Szczęście zaczyna się przy stole. Co badania mówią o wspólnym jedzeniu

Polska nie należy do najszczęśliwszych krajów świata – tak wynika z badań i rankingów. Finlandia znów wygrywa, choć jej klimat trudno uznać za przewagę.
Czyta się kilka minut
Wspólne biesiadowanie w Helsinkach podczas święta Dnia Miasta. Finlandia, 12 czerwca 2018 r. // Fot. Aleksandra Suzi / Shutterstock
Wspólne biesiadowanie w Helsinkach podczas obchodów Dnia Miasta. Finlandia, 12 czerwca 2018 r. // Fot. Aleksandra Suzi / Shutterstock

Osiem wspólnych posiłków tygodniowo zapewni największą satysfakcję z życia. Czyli raz dziennie kolacja plus obiad w niedzielę – byle nie za dużo gadać o robocie, chyba że sprawy zawodowe to jedyny temat pozwalający uniknąć dyskusji o rozpadzie kanapy model Polska 2050. Okazała się jeszcze mniej trwała niż sofa rozkładana Kaputt, czy jak tam się zwie najtańsza linia meblarska znanego wszem wobec szwedzkiego producenta. 

Jako najlepiej poinformowana grupa czytelnicza w Polsce, czerpiąc z mądrości profesora Flisa, spodziewaliście się tego już od dawna, właściwie od samego momentu założycielskiego, kiedy wasz ulubiony „Tygodnik” stracił świetnego felietonistę. 

Tutejszej rubryczce daleko do świetności tamtych popisów Szymona Hołowni, ale za to możecie być pewni, że jej autor porzuci kartkę, ołówek oraz nóż i deskę do krojenia na rzecz służby publicznej dopiero, gdy go z zaświatów Najjaśniejszy Pan zawoła, by podjął dworską karierę w niebiańskim Schönbrunnie.

Dlaczego jedzenie razem buduje relacje silniej niż rozmowy o interesach

Tymczasem zaś będziemy pilnować garnków, bo, jak się rzekło, idzie o szczęście ludzkości, a w każdym razie tej niewielkiej cząstki, którą zdołamy co wieczór posadzić przy naszym stole. Koniecznie razem. 

Polskie słowo „towarzystwo” wzięło się, o ile wierzyć etymologom, z tureckiego rdzenia, który służył do oznaczania majątku – ten sam znajdziemy w naszym „towarze”. Czuję się z tym głupio, jakbym prosząc na kolację już sobie kombinował, jak was sprzedać reklamodawcom albo wyciągnąć jakąś wymienną korzyść z waszej obecności.

Chyba że jest to skrzynka jabłek ze starego sadu, za którą pięknie dziękuję czytelnikom. Porzućmy zatem to interesowne towarzystwo i zasiądźmy w kompanii, oby wesołej. W tym bardzo starym słowie – które w dodatku siedzi od zawsze we włoszczyźnie czy we frywolnej mowie Francuza – pobrzmiewa łacińskie cum panis, czyli wspólnota chleba. 

Tamte romańskie ludy były przekonane, że nie ma lepszego miejsca na bycie-z-kimś, jak stół z jadłem. Niekoniecznie uczta, po prostu posiłek. Dwa kęsy przed spoczynkiem.

Ile wspólnych posiłków daje szczęście

Co potwierdzają ankiety Gallupa przeprowadzone na 150 tysiącach osób w parudziesięciu krajach, z których wziąłem ową tabelkę korelacji liczby nie-samotnych posiłków z subiektywnymi miarami szczęścia. 

Wszystko to w ramach World Happiness Index, o którym to wskaźniku na pewno słyszeliście z kochających rankingi mediów, choćby to, że rokrocznie za najprzychylniejsze miejsce na Ziemi uznaje Finlandię. Serio? Mam jechać do Helsinek, jakbym miał w zapasie drugi zestaw palców do odmrożenia? Gdyby publikowali te tabelki w lecie, może dałbym wiarę, ale dziś, kiedy po najwstrętniejszym w mojej pamięci styczniu zaczyna się luty tylko o tyle lepszy, że ma trzy dni mniej, nie będę niczego zazdrościł poddanym królowej lodu.

Przy bliższym oglądzie tabela wygląda jeszcze bardziej podejrzanie: czołówkę sprzyjających szczęściu krajów tworzą jeszcze Dania, Islandia, Szwecja, Norwegia... jedyne kraje z nieco mniej upiornej strefy klimatycznej w pierwszej dziesiątce zbiorczego rankingu to Holandia, Szwajcaria i Luksemburg. Ale one z kolei to dowód, że pieniądze, owszem, dają szczęście i właściwie możemy przestać dalej czytać te bajki na dobranoc dla grzecznych dzieci Mamony.

