Jak misternie skonstruowana scenografia, Alpy okalają turkusowomleczne jezioro. Aż trudno uwierzyć, że w połowie wieku XX tam, gdzie teraz jest woda, mieszkali ludzie.
To była typowa mała alpejska wioska – kilka domów, szkoła, kościół, plebania. Latem górale zajmowali się suszeniem siana, a wiosną, kiedy topniały śniegi, niemal całą powierzchnię doliny pokrywały krokusy. Pocztę z pobliskiej miejscowości listonosz dowoził na ośle. Ale powojenny rozwój gospodarczy i związane z nim zwiększone zapotrzebowanie na energię zrodziły plan zbudowania w okolicy elektrowni wodnej. Do jej zasilania potrzebny był zbiornik retencyjny, który zbierałby wodę z kilku górskich rzek.
Najlepszą lokalizacją dla tego sztucznego jeziora wydawała się szeroka łąka u podnóża gór. Mieszkańcy wioski, 70 sztuk bydła, 400 owiec i kóz – wszystko i wszyscy musieli rozstać się ze swoją ziemią i przenieść w inne miejsce. Ruszyła budowa zapory, a potem dolinę zalało 75 miliardów litrów wody. Jedynym śladem tamtego życia pozostała zachowana ku pamięci dzwonnica kościoła, którą można oglądać w miejscu, gdzie zaczyna się szlak.
Klimaseniorki, klimababcie...
Gdy zachwycamy się wyjątkowym kolorem jeziora, Beatrice, jedna z organizatorek wędrówki, sprowadza nas na ziemię. Tłumaczy, że mleczna barwa wody oznacza, iż spływa ona z alpejskich lodowców. Topią się za szybko, mówi i pokazuje, do którego miejsca na skalistych zboczach jeszcze niedawno sięgała płachta lodu.
Lodowiec Damma, którego biały jęzor (a raczej to, co z niego zostało) błyszczy w słońcu daleko w górze, jest jednym z najlepiej zbadanych lodowców na świecie. Od 1921 r. znajduje się pod czujnym okiem glacjologów, którzy dokumentują jego przemiany.
Od początku pomiarów Damma skurczył się już o ponad 620 metrów. Nie tylko zresztą on. Symulacje pokazują, że do końca stulecia w Alpach zachowa się co najwyżej jedna piąta obecnej masy lodowej, a to zmieni górski krajobraz nie do poznania.
Beatrice, tak jak towarzyszącą jej siostrę Ritę i inne organizatorki wycieczki, martwi to na tyle, że wraz z innymi kobietami powyżej 64. roku życia (tyle wówczas, w 2016 r., wynosił szwajcarski wiek emerytalny) założyły stowarzyszenie. Różnie się na nie mówi: seniorki na rzecz ochrony klimatu, klimaseniorki, klimababcie.
Rita, która dziś jest księgową stowarzyszenia, zaczęła chodzić po górach dopiero po pięćdziesiątce. Wcześniej były dzieci, mąż, praca, na wypady nie starczało czasu. Dzisiaj góry sprawiają, że czuje się wolna. Ale też nic nie przygnębia jej tak jak one.
Rita nieprzypadkowo wybrała wędrówkę właśnie do tego miejsca. Podczas naszego spaceru dużo mówi o wodzie. Aż 60 proc. produkowanej w kraju energii pozyskiwane jest z niej. Dlatego kurczenie się półtora tysiąca lodowców okrywających szwajcarskie Alpy to problem. Znikające lodowce to też coraz groźniejsze góry: większe ryzyko osunięć i lawin.
Wciąż patrzymy na jezioro, teraz już bardziej ze strachem niż zachwytem.

„Kobiety prędzej niż mężczyzn”
Fale upałów, przed którymi nie da się już uciec nawet w góry, dotykają zwłaszcza osoby starsze. Jak podaje tutejsze ministerstwo środowiska, w trzech letnich miesiącach 2015 r. śmiertelność w Szwajcarii była o 5,4 proc. wyższa niż średnia z poprzednich dziesięciu lat, a w cieplejszych regionach kraju wzrosła nawet o ponad 10 procent.
