Muszka, frak czy dżinsy? Jak się ubrać do opery

Wprowadzenie rygorystycznych zasad ubioru w operze miało na celu demokratyzację widowni. Panowie i panie, korzystający z wypożyczalni stosownych kreacji, przestali się wyróżniać na tle dam i dżentelmenów z towarzystwa.
Czyta się kilka minut
Inauguracja sezonu teatralnego w operze La Scala w Mediolanie. Włochy, 7 grudnia 2022 r. // Francesco Ammendola / Quirinale.it / domena publiczna
Inauguracja sezonu teatralnego w operze La Scala w Mediolanie. Włochy, 7 grudnia 2022 r. // Francesco Ammendola / Quirinale.it / domena publiczna

Lato w tym roku było wyjątkowo kapryśne, trudno więc się dziwić przelotnej burzy w mediach i serwisach społecznościowych. Rozpętała się w lipcu po rzekomym zaostrzeniu dress code’u w mediolańskiej La Scali. Rzekomym, bo legendarny teatr operowy już dawno odstąpił od reguły wpuszczania na spektakle wyłącznie pań w strojach wieczorowych oraz panów pod muszką (w ostateczności pod krawatem). Zaznaczono jedynie, że należy się ubrać „stosownie” do okazji, nie naruszając powagi miejsca ani odczuć estetycznych pozostałych widzów.

Jak się mianowicie ubrać, tego już w stolicy włoskiej mody precyzować nie wypadało, teatr ograniczył się więc do przypomnienia, że nie będzie wpuszczał na widownię ani zwracał pieniędzy za bilety gościom, którzy pojawią się w La Scali w podkoszulkach bez rękawów lub szortach. Potem zresztą musiał się gęsto tłumaczyć, że zakaz paradowania w koszulkach na ramiączkach dotyczy wyłącznie panów, a przez pojęcie „szorty” rozumie się spodenki plażowe. Ktoś z administracji opery napomknął też niefortunnie o klapkach, na co obruszyli się szykowni japońscy melomani, odwiedzający teatr w tradycyjnych kimonach i sandałach zōri, przez ludzi Zachodu zwanych potocznie japonkami.

Jak ujarzmić niesfornych turystów

Żeby zrozumieć, dlaczego ta burza zbiegła się z pierwszą falą upałów, trzeba zdać sobie sprawę, że sezon w La Scali rozpoczyna się nietypowo, czyli 7 grudnia, w dzień świętego Ambrożego, patrona miasta. Przedstawienia idą pełną parą aż do drugiej połowy lipca, po czym zespoły wznawiają działalność na początku września, po niespełna półtoramiesięcznej przerwie. Jeśli nie liczyć oficjalnej gali otwarcia, jeden sezon przechodzi w drugi praktycznie niepostrzeżenie.

Kiedy jednak zaczyna się letni najazd obieżyświatów na Mediolan, w ofercie pojawiają się lżejsze pozycje repertuarowe, a wraz z nimi całkiem inna publiczność – traktująca La Scalę wyłącznie jako atrakcję turystyczną. Narusza ona „decorum” teatru nie tylko zbyt swobodnym strojem, lecz także niestosownym zachowaniem, począwszy od prób wnoszenia na widownię fast-foodów, skończywszy na upuszczaniu telefonów z czwartego balkonu na parter. Znakomita większość tych przygodnych gości wychodzi zresztą znudzona po pierwszym akcie, ale do tego czasu potrafi nieźle napsuć krwi Bogu ducha winnym operomanom i wielbicielom baletu.

Tego lata miarka się jednak przebrała, zwłaszcza że stery w La Scali przejął niedawno Fortunato Ortombina, były dyrektor generalny weneckiej La Fenice, uchodzącej za najbardziej konserwatywną operę we Włoszech. To z jego inicjatywy postanowiono zdyscyplinować niesfornych turystów, poprzestawszy wszakże na ponownym, tym razem dobitnym przytoczeniu „reguł domu”. Skądinąd dress code nie obowiązuje też w La Fenice, choć administratorzy sugerują stroje wieczorowe na gali otwarcia oraz nieco mniej formalne garnitury i suknie na spektaklach premierowych. Na pozostałych przedstawieniach panowie mogą śmiało pojawić się w dżinsach i zapinanej koszuli bez krawata, co wyraźnie zaznaczono w dziale porad na stronie internetowej teatru. W podobnym duchu wypowiedział się w lipcu rzecznik prasowy mediolańskiej opery, podkreślając, że „nie wolno nam pouczać ludzi, w co mają się ubrać, w coś jednak się ubrać powinni”.