Statystyki szczęścia a rzeczywistość: co naprawdę mówią rankingi krajów

Ale taki jest urok zbiorczych zestawień, grubych uogólnień, że mówią o wszystkim naraz, a więc o niczym. Wiele za to szczegółowych przekrojów przynosi korzyść poznawczą, jak ów rozdział o posiłkach. Zawsze jest miło zobaczyć, że nasze własne intuicje czy wręcz przekonania dla nas oczywiste, znajdują potwierdzenie w badaniach i ich analizie wykonanych z jako takim rygorem metodologii nauk społecznych. 

Uważniejsze czytanie danych przynosi jeszcze różne małe i większe zaskoczenia. Jak się rzekło, subiektywne poczucie zadowolenia szczytuje w okolicach ośmiu posiłków tygodniowo, po czym znowu lekko opada. Polska nie jest, a w każdym razie sama się nie uważa za szczęśliwy kraj. Pewnie dlatego, że za mało jemy razem? Przeciwnie.

Tych posiłków wspólnych mamy prawie jedenaście tygodniowo i jesteśmy z tym wynikiem na piątym miejscu w świecie – przed nami są tylko kraje takie jak Senegal czy Paragwaj. Nawet super biesiadne Hiszpania i Włochy lokują się około trzydziestki, Francja jeszcze dalej. Przy czym nasz region wypada ogólnie słabo, samotniczo, do czego przyczyniają się denne wskaźniki zwłaszcza Bałtów (ale Czesi i Słowacy wyraźnie od nich lepiej). 

Za dużo wspólnych posiłków? Granice wspólnoty i znaczenie codziennej diety

Czyli za dużo wspólnoty to też niedobrze? Każdy musi mieć swoją chwilę na osobności, zjeść rano owsiankę, stojąc samotnie przed oknem, gapiąc się na głodne ptaki dziobiące w zmarzlinie? Może w samych badaniach jest jakaś luka albo może trzeba by sięgnąć głębiej, w rewiry, gdzie już żadna ankieta nie sięgnie. 

Wstyd powiedzieć, ale podejrzewam, że zadowolenie z życia, owszem, zależy od tego, ile razy się zasiada do wieczerzy w kompanii – ale może w równym stopniu od tego, co i jak się spożywa. 

Co prawda Finowie w zimie mają dietę równie ponurą jak nasza, ale szczęśliwość osiągają pomimo, a nie dzięki jedzeniu – za sprawą np. wysławianej wspólnotowości w innych obszarach doświadczeń codziennych. Chcąc też zrobić coś dla swojego państwa, jak mój dawny kolega z łamów, zastanawiam się, co będzie łatwiej: obudzić w nas tutaj nad Wisłą ducha współpracy, czy raczej zmienić dietę na bardziej śródziemnomorską, bo nie ma lepszej drogi do nieba w gębie?

Aglio e olio z palonym czosnkiem // Fot. Adilson Sochodolak / Shutterstock

Kremowe aglio e olio z palonym czosnkiem

240 g krótkiego makaronu

1 główka czosnku

40 ml oliwy

40 ml śmietanki

600 ml wody

Sól

Oto przepis szarobiały jak pogoda za oknem, a zarazem mający coś immanentnie włoskiego, bo łączy w sobie ideę makaronu aglio e olio z kremowością, jaką znamy z carbonary (zresztą można na koniec dodać kawałeczki zrumienionego boczku!). Jeśli dodam, że nauczyłem się go od amerykańskiej autorki pochodzącej jednakowoż z Rumunii... to już totalny mętlik. Ważne, że łatwe, zdrowe i bardzo sezonowe, bo czosnku ci u nas dostatek. 

Obieramy czosnek, zostawiamy jeden ząbek, resztę dajemy na patelenkę z oliwą, podgrzewamy i kiedy oliwa zacznie lekko syczeć, zmniejszamy ogień i bardzo ostrożnie, często mieszając, rumienimy ząbki, aż osiągną złotą barwę wpadającą w lekki brąz. To bardzo delikatna faza, nie można pospieszać, bo łatwo przegiąć i po prostu przypalić, co będzie skutkowało goryczą. 

Może nam to zająć nawet 10 minut. 

Wyjmujemy czosnek, wkładamy go do garnka z zimną, odmierzoną wodą z solą, przykrywamy, zagotowujemy. Od momentu wrzenia gotujemy 5 minut. Wyjmujemy go cedzakiem, a do garnka z wrzątkiem wrzucamy makaron, po czym dodajemy po chwili czosnek, który rozgnietliśmy na pastę łyżką albo bokiem noża. 

Gotujemy bez przykrywki na średnim ogniu, często mieszamy, bowiem woda będzie wyparowywać i w garnku zacznie się robić „gęsto”. Na dwie minuty przed podanym na opakowaniu makaronu czasie gotowania wody już prawie nie powinno być. 

Wlewamy zachowaną oliwę, dodajemy świeży ząbek czosnku drobniutko posiekany, intensywnie mieszamy, wlewamy śmietankę, znów mieszamy, wyłączamy ciepło i przykrywamy na dwie minuty. 

Cała woda powinna w tym czasie zostać wchłonięta, a kluski otoczone wybitnie kremowym sosem. Na wydaniu lubię go wzbogacić niewielką garstką parmezanu. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Przy wspólnym stole