Im mniej ryby w skrzynkach, tym więcej wspomnień. Porty rybackie puchną od opowieści o dwukilogramowych flądrach, o sieciach tak pełnych, że nie mieści się w nich dłoń, o dorszu, którego nadmiar zakopywano w lesie, o smażalniach otwartych przez cały rok. Kiedyś to była ryba. A dzisiaj? Została tylko woda – słychać w Ustce, Władysławowie, Darłowie.
W Łebie o poranku jest jeszcze sennie. Port jest tutaj centrum miasta. Na wodzie kołysze się kilka łodzi, z jednej dobiega muzyka. Pachnie rybą.
– Stoję jeszcze, ale po pas w bagnie – słyszę na powitanie. Rozmówca jest nieufny, nie chce się przedstawiać. Obawia się kontroli, bo „rybak to teraz łodziej jest”. Kto tak mówi? Politycy, ekolodzy, którzy nigdy na morzu nie byli. – Tępią nas. Limity na dorsza wprowadzili. Foki wyżerają ryby z sieci i nic nie można z tym zrobić. Foka ważniejsza niż dzieci moje.
Powoli zaczynają schodzić się turyści. Pytają o dorsza. Dziś jest tylko flądra i ostatnia skrzynka śledzia, ale już zamówiona. – Za darmo pracujemy – mówi rybak. Pytam, dlaczego jeszcze łowi. – A co tu innego robić? Rybak, który nie pływa, długo na lądzie nie wytrzyma.
Flota rybacka się zwija
Na koniec 2024 r. morska flota rybacka w Polsce liczyła 721 statków. W ciągu roku ubyło ich ponad sto. Ostatnio tak znaczna redukcja miała miejsce tuż po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Znikają zwłaszcza mniejsze łodzie, wydawałoby się: na stałe wpisane w krajobraz nadmorskich miejscowości. To ich załogi żyły głównie z połowów dorsza.
Jeszcze w latach 2015-2019 polskie statki wyławiały ok. 200 tys. ton ryby rocznie, z czego trzy czwarte z łowisk bałtyckich. Oprócz szprotów, ostroboków i śledzi, najczęściej właśnie dorsza. Ale od 2020 r. połowy tej ryby są zakazane ze względu na zły stan jej populacji w Bałtyku. Może się trafić wyłącznie w tzw. przyłowie, czyli przy okazji połowów innych gatunków. Również tutaj obowiązują limity, których wysokość wyznacza corocznie Komisja Europejska.
Dorsz z Bałtyku, nawet jeśli się trafi, jest chudy, rybacy nazywają go „bolkiem”. Nadmorscy restauratorzy przyznają, że wolą atlantyckiego, większego i bardziej mięsistego. Zakazane są też ukierunkowane połowy łososia. Latem w smażalniach coraz trudniej przekonać turystów, że to, co trafia na talerz, jest prosto z kutra. W ubiegłym roku w Bałtyku złowiono już tylko 75 tys. ton ryby. Krajowy surowiec zaspokaja co najwyżej jedną trzecią potrzeb przetwórstwa.

– Obecnie w Bałtyku poławiane są głównie szproty i śledzie. Wolno łowić stornię, czyli flądrę, ale nie są to ilości pozwalające utrzymać się mniejszej flocie. A zasoby dorsza, mimo ograniczenia połowów, odbudowują się bardzo wolno – mówi prof. Jan Horbowy, kierownik Zakładu Zasobów Rybackich w Morskim Instytucie Rybackim w Gdyni. Jako przyczynę słabości dorsza wskazuje zmiany środowiskowe. Ryba ta do rozrodu potrzebuje wody słonej, zimnej i dobrze natlenionej. – Powiększające się strefy beztlenowe w Bałtyku powodują, że ginie bentos, czyli bezkręgowce, którymi żywi się dorsz, stąd też jego wysoka śmiertelność naturalna – tłumaczy. – Można się spodziewać, że zakaz połowów dorsza w najbliższych latach zostanie utrzymany.
Połowy szprota, który trafia głównie do przetwórstwa, są rentowne dla większych kutrów trałowych, choć i one w okresie ochronnym tarła dorsza, czyli od maja do końca sierpnia, mają zastój. „Łodziowcy”, czyli rybacy małoskalowi, korzystający z sieci stawnych, łowią teraz głównie flądrę, turbota, troć bałtycką.
– Tym, co złowiłem rano, nie jestem w stanie zaspokoić nawet kilku zamówień detalicznych. Ci z nas, którzy zostali, robią to już chyba tylko z sentymentu – rozkłada ręce Jacek Wittbrodt z Władysławowa. Prezes Zrzeszenia Rybaków Morskich na pytanie o sytuację rybaków odpowiada: – Nie ma o czym rozmawiać. Rybołówstwa już nie ma.