Nie należy więc mylić słusznej walki z zabłąkanymi do La Scali plażowiczami z próbą narzucenia widzom ściśle określonych zasad ubioru. Letnia burza w mediach szybko zresztą przycichła, stonowana objaśnieniami bywalców i żartobliwymi komentarzami na blogach łowców sensacji (szczególnie rozbawił mnie dialog między dżentelmenem ubolewającym nad utratą umiejętności wiązania muszki do fraka a panem, który spytał eleganta, czy zakłada do opery wyłącznie cylindry z futra bobrowego).

W Polsce gniewne grzmoty toczyły się nieco dłużej, co o tyle nie dziwi, że większość naszych rodaków wybiera się do opery od wielkiego dzwonu albo nie chodzi do niej w ogóle. Między innymi dlatego, że tkwi w fałszywym przeświadczeniu, iż do tych „świątyń sztuki” należy się wystroić jak na audiencję u koronowanej głowy, a przynajmniej jak na wesele lub pogrzeb. Oczywiście z szacunku dla muzyki i wykonujących ją artystów.

Intrygi, miłostki, perły i diamenty

Mało kto zdaje sobie sprawę, że dla wielu niegdysiejszych bywalców oper muzyka była najmniej istotnym elementem widowiska, które w głównej mierze rozgrywało się poza obrębem sceny. W barokowych teatrach dworskich spektakle były okazją do utrwalania reprezentowanej przez władców wizji ładu społecznego. W pierwszych teatrach publicznych – pretekstem do snucia intryg, nawiązywania stosunków dyplomatycznych i oddawania się przelotnym miłostkom z kurtyzanami. W teatrach mieszczańskich – impulsem do podkreślania własnej pozycji w socjecie i prowadzenia korzystnych interesów. W operze rżnęło się w karty, omawiało kursy giełdowe i dobijało targu z handlarzami koni. Najbogatsi urządzali sobie w lożach suto wyposażone apartamenty z osobną kuchnią. Bywało, że rejwach publiczności zagłuszał popisy występujących na scenie śpiewaków.

Co najmniej do połowy XIX wieku przedstawienia toczyły się przy rzęsiście oświetlonej widowni – na której rozgrywał się poniekąd równoległy spektakl, rządzący się aktualną „operową” modą. W czasach Jane Austen w angielskich teatrach królowały perły i diamenty, suknie z drogocennego muślinu i włoskiej gazy, turbany ze srebrnej siateczki, zdobione egretami z czaplich piór, albo fantazyjne kapelusze z liliowej tafty.

W późniejszych o kilkadziesiąt lat pismach modowych pouczano elegantki, jak bawić się kolorem w wieczorowych strojach do opery. Jasny róż ponoć najlepiej komponował się z głęboką czernią męskiego fraka. Decydując się na suknię w odcieniu fuksji, należało wpierw się upewnić, czy sąsiedniego miejsca nie zajmie dama w szkarłatnej szacie, i tym samym popsuje wystudiowany efekt. Do zielonej kreacji pasowało tylko złoto. Młódka nie powinna była pokazywać się publicznie w fiolecie. Za najbezpieczniejszy dodatek do każdej sukni uchodziła podszyta białym jedwabiem zarzutka z gronostajów.