Ogromna większość zmarłych na skutek wysokich temperatur to osoby powyżej 75. roku życia. Światowa Organizacja Zdrowia w raporcie „Płeć, zmiany klimatyczne i zdrowie” wskazuje na powiązania między płcią a doświadczaniem skutków zjawisk związanych ze zmieniającym się klimatem.
Czytamy: „Kobiety i mężczyźni w różny sposób odczuwają negatywne konsekwencje zdrowotne powstające w wyniku ekstremalnych zdarzeń takich jak powodzie, wichury, susze i fale upałów. Chociaż klęski żywiołowe powodują trudności dla wszystkich, średnio zabijają więcej kobiet niż mężczyzn lub kobiety prędzej niż mężczyzn”.
I dalej: „Podczas europejskiej fali upałów w 2003 r. zmarło więcej kobiet niż mężczyzn, a większość badań wykazała, że kobiety są bardziej narażone na ryzyko śmierci w wyniku takich zdarzeń. Mogą istnieć pewne fizjologiczne przyczyny zwiększonego ryzyka wśród starszych kobiet”. Np. taka, że ciała kobiet po menopauzie mają mniejszą zdolność do odprowadzania ciepła i są bardziej narażone na przegrzanie, co z kolei silniej obciąża serce i układ krwionośny.
Źródła ich uporu
Patrząc na odpoczywające w cieniu seniorki, zdaję sobie sprawę, że do tej pory twarze aktywistek klimatycznych nie kojarzyły mi się ze zmarszczkami.
Medialne przekazy pełne są obrazów młodzieży pokolenia Grety Thunberg, domagającej się na demonstracjach w obronie klimatu bezpiecznej i zdrowej przyszłości. Ale nie powinno przecież dziwić, że dobrostanu kolejnych generacji pragnie też starsze pokolenie.
W końcu te kobiety nie robią tego wyłącznie dla siebie. Martwią się o naturę, o własne zdrowie i komfort życia, ale też o przyszłość dzieci i wnuków. Do tego dorastały w czasach, kiedy sprawczość kobiet w Szwajcarii była minimalna. Może to też jest źródło ich uporu.
Pia sprawia wrażenie, jakby od górskiego sprintu zaczynała dzień. Pokonuje kolejne metry wzwyż z prędkością górskiej kozicy. Z daleka widać tylko przemieszczającą się jaskrawą czerwień jej sportowego kapelusza.
Wychowała się na wsi. W gospodarstwie jej rodziców było siedem krów i dziewięcioro dzieci. „Politykowała” już jako nastolatka, śledząc starania kobiet o własny głos w demokracji. Pia: – Ojciec był przeciwny prawom wyborczym kobiet. Mówił, że to nikomu niepotrzebne i drogie. Uważał, że jeśli w małżeństwie dobrze się układa, to przecież żona ma takie samo zdanie jak mąż. Pytał, po co mnożyć głosy.
Pierwsza Zielona w kantonie
Pia się buntowała. Po apelu lokalnej gazety o stworzenie listy argumentów za włączeniem kobiet do demokracji wysłała swoje trzy grosze. – To była moja prywatna rebelia – wspomina.
Był to też początek drogi, którą podąża do dzisiaj. Jako młoda kobieta związała się z partią Zielonych. Była nauczycielką pielęgniarek, miała szeroką sieć kontaktów. Nie urodziła dzieci, co oznacza, że miała czas na politykę. W końcu, jako pierwsza Zielona w kantonie, została wybrana do parlamentu w Bernie. Była posłanką przez 15 lat. Zajmowała się głównie transportem i polityką bezpieczeństwa.
