach całkiem klarownych, za dużo chaosu i nerwowości. Siatkarze USA wyglądali tymczasem na spokojnych i pewnych siebie – grali sprawnie i skutecznie. Któryś z komentatorów użył nawet określenia: „amerykańska maszyna”. Ale wciąż można było mieć nadzieję, że – jak to nieraz już bywało – Polacy w trzecim secie „odpalą”.

Nastąpiło jednak coś zupełnie innego: katastrofa. Przy stanie 9:13 Marcin Janusz zderzył się z Pawłem Zatorskim, który upadł na parkiet i długo się nie podnosił. W końcu wrócił do gry, ale było widać, że wiele go to kosztuje. Amerykanie mieli świadomość swojej przewagi. Nie poganiali sztabu medycznego, spokojnie czekali na rozwiązanie sytuacji, bo wiedzieli, że nie ma potrzeby wykonywania żadnych akcji specjalnych. Po prostu robili swoje i dość szybko zamknęli seta w kompromitującym dla nas stosunku 14:25. Co tu dużo mówić: wydawało się, że jest po meczu i po marzeniach o finale.

Początek seta czwartego potwierdzał te obawy: Polacy nadal grali niezbyt pewnie, a Amerykanie spokojnie zdobyli prowadzenie. Na dodatek zaraz na początku – kolejna katastrofa: z boiska z powodu urazu pleców zejść musiał rozgrywający, wspomniany już Marcin Janusz. Ma na szczęście świetnego zastępcę, Grzegorza Łomacza, ale nagła zmiana rozgrywającego to zawsze źródło problemów. Amerykanie uciekli na cztery punkty. 

Coś się jednak zaczęło zmieniać. Mimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności, polscy siatkarze grali coraz lepiej i doprowadzili do remisu 13:13. Wprawdzie nie wyszli na prowadzenie, ale można było mieć nadzieję, że przetrwali najgorsze. Po kilku wymianach znów wyrównanie: 16:16, a potem prowadzenie 17:16, strata – remis, i znów prowadzenie, i znów, i tak już do końca, gdy po zupełnie niespodziewanym powrocie do względnie normalnej walki sportowej Polacy wygrali czwarty set 25:23 i doprowadzili do tie-breaka. A w nim szybko zdobyli przewagę i nie oddali jej do końca, wygrywając ostatni set 15:13, a całe spotkanie 3:2.

Może jakiś wysokiej klasy specjalista po dokładnych analizach będzie w stanie ustalić, kiedy nastąpił ten przełom, który sprawił, że drużyna, niemal dosłownie powalona na ziemię, podniosła się i zwyciężyła. Bezpośrednio po meczu nikt nie umiał go wskazać. Niektórzy wymieniają słynną już „przemowę motywacyjną” Tomasza Fornala w czasie przerwy, o którą poprosił Nicola Grbić przy stanie 18:20, ale przy całym jej łobuzerskim uroku (i niebezpiecznej dwuznaczności, jaką zaraz może się okleić, stawszy się memem), wydaje mi się ona raczej efektem czegoś, co nastąpiło wcześniej i co zadecydowało, że mecz, który mógł być skazany na gorzkie zapomnienie, stał się mitem. To „coś” jest nieuchwytne: nie było wydarzeniem, jakąś spektakularną akcją, ani osobą, która „natchnęła” innych.

Mówi się, że Polacy wygrali „sercem”, albo „duchem”, a więc mówi się, że nie wiadomo, co przemieniło klęskę w tryumf. Tak, oczywiście – nie byłoby na niego szans, gdyby nie miesiące i lata pracy, gdyby nie technika, siła, szybkość i wszystkie te cechy, jakie po prostu muszą mieć zawodnicy grający na najwyższym poziomie. Ale przecież ta historia, która nam się opowiedziała 7 sierpnia, nie jest o tym. Jest o owym tajemniczym „czymś”, co najpierw sprawiło serię katastrof, a potem – cud.