Nietrudno się domyślić, jak w tym zalewie bogactwa czuli się ubożsi widzowie, często przemykający się na swoje miejsca osobnymi wejściami, bez prawa wstępu do paradnych foyer (co zresztą do dziś obowiązuje posiadaczy najtańszych biletów do La Scali). Paradoksalnie, wprowadzenie rygorystycznych zasad ubioru w operze – na przełomie XIX i XX wieku – miało na celu właśnie demokratyzację widowni. Jak pisał George Bernard Shaw, z pewną dozą sarkazmu, „strój wieczorowy jest tani, prosty i trwały, zapobiega rywalizacji i ekstrawagancji dyktatorów mody, niweluje różnice klasowe, daje ubogim i niepewnym swojej pozycji społecznej (czyli zdecydowanej większości) poczucie bezpieczeństwa i zadowolenia, którego nie mogłyby im zapewnić stroje wybrane przez nich samych, a ponadto oszczędza im dylematów, w co się ubrać na uroczystą okazję”.

Tak oto panowie i panie, często korzystający z wypożyczalni stosownych kreacji, przestali się wyróżniać – przynajmniej na pierwszy rzut oka – na tle podobnie odzianych dam i dżentelmenów z towarzystwa.

Rycina Gennaro Amato z L'Illustrazione Italianaz z premiery opery "Falstaff" Giuseppe Verdiego. Mediolan, 9 lutego 1893 r. // De Agostini Library / Getty Images

Fałszywe reguły, naganne zachowania

Podobnymi intencjami kierują się dyrektorzy współczesnych domów operowych, unikając jak ognia narzucania widzom określonego dress code’u. Gość w operze powinien się czuć przede wszystkim swobodnie. Cóż mu po smokingu, jeśli nie potrafi go nosić? Jakiż pożytek z długiej sukni z trenem przyjdzie niskiej, korpulentnej kobiecie w starszym wieku? 

Kto ma wątpliwości, zawsze może zasięgnąć porady u doświadczonych bywalców, którzy wytłumaczą, by nie ubierać się zbyt jaskrawo, żeby unikać tandetnych, obszytych cekinami kiecek, nieudolnie naśladujących kreacje przedwojennych elegantek. Żeby zostawić w szafie modne, „markowe” dresy i kupioną na bazarze bejsbolówkę z podrobionym logo Dolce&Gabbana. Żeby nie zakładać biżuterii na każdy palec, tylko zadowolić się pojedynczym, choćby skromnym pierścionkiem po babci. Żeby odpowiednio dobrać skarpetki do spodni. Wreszcie – co najważniejsze – by przed wyjściem do teatru wziąć prysznic i nie zlewać się perfumami, które przyprawią o duszności wszystkich w promieniu trzech metrów od delikwenta.

Problem jednak w tym, że na wielu polskich stronach internetowych można znaleźć sugestie, że nawet bilet na najdalsze miejsce nie zwalnia widza z obowiązku eleganckiego stroju. A ten, w przypadku mężczyzn, to frak (!), smoking albo w ostateczności ciemny garnitur. Koszula wyłącznie jasna i koniecznie na spinki. Buty do smokinga bezwzględnie lakierowane.

Jedynym wyborem dla pań wybierających się na premierę jest długa suknia balowa – o dziwo, ambasadorzy dobrego stylu nie widzą nic zdrożnego w dekolcie do pasa ani rozcięciu do połowy uda. Nie zawadzi też diadem, najlepiej pięknie błyszczący, przekonują styliści, argumentując, że „wyjście do opery może być spełnieniem dziewczęcych marzeń o wcieleniu się w rolę księżniczki”.

Z jednej ze stron dowiedziałam się również, że przed spektaklem dobrze poznać nazwisko kompozytora i tytuł utworu. W razie, gdyby pozostały jakiekolwiek wątpliwości, w wyborze kreacji „najlepiej wzorować się na fotografiach koronowanych głów podczas oficjalnych premier”.

Na drugim biegunie plasują się polscy mistrzowie savoir-vivre’u, których zdaniem kobieta powinna chodzić do opery wyłącznie w towarzystwie mężczyzny. A ten nie ma lekko, bo nie dość, że musi się przygotować intelektualnie, to jeszcze ciąży na nim obowiązek zaoferowania kobiecie czegoś do picia w bufecie (ciasteczka z niewyjaśnionych przyczyn wykluczone) i zapłacenia za wszystko z własnej kieszeni. Nie muszę dodawać, że kobiety nie wolno odstępować ani na krok – być może dlatego, że pewien rodzimy arbiter elegantiarum zaleca wyposażenie partnerki w brylantową biżuterię, która okaże się znakomitym dodatkiem do „raczej długiej” czarnej sukni. 