Pia: – Byłam znana z tego, że zawsze jestem przeciw. Prasa nazywała mnie nawet notoryczną likwidatorką armii, bo konsekwentnie się za tym opowiadałam. Dzisiaj niektórzy mówią o nas, że babom na starość zachciało się robić politykę, zapominając, że wiele z nas przecież ma już na koncie karierę polityczną. Zresztą świadomie założyłyśmy stowarzyszenie, a nie partię.
Dziś Pia jest na emeryturze, ale nie chce siedzieć w miejscu. Na swojej stronie internetowej dzieli się zdjęciami z podróży: ekspedycji do bazy pod Aconcaguą w Argentynie, z tygodnia wspinaczkowego w Tesynie, wyprawy narciarskiej w Bivio, górskich wędrówek. – Najważniejsze to nie dać się zatrzymać – mówi.
Pozew: początek
Na spotkaniu założycielskim w sierpniu 2016 r. klimaseniorki ogłosiły, że składają pozew przeciw Szwajcarii. Chodziło o to, by wywrzeć presję na państwo, które ich zdaniem robi za mało, aby chronić obywateli przed skutkami ekstremalnych zjawisk spowodowanych zakłóceniami klimatu. Domagały się rewizji polityki klimatycznej oraz kompleksowej i sprawnej realizacji celów wyznaczonych podczas konferencji klimatycznej ONZ w Paryżu.
Przykład dały im Holenderki, które pozwały swoje państwo rok wcześniej (sąd pierwszej instancji przyznał im rację, zobowiązując rząd do bardziej restrykcyjnego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych w najbliższych latach).
Ale wniosku Szwajcarek o „zaprzestanie zaniedbań w ochronie klimatu” szwajcarski rząd nie rozpatrzył. Kobiety poszły więc dalej – do Federalnego Sądu Administracyjnego. Ten ich pozew oddalił. Tak samo uczyniła kilka miesięcy później najwyższa krajowa instancja w Lozannie.
Wyglądało, jakby w walce przeciwko Goliatowi były skazane na porażkę. Ale klimaseniorki, doświadczone na górskich szlakach, były gotowe na długi marsz.
Wspólnota dodaje otuchy
Rosemarie idzie w ciszy, prawie się nie odzywa. Z wypchanym plecakiem i szalem przewieszonym przez szyję stąpa uważnie, krok po kroku, kamień po kamieniu. Jej prosto ścięta grzywka w kolorze pereł odsłania łagodne jasne oczy.
Nie chce rozmawiać w trakcie wędrówki. Ale kiedy zatrzymujemy się na odpoczynek i posiłek, zaczyna opowiadać sama.
Polityczną inicjację przeszła w latach 70. XX w., gdy działała w ruchu feministycznym, już wtedy mocno skupionym wokół postulatów związanych z ochroną środowiska. Razem z grupą aktywistek protestowała m.in. przeciw budowie elektrowni atomowej Kaiseraugst. Wtedy się udało, elektrownia nie powstała.
Później Rosemarie wyhamowała. Przez 12 lat była, jak mówi, matką w domu: – Nasłuchałam się wtedy, że muszę być aktywna zawodowo, bo przecież feministka nie powinna siedzieć w domu. Ale to chyba jest bardziej skomplikowane.
Kiedy dzieci podrosły, działała, gdzie się dało, w organizacjach pozarządowych, grupach kobiecych, stowarzyszeniach związanych z Kościołem: – Wstawiałyśmy się za wprowadzeniem ograniczenia prędkości ruchu drogowego w miastach. Szyłyśmy torby z juty, żeby zastąpić czymś plastik. Ważne, że robiłyśmy to razem. Jak się chce mieć na coś wpływ i działa się samemu, szybko można popaść we frustrację. Wspólnota motywuje, dodaje otuchy i sprawia, że łatwiej jest być konsekwentną.