Choć tak jak on, wielu jego kolegów jeszcze nie złożyło sieci, są zmuszeni szukać sobie innego zajęcia.
Unijny program dla rybołówstwa ma skłonić rybaków do odejścia z zawodu
Według różnych szacunków w rybołówstwie morskim może wciąż pracować ok. 2 tys. osób. Dzięki funduszom z UE (w latach 2014-2020 wypłacono ponad 860 mln zł) armatorzy inwestowali w statki i sprzęt oraz nowoczesne przetwórnie ryb, otrzymywali też rekompensaty za tymczasową przerwę w połowach, spowodowaną pandemią covid-19, a potem rosyjską agresją na Ukrainę, i pokrywali straty spowodowane przez foki.
Wielu za dotacje zainwestowało w gastronomię, otworzyło sklepy z rybami, tawerny, smażalnie. Niektórzy poszli w turystykę, postawili domki letniskowe, otworzyli wypożyczalnie sprzętu wodnego.
- Wolelibyśmy łowić ryby, niż brać dotacje, ale dla rybaków, którzy się jeszcze nie zezłomowali, udział w projektach unijnych to kroplówka, która utrzymuje przy życiu. Za chwilę i tak każdy dojdzie do wniosku, że to dłużej nie ma sensu. A nie widać młodych, którzy garnęliby się do rybołówstwa – mówi Wittbrodt.
Na morzu dodatkowym zarobkiem dla armatorów bywa udział w ekologicznych programach badawczych, np. testowaniu sprzętu fokoodpornego albo obserwacji, czy sieci nie są pułapką dla ptaków. Morski Instytut Rybacki od czasu do czasu czarteruje statki rybackie np. do monitorowania środowiska czy połowów badawczych łososi. Są to jednak jednorazowe zlecenia, nie stałe źródło dochodu.
Obecny program operacyjny UE dla rybołówstwa nakierowany jest już głównie na to, aby skłonić rybaków do odejścia z zawodu.
Ostatni moment, by zezłomować statek
– Kiedyś człowiek wychodząc w morze, wiedział, że zarobi. W siatkach pełno, morda uśmiechnięta, było wesoło. Zdawaliśmy rybę i nie było dylematów, czy starczy, żeby rodzinę wykarmić. Dzisiaj jest smutno i nerwowo – odpowiada Rafał Bocheński z Darłowa na pytanie, jak zmienił się jego zawód. Pracuje na morzu od początku lat 90. Wtedy Darłowo było portem dla kilkudziesięciu statków. Dzisiaj nie widać ani jednego kutra, zostało 12 łodzi. W Ustce, kiedy Polska wchodziła do UE, pływało 115, teraz tylko 36.
– Zdarza się, że wychodzimy w morze po to, żeby wypływać dni, jakich wymagają kryteria unijnych programów. Palimy ropę bez sensu – mówi Bocheński. Przyznaje, że z zawodu uciekają wszyscy, którzy mogą. Sam też o tym myśli, ale musi się czymś zająć do emerytury. Armatorom, inaczej niż załodze, nie przysługuje świadczenie pomostowe za pracę w szczególnych warunkach. – Od lat bezskutecznie próbujemy przekonać kolejnych ministrów, że potrzebne są zmiany – mówi przewodniczący Darłowskiej Grupy Producentów Ryb i Armatorów Łodzi Rybackich.

Dla rybaków to ostatni moment, żeby zezłomować się z wykorzystaniem środków unijnych. Tylko w dwóch ostatnich naborach wniosków w programie operacyjnym dla rybołówstwa do likwidacji poszło 112 statków, kolejnych 43 czeka na kasację. Pracę straciło ponad trzystu członków załóg.
Największymi beneficjentami są armatorzy. Właściciel skasowanego statku może liczyć na rekompensatę od 160 tys. do ponad 3 mln zł, w zależności od jego pojemności. Zatrudniony na statku rybak otrzymuje 100 lub 200 tys. zł odprawy (liczy się staż pracy), pod warunkiem, że odejdzie z zawodu na co najmniej 5 lat. Niektórzy mówią, że tyle można zarobić w rok, pracując na budowie w Danii. Nie brakuje też historii o takich, którzy za unijną kasę popłynęli na innej niż morska fali i zostali z niczym.
A w każdym porcie pracują też „najemnicy”, żyjący od połowu do połowu, z procentu od ryby. Bez umowy, ubezpieczenia, ZUS-u, udokumentowanych rejsów, nie łapią się na pomoc. Armatorzy mają swoje zrzeszenia, ale rybacy nie mają związków zawodowych. Trudno też o zbieżność interesów właścicieli i załóg dużych kutrów oraz rybaków małoskalowych. Rozproszony głos środowiska nie ma siły przebicia i łatwo go zignorować.