Przegląd strojów od Szkocji po Hiszpanię

Myślę, że zamiast wydawać majątek na frak i brylanty, lepiej poświęcić ostatnie zaskórniaki na wyprawę do któregoś z renomowanych europejskich teatrów albo na letni festiwal operowy. Wystarczy ubrać się jak do La Scali – czyli stosownie – po czym oddać się rozkoszy obserwowania innych melomanów. Znakomita większość będzie wyglądać całkiem normalnie. Niektórzy wyróżnią się z tłumu specyficzną dla swej kultury elegancją.

Francuzi lubią kontrasty: w paryskich operach można spotkać panie w prostych, codziennych sukienkach uzupełnionych efektownym szalem – pięknie haftowanym albo z wyjątkowej jakości materiału w intensywnym kolorze – oraz panów w znoszonych skórzanych kurtkach narzuconych na drogie koszule. W Monachium, Bayreuth i Salzburgu częstym widokiem są operomani w strojach regionalnych, tak zwanych trachtach: damskich dirndlach z bogato zdobionym gorsetem, sutą spódnicą do kolan i białą bluzką z krótkim rękawkiem, oraz męskich Lederhosen, krótkich spodniach ze spektakularnymi szelkami, dumie niejednego Bawarczyka, który – jak przypuszczam – wszedłby w nich nawet do La Scali, mimo zakazu wstępu w szortach. Na przedstawienia Scottish Opera w Glasgow i Edynburgu przychodzą mężczyźni w kiltach. Hiszpanie niejednokrotnie stroją się barwniej niż Hiszpanki, przyciągając wzrok najrozmaitszymi odcieniami czerwieni, żółcieni i fioletu. Norweg potrafi wybrać się do opery w tradycyjnym wełnianym swetrze lusekofte – mrocznym obiekcie pożądania niejednego amatora skandynawskich dzianin.

Najzabawniejsze, że do stroju, który w mniemaniu naszych stylistów stanowi szczyt operowej elegancji, przywiązani są bodaj tylko bywalcy „wiejskich” festiwali operowych w Anglii. Przy czym ich smokingi są prawie zawsze wymięte i lekko przetarte na łokciach, koszule nie pierwszej świeżości, muszki przekrzywione, a buty rozczłapane od wieloletnich pielgrzymek po angielskich trawnikach i żwirowych ścieżkach. Damy ciągną przybłocone treny po ziemi i w razie niepogody okrywają ramiona czym popadnie – przeważnie kocem piknikowym. Nieodłącznym, a zarazem najbardziej zadbanym elementem męskiej garderoby jest kapelusz słomkowy – elegancka panama lub nieco bardziej fantazyjny kanotier z płaską główką. Zresztą i tak nikt nie patrzy na ubiór: o wiele istotniejszy jest kosz piknikowy, a właściwie jego zawartość, spożywana uroczyście podczas długiej, półtoragodzinnej przerwy – często w scenerii jak z obrazu Moneta, ale za to srebrnymi sztućcami i na angielskiej porcelanie.

Bywają też operowi przebierańcy – jak na festiwalu Bayreuth Baroque, gdzie można odnieść wrażenie, jakby publiczność zeszła na ulice frankońskiego miasteczka wprost ze sceny w Operze Margrabiów. Mężczyźni w garniturach z białego jedwabiu haftowanego w czerwone chryzantemy, z perłami w uszach i butach na wysokim obcasie. Kobiety jak barwne motyle, wymachujące skrzydłami z cieniutkiego kaszmiru i zwiewnego batystu. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek spotkała tam kogoś w smokingu: choć ceny biletów na tę elitarną imprezę wkrótce przebiją ofertę wagnerowskich Festspiele na Zielonym Wzgórzu.

W każdym z tych światów można spotkać staruszków w dżinsach i nastolatków w garniturach. Uśmiechniętych, rozkosznie nieprzygotowanych intelektualnie, opychających się w przerwach ciasteczkami i płacących tylko za siebie. Ubranych jakże stosownie do radości, jaką daje opera. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ubiór w operze