Tomasz Fornal (na pierwszym planie) podczas meczu półfinałowego ze Stanami Zjednoczonymi. Paryż, 7 sierpnia 2024 r. // Fot. Federico Pastellini / AFP / East News

Performans Polska–USA

Nie, nie – nie mam zamiaru wpadać w jakąś mistykę sportową. Ale też nie chcę osuwać się w te wszystkie banały, jakich już pojawiło się mnóstwo w odpowiedzi na pytanie: „czego nas uczy ten mecz?”. Na pewno jakiś coach użyje kiedyś tej historii jako motywacyjnego uzasadnienia wpajanej podopiecznym tezy, że nigdy nie należy się poddawać. Podejrzewam nawet, że znajdzie się kaznodzieja, który zrobi z niej egzemplum do opowieści o sile pozornie irracjonalnej wiary. Ale choć moce, które objawiły się w South Paris Arena i objawiają najjaśniej właśnie w sporcie, nie wydają się podlegać ludzkiej kontroli, to są jak najbardziej ludzkie.

Sprawa jest ważna, nie tylko dla sportu, lecz dla naszego „zwykłego” życia. Chodzi bowiem o sytuacje, w których stajemy się współuczestnikami procesów niezaplanowanych (choć zazwyczaj jesteśmy dobrze przygotowani do działań, które je współtworzą) i nie przebiegających według rozporządzeń i pod kontrolą jakiegokolwiek jednego ośrodka władzy. Są to stany społecznego wzmożenia, niekoniecznie o wielkim zasięgu, często wręcz mocno lokalne, ale przebiegające w sposób, który opisuje się jako szczególną mobilizację, czasem nawet uniesienie.

Każda z osób, które znalazły się w takim stanie, którą porwał ów proces, ma wrażenie, że wie, co ma robić, i że robi, „co należy”. Nikt też nie aspiruje do pozycji bohatera, nawet jeśli odegrał jakąś znaczącą rolę. Zwykle nie da się wskazać precyzyjnie momentu, w którym wydarzyło się coś, co spowodowało, że ten proces się rozpoczął, ani przyczyn, które przekształciły „zwykłe” współdziałanie w tę szczególną formę aktywności.

Takie stany zdarzają się wbrew pozorom całkiem często i wcale nie muszą się wiązać ani z katastrofami, ani z sytuacjami wyjątkowymi. Niekoniecznie też opisuje je do końca popularne w psychologii motywacyjnej zjawisko flow. Chodzi bowiem raczej o coś, co pojawia się we współdziałaniu, szczególnie w sytuacji, gdy nie możemy liczyć na nikogo poza sobą – czyli ludźmi, którzy są tu oto, i w tym miejscu i momencie muszą zmierzyć się z jakimś zadaniem.

Mecz Polska-USA pokazuje taką właśnie sytuację w sposób modelowy, oczyszczony z wielu zasłaniających ją szczegółów i przydatków, które w codziennym życiu często nie pozwalają jej dostrzec. Dwa zespoły, które stanęły naprzeciwko siebie, działały początkowo według tego samego modelu efektywnego wykonu – robiły w najlepszy z możliwych sposobów to, do czego się przygotowały. To on właśnie stanowi podstawę współczesnego racjonalnie efektywnego performansu, dominującego w zarządzaniu, w swym niezakłóconym przebiegu odbieranego czasem jako „nieludzki” (stąd „amerykańska maszyna”).

Proces, który możemy uchwycić dzięki tamtemu meczowi siatkarzy, stanowi poniekąd jego przeciwieństwo. Gdy „maszyna” zawodzi, pojawia się inna międzyludzka moc, która pod wpływem niedających się przewidzieć i kontrolować czynników przechodzi w siłę odczuwaną jako ponadludzką, jako owo tajemnicze „coś”. Jej źródłem jest konieczność „radzenie sobie” ponad procedurami, efektami treningu, technologią i innymi racjonalnie zarządzanymi czynnikami. Ponad, a nie poza, bo wszystkie one nadal są obecne, tylko przestają wyznaczać sposoby działania. Nie rządzą, nie mają zwykłej władzy, bo okazały się niewystarczające i „musimy sobie radzić sami”.

