Jestem kibicem futbolu, więc moja mama stała się dla mnie źródłem sporej frustracji. Ilekroć odwiedzam dom rodzinny, obserwuję, jak ogląda mecze siatkówki i nawet niekoniecznie musi komukolwiek kibicować, żeby cieszyć się tym widokiem. W telewizji nie musi lecieć mecz reprezentacji, wystarczy – dajmy na to – pojedynek Jastrzębskiego Węgla z Wartą Zawiercie. Mama po prostu delektuje się wysokim poziomem prezentowanym przez polskich zawodników, wzmocnionych przez zaciąg wybitnych graczy z zagranicy. Ostatnio tych samych endorfin dostarczają jej również mecze siatkarek, które też wdarły się do elity, zajmując trzecie miejsce w lidze światowej.
Dobrze jest popatrzeć na zadowoloną kibickę – pozbawioną jednego z podstawowych stresów życia codziennego: sportowej frustracji. I to od ponad dwóch dekad w przypadku kobiet (choć do tej pory odnoszących sukcesy tylko w Europie), a od 2006 r. w przypadku mężczyzn, w ostatniej dekadzie wręcz królujących w światowej elicie.
Sympatyk piłki nożnej, taki jak ja, może tylko czuć zazdrość, zwłaszcza jeśli weźmie pod uwagę, że fanom „siatki” zawód sprawia brak tytułu mistrza świata dla naszej narodowej drużyny, a ja za sukces muszę uznać przejście fazy eliminacyjnej do którejkolwiek z ważnych imprez, szczyt marzeń zaś to wyjście z grupy na mistrzostwach. I nawet jeśli siatkarzom czy siatkarkom czasem powinie się noga, moja mama może wzruszyć ramionami i powiedzieć sobie: następnym razem wygramy. Żaden kibic nie będzie dowcipkował (jak ten futbolowy) o trzech meczach: otwarcia, o wszystko, o honor. Po prostu w polskim kibicowaniu tej akurat dyscyplinie zaszyty jest gen zwycięstwa.
Ktoś powie, że temu eleganckiemu i pozbawionemu brutalności sportowi (największym jej objawem były cykliczne kłótnie naszych zawodników z Irańczykami) daleko do popularności futbolu. Tak, to prawda, ale zarazem to wciąż jedna z najpopularniejszych dyscyplin zespołowych, z potencjałem sięgającym 900 mln widzów na świecie. Na dodatek jesteśmy potęgą nie tylko jeśli chodzi o wyniki, ale też o pieniądze. Fakt, z tym czasem bywa różnie, o czym świadczą ostatnie kłopoty finansowe utytułowanej Zaksy Kędzierzyn-Koźle, tracącej właśnie Grupę Azoty jako sponsora. W średnich lub niedużych ośrodkach, a te w sporej mierze stoją za sukcesem polskiej siatkówki (Jastrzębie-Zdrój, Zawiercie, Nysa, Bełchatów, Kędzierzyn-Koźle, Suwałki plus Rzeszów czy Olsztyn), nie jest łatwo o firmy z wielkim budżetem na sportowy marketing. Niemniej do kryzysu nam wciąż daleko; nadal najlepsi na świecie grają u nas oraz we Włoszech, co przywodzi mi na myśl tylko jeden sport – żużel. Tu też Polska rządzi jako światowy bastion finansowy, choć oczywiście to dyscyplina dużo bardziej niszowa, nieolimpijska, no i ostatnio cierpiąca na odpływ kibiców.
Siatkówce to zjawisko na razie nie grozi, mimo że i tu można gołym okiem dostrzec zmiany. Publiczność zarówno na meczach ligowych, jak i reprezentacji powoli się starzeje, ale to nie tyle efekt znużenia powtarzającymi się sukcesami męskiej reprezentacji, co raczej ogólnym trendem pokoleniowym. Młodzież ma dziś o wiele większą gamę możliwości przy dokonywaniu codziennych wyborów w porównaniu z pokoleniem jej rodziców, a i stosunek do sportu oraz szerzej – kultury fizycznej – też się w ostatnich czasach zmienił. Proces ten dotyka jednak nie tylko siatkówkę, ale cały sport. Również futbol od którego wyraźnie odpycha wciąż królujące na wielu stadionach chamstwo i brak poczucia bezpieczeństwa, nieznane w siatkarskich halach. Podkreślmy: halach dość nowoczesnych, z pełnymi trybunami i wspaniałą atmosferą, pełną energii. A na dokładkę z 47-letnim Sebastianem Świderskim u steru związku, wicemistrzem świata z 2006 r., za którego kadencji skończyły się afery korupcyjne.
Wielu z nas marzy o zwycięstwie w półfinale z USA. Ale nawet jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze możemy sobie powiedzieć: następnym razem ich pokonamy. Robiliśmy to już wiele razy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