Kobiety uratują planetę
Rosemarie mówi, jak istotne dla kobiet jej pokolenia jest to, że mogą się oddać ważnej sprawie. Niektóre po 1971 r. – dopiero wtedy w Szwajcarii kobiety dostały prawo wyborcze – poszły do polityki, zajmowały ważne stanowiska, robiły karierę, nauczyły się korzystać ze swojego głosu i zyskały narzędzia, by opowiedzieć swoją historię. Inne z różnych powodów nie wypłynęły na szerokie wody. Pozostały w prozie życia.
Ona wybrała rodzinę. Prywatnie i zawodowo, bo doradza też innym, jak wychowywać dzieci i jak dobrze żyć w związkach. A teraz współprzewodniczy stowarzyszeniu klimaseniorek.
Rosemarie wierzy, że to kobiety uratują planetę. Choć niektórzy reagują na nie agresją. – Dostajemy anonimowe maile, że jesteśmy czarownicami i szkoda, że nie skończyłyśmy jak one. Albo że powinnyśmy zajmować się wnukami i piec ciasta. Tylko że my to wszystko i tak robimy! – oponuje.
Idą więc dalej i twierdzą, że zaniedbując ochronę obywateli przed katastrofą klimatyczną, Szwajcaria łamie prawa człowieka – powołują się przy tym na prawo do życia i zdrowia gwarantowane w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
Do Strasburga
Zawiedzione nadzieje w kraju zaprowadziły je aż do Strasburga. Jako osoby bezpośrednio narażone na zdrowotne skutki zmian klimatycznych, obwiniły swoje państwo o opieszałość we wdrażaniu odpowiedniego prawodawstwa, aby katastrofę jeśli nie zatrzymać, to chociaż opóźnić.
Europejski Trybunał Praw Człowieka przyjął ich skargę pod koniec 2020 r.
Kiedy w 1968 r. rząd zarekomendował parlamentowi podpisanie konwencji o prawach człowieka, kobiety w Szwajcarii nie miały jeszcze prawa głosu. Tysiące z nich wyszły wtedy na ulice w tzw. marszu na Berno, z gwizdkami i hasłem „Prawa kobiet są prawami człowieka”.
Najstarsze z dzisiejszych klimaseniorek wchodziły wtedy w dorosłość. Dziś, ponad pół wieku później, skarżą państwo, powołując się na tę samą konwencję (Szwajcaria ratyfikowała ją w końcu w 1974 r.) i ponownie domagając się swoich praw.
– Wcześniej mało kto brał nas na poważnie. Strasburg zmienił wszystko. Usłyszał o nas cały świat – mówi Rosemarie, żegnając się z resztą grupy. Zna swoje granice. Dalej w górę pójdziemy bez niej.
W ostatnich kilometrach wędrówki towarzyszy mi Annemarie. Gdy jej mąż żył, chodzili razem po górach. Teraz wróciła na szlaki z klimaseniorkami. W grupie jest raźniej.
Pytam, co takiego robią Szwajcarki, że tak długo pozostają w dobrej formie. – Cierpią – odpowiada z powagą Annemarie. I nie jestem pewna, czy chodzi jej o skurcze łydek, czy o coś zupełnie innego.
Ciąg dalszy nastąpi
W wyroku ogłoszonym 9 kwietnia 2024 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał rację klimaseniorkom. Orzekł, że zgodnie z 8. artykułem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – stanowiącym o prawie do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego – państwo ma obowiązek ochrony obywatelek i obywateli przed skutkami zmian klimatu zagrażającymi ich zdrowiu, dobrobytowi i jakości życia.
Ponadto trybunał uznał, że zostało naruszone prawo do rzetelnego procesu sądowego. To oznacza, że Szwajcarki będą mogły raz jeszcze ubiegać się o rozpatrzenie ich sprawy w kraju.
Tekst jest fragmentem książki naszej szwajcarskiej współpracowniczki Agnieszki Kamińskiej pt. „Złota klatka? O kobietach w Szwajcarii”, która z końcem maja ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