Jak rybacy patrzą na farmy wiatrowe na Bałtyku
Na początku lipca w wodzie stanęła pierwsza turbina elektrowni wiatrowych budowanych na Bałtyku. Docelowo wiatraków ma być kilkaset, tzw. farmy wiatrowe zajmą ok. 8 proc. powierzchni polskiego morza i do 2030 r. mają dostarczyć energię dla 8 mln gospodarstw domowych. Na morzu ma miejsce wielka transformacja energetyczna Polski.
Co ta gigantyczna inwestycja oznacza dla rybaków? – Utrudni im i tak już niełatwą działalność. To kolejny element, który najpewniej przyczyni się do wygaszania rybołówstwa morskiego w Polsce – uważa Iwona Bojadżijewa, ekspertka Fundacji Instrat, autorka raportu „Niespokojny Bałtyk” badającego wpływ transformacji energetycznej na polskie rybołówstwo.
Przede wszystkim wyspy na akwenach zajmą rybakom łowiska i utrudnią do nich dostęp, a budowa i obsługa elektrowni już teraz sprawia, że zagęścił się ruch zarówno na morzu, jak i w portach: w Ustce i Łebie trwa przebudowa pod bazy serwisowe.
– Tu nie przeszkadzać, tam nie pływać. Zamiast łapać rybę, musimy usuwać się z drogi, jak jakieś rowery wodne. Jak na razie to tylko ponosimy koszty finansowe, a liczyliśmy na to, że uwzględnią nas w tym inwestycyjnym torcie – nie kryje frustracji Marcin Jodko z Krajowej Izby Producentów Ryb w Ustce.
We wrześniu 2021 r. z inicjatywy ministra klimatu i środowiska podpisano porozumienie sektorowe na rzecz rozwoju morskiej energetyki wiatrowej (MEW). Jest w nim mowa o konieczności wypracowania zasad współistnienia rybołówstwa i inwestorów, a jako jeden z celów strategicznych wpisano wykorzystanie potencjału polskich armatorów przy instalacji i serwisowaniu turbin. Rybacy zostali włączeni do rozmów w specjalnie utworzonej grupie roboczej.
– Wygląda na to, że skończyło się na obietnicach. Nie usłyszeliśmy żadnych konkretów. Mam wrażenie, że temat rybołówstwa został zarzucony, a państwo jawnie sprzyja inwestorom – mówi Marcin Jodko.
Kutry rybackie mogą być wykorzystywane choćby do monitoringu na etapie budowy elektrowni wiatrowych, jednak ze względu na rygorystyczne standardy ze strony inwestorów to opcja dla niewielkiego procenta floty. Na dodatek w 2022 r. Ministerstwo Infrastruktury zawęziło definicję żeglugi krajowej, wycinając z niej morską strefę ekonomiczną. Branża odebrała to jako blokadę dostępu do niej dla polskich załóg.
Rozwój MEW otwiera możliwości pracy dla serwisantów. Wymaga ona jednak certyfikatów, szkoleń, kursów językowych. Na to potrzeba czasu, pieniędzy i siły, a średnia wieku w rybołówstwie to 48 lat.
– Szanse na to, że rybacy będą masowo migrować do tego sektora, są niewielkie. MEW nie będzie kołem ratunkowym dla rybołówstwa. Skorzystają nieliczni – podsumowuje ekspertka Instrat.
Inwestorzy elektrowni wiatrowych zablokują łowiska na dekady
Jak na razie to rybacy bardziej niż na pracę przy wiatrakach liczą na odszkodowania od deweloperów za utratę potencjalnych połowów. Ogólne zasady rekompensat miały znaleźć się w ustawie, którą Ministerstwo Klimatu i Środowiska skierowało w lipcu do rozpatrzenia przez Radę Ministrów. Ale zapisy dotyczące rybaków z niej wypadły – jak informuje MKiŚ – „ze względu na złożoność tych kwestii i konieczność wyważenia interesów różnych stron”. Wypracowaniem regulacji ma się zająć resort rolnictwa. Ten zaś odsyła do wspomnianej ustawy. Jednocześnie szykuje rybakom podwyżki kar pieniężnych i nowe sankcje za naruszenie przepisów połowowych.
Nie czekając na systemowe regulacje, pierwsze odszkodowania wypłaciło rybakom konsorcjum Orlen i Northland Power (Baltic Power), deweloper jednej z elektrowni wiatrowych. W odpowiedzi na postulaty rybaków do podstawy wyliczeń włączono tzw. rok dorszowy, kiedy połowy były jeszcze dozwolone. Kwestią sporną pozostaje historyczna wartość połowów – rybacy podają inne dane niż inwestor. Trudno też przewidzieć, co przyniesie przyszłość.