Moc polskich siatkarzy

„Radzenie sobie” to pojęcie, które kluczem do zrozumienia funkcjonowania społeczeństw współczesnych ustanowił Michel de Certeau, francuski myśliciel swobodnie przekraczający granice „dyscyplin”, bo zajmujący się tym, co naprawdę ważne – życiem żytym. We wspaniałej książce „Wynaleźć codzienność” stworzył całą serię równie naukowych, co poetyckich opisów i analiz sytuacji, w której ludzcy aktorzy wymykają się procedurom, regułom, mapom i prawom, by „radzić sobie” w sposób, który zapewnia im lokalny, niekiedy nawet prywatny sukces: ocalenie tego, co dla nich ważne. Sposoby owego radzenia sobie nazwał „taktykami” i odróżnił od „strategii”, czyli praw, reguł i procedur, jakimi dysponuje władza.

W sporcie ten podział jest dobrze widoczny: strategie narzucają przepisy dotyczące poszczególnych dyscyplin i rozgrywek, często ustalane z powodów pozasportowych przez „działaczy”. Taktyki opracowywane są w odniesieniu do konkretnych zawodów i uwzględniają setki czynników, a co najważniejsze – ulegają zmianom w zależności od sytuacji. Te zmiany niekiedy są częściowo zaplanowane (trener i zawodnicy przygotowują różne warianty rozwiązań odnoszące się do prawdopodobnych scenariuszy wydarzeń), ale często uruchamiają się w sposób spontaniczny, właśnie wtedy, gdy sportowcom przychodzi „radzić sobie” z bardzo konkretnymi sytuacjami. Gdy w długodystansowym biegu „szalony” finisz zapewnia zwycięstwo słabszej teoretycznie zawodniczce, gdy pada „nieprawdopodobna” bramka w ostatniej minucie doliczonego czasu, a szpadzistka niespodziewanym ruchem ciała unika sztychu przeciwniczki i w ostatniej sekundzie wyprowadza decydującą kontrę – wtedy zazwyczaj działają siły „taktyczne”.

Jedno ważne zastrzeżenie: De Certeau wiązał taktyki przede wszystkim z dostosowaniem się do sytuacji, korzystaniem ze sposobności. Według niego taktyka „kłusuje” w lukach systemu. „Zastawia pułapki. Może się znaleźć tam, gdzie nikt jej się nie spodziewa” (przekład Katarzyny Thiel-Jańczuk). Taktyczne siły radzenia sobie, takie jak te, które skutecznie przeciwstawiły się potędze amerykańskich siatkarzy, miały inny charakter. Nie kłusowały, ale galopowały. Nie zastawiały pułapek, tylko wywoływały maksymalną intensyfikację wspólnych działań, wyprowadzając je na taki poziom, że z perspektywy racjonalności procedur wydawały się „szaleństwem”.

W półfinałowym meczu polskich siatkarzy ujawniła się moc, która nie podlega władzy, a może spowodować, że zostanie ona lokalnie i czasowo unieważniona. Tą siłą jest zdolność do „radzenia sobie” ponad wszystkim, co władza ma pod swoją kontrolą. Podlegające jej działanie nie oznacza i nie prowadzi do obalenia i przejęcia władzy. Skutkuje raczej wytworzeniem trudno uchwytnej, ale skutecznej i realnej sieci alternatywnych relacji i koniunktur, których podstawą nie jest nieustanna rywalizacja, ale stała, choć przebiegająca w zmiennych i płynnych układach współpraca. Wiedzie ona do osiągnięcia sukcesu, czyli poczucia względnego zadowolenia i bezpieczeństwa ograniczonego do sieci najbliższych, najsilniejszych relacji.