– Łowiska będą przecież zablokowane na kolejne dekady. Może za parę lat pojawi się tam ryba, a nam nie wolno będzie po nią pływać – zwraca uwagę Rafał Bocheński.
Baltic Power poinformował, że niemal stu armatorów otrzymało rekompensatę, ale okazuje się, że w większości były to wypłaty jednorazowe (35 tys. zł) dla statków rekreacyjnych i przewoźników wędkarzy. – Jesteśmy rozgoryczeni postawą inwestora – mówi Marcin Jodko.
Inwestor zaś liczy na ministerialne przepisy i zapewnia, że jeśli się pojawią, wyrówna ewentualne różnice w wysokości rekompensat. Deklaruje też, że stawia na „polski wkład” w projekt. – Udział polskich przedsiębiorstw w całym cyklu życia farmy, od fazy rozwoju, poprzez budowę, aż po ok. 30 lat eksploatacji, wyniesie minimum 21 proc. – zapewnia Magdalena Podsiadły z Baltic Power. Jeśli chodzi o rybaków, firma widzi dla nich miejsce choćby w bazie serwisowej w Łebie, gdzie zatrudnienie ma znaleźć ponad 70 osób. Spółka oferuje bezpłatny dostęp do internetowej platformy nauki języka angielskiego. – Rozważamy także dofinansowanie do specjalistycznych kursów oraz szkoleń potrzebnych do pracy w sektorze offshore wind – dodaje Podsiadły.
Sytuację, w której rybacy muszą sami negocjować warunki rekompensat z gigantami offshore, negatywnie ocenia Fundacja Instrat. – Instytucje państwowe zawodzą. Nie przewodzą temu procesowi w sposób, który uwzględniałby interesy poszkodowanej grupy. Brakuje też działań skierowanych bezpośrednio do członków załóg, którzy w środowisku rybackim są grupą najbardziej wrażliwą – uważa Iwona Bojadżijewa.
Rybacy nie są przeciwni zielonej energii, ale nie kryją rozczarowania brakiem działań administracji centralnej. Jacek Wittbrodt zwraca uwagę, że reaktywowane w 2015 r. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zlikwidowano pięć lat później, w 100. rocznicę zaślubin Polski z Bałtykiem. – Tak państwo traktuje morze, które ma żywić i bogacić? – pyta, nawiązując do hasła ze słynnego muralu w porcie morskim w Helu.
W coraz cieplejszym i coraz mniej słonym Bałtyku pojawiają się inne ryby
Nastroje wśród rybaków są więc minorowe. – Jeśli nie znajdzie się sposób na utrzymanie małego rybołówstwa, niedługo łodzie rybackie będziemy oglądać już tylko w skansenie – mówi Rafał Bocheński z Darłowa. Jest nadzieja, że po kolejnej fali złomowania statków kwoty połowowe rozłożą się korzystniej dla pozostałych. Pytanie tylko, czy będzie co łowić?
– Jeśli wziąć pod uwagę stan środowiska, za który odpowiada człowiek, kondycja Bałtyku jest najlepsza od 40 lat – uważa prof. Jan Marcin Węsławski, kierownik Zakładu Ekologii Morza w Instytucie Oceanologii PAN w Sopocie. Ale Bałtyk się zmienia: jest słonawym, szybko ogrzewającym się morzem. – Nie mamy możliwości zatrzymania zmian, przy czym najnowsza, ocieplenie od lat dwutysięcznych, jest najszybsza – mówi ekspert. I zapowiada, że w Bałtyku raczej będą rozwijać się gatunki słodkowodne: płocie, okonie, szczupaki, sandacze.
Na skutek tych zmian w Szwecji odkryto możliwości wykorzystania porastających tamtejsze klify omułków. Do pracy przy ich zbiorach angażują się rybacy. Bogate w białko małże wykorzystywane są m.in. jako dodatek do pasz dla zwierząt. – Na całym świecie rybacy zmieniają narzędzia, statki i przyzwyczajenia, zgodnie z tym, co oferuje im środowisko. U nas pokutuje przeświadczenie, że ma być, jak było. Nie będzie. Trzeba się skupić na adaptacji – podkreśla Węsławski.
– Nie siedzimy z założonymi rękami – zapewnia Marcin Jodko. – Ale trudno planować, inwestować w sprzęt, brać kredyty, kiedy nie wiemy, ile ryby w przyszłości będzie nam wolno łowić. Z tego, co widzimy w sieciach, dorsz krytyczny moment ma już za sobą. Czekamy na lepsze czasy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