„Radzić sobie” trzeba więc czytać dosłownie – jako działanie nastawione na powodzenie grupy własnej. Jej precyzyjne opisanie nastręcza liczne trudności, ale pewne wydaje się, że jej granic nie wytyczają dominujące narracje, łącznie z partyjnymi, wytwarzającymi i podtrzymującymi skrajnie odmienne poglądy na znajdujące się w danej chwili na „agendzie” konfliktogenne kwestie społeczne.

Polscy kibice siatkówki podczas meczu ćwierćfinałowego ze Słowenią. Paryż, 5 sierpnia 2024 r. // Fot. Adam Warżawa / PAP

Czy trzeba być mistrzem?

Mówiąc wprost i odnosząc się do sytuacji rodzimej: „radzenie sobie” nie ma nic wspólnego z wojną polsko-polską, której fronty wyznaczają kolejne linie sporów ideologicznych i politycznych. Działa nie między grupami identyfikującymi się z określonymi zestawami przekonań, ale między konkretnymi ludźmi, którzy zawiązują sojusze, by sobie wzajemnie poradzić z tym, w czym się znaleźli.

Zamiast powtarzać slogany o koniecznym porozumieniu ponad podziałami, ludzie ci w określonych sytuacjach niemal natychmiast zaczynają współdziałać, nie tylko ze względu na przekonanie, że to właśnie jest skuteczne, ale też dla przyjemności, jaka się z tym wiąże, i radości, jaką daje rezygnacja z konkurencji. Ta radość, siła zapomniana przez polską politykę i wręcz wygnana z jej spektakli, działa na poziomie życia, które nazywamy codziennym, choć właśnie dzięki niej bywa ono prawdziwie świąteczne. Widać ją było na twarzach polskich siatkarzy i to raczej ona niż chęć „nap...lania” przeciwników zapewniła im nieprawdopodobne zwycięstwo.

Ośmielę się zapytać, czy to nie ona właśnie sprawia, że mimo szalejącej i podgrzewanej wciąż przez aktorów politycznego spektaklu wrogości, od ćwierć wieku tak dobrze dajemy sobie radę w świecie, w którym procedury i reguły co rusz zawodzą? Bo przecież mimo wszystkich katastrof, wojen, kryzysów, pandemii, niemożności zapewnienia przy przyzwoitych nawet zarobkach tak podstawowego dobra jak mieszkanie, przy całym świadomie podtrzymywanym przez graczy politycznych kursie na nienawiść, „my”, czyli ludzie tworzący doświadczaną codziennie wspólnotę połączoną realnymi relacjami, radzimy sobie całkiem dobrze.

Całkiem nieźle nam idzie, a nawet się powodzi. Kibicując polskim siatkarzom i krzycząc z radości po ich zwycięstwie, oklaskujemy też siebie samych – potrafiących sobie poradzić mimo wszystko w Racocie, Kozielicach, Dąbrowie Górniczej, Tychach i innych, wcale nie metropolitalnych miejscowościach, których nazwy pojawiały się na polskich flagach wznoszonych na trybunach w Paryżu. Czy sama obecność osób dumnie je trzymających w jednej ze stolic świata nie dowodzi tego, że mamy z czego być zadowoleni, a może nawet dumni?

Tak, wiem: nie zostaliśmy mistrzami. Zagraliśmy w finale słabiej od Francji. Cud mniemany się nie powtórzył. Ale może jest tak, że radosny sukces radzenia sobie wcale nie musi prowadzić na sam szczyt. Zadowala się spokojnym domem w dolinie, skąd góry wysokie, owszem, dobrze widać, ale ważniejsze, że obok jest miejsce na ogród, ławkę i huśtawkę dla dzieci. Wcale nie trzeba być mistrzem, by poczuć się szczęśliwym?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Mit się rodzi