Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wszystkie implikacje noszenia poszetki

Wszystkie implikacje noszenia poszetki

25.06.2013
Czyta się kilka minut
Kilka lat temu jeden z działających w Polsce koncernów medialnych otworzył lifestylowy dodatek. Miało to być coś w rodzaju „Wysokich Obcasów”, ale dla mężczyzn: męskie problemy i porady. Liczono, że nowy tytuł zapełni lukę na rynku...
Fragment okładki czasopisma dla mężczyzn „Malemen” z 2011 r.
.

... Jak można się było spodziewać, po kilkunastu numerach pismo upadło.

Podejrzewaliśmy (my – dziennikarze z konkurencyjnej redakcji), że luka miała swoje uzasadnienie – mężczyźni takich pism po prostu nie czytają. Jeśli chcemy faktycznie dotrzeć do mężczyzn, stwórzmy pismo o piłce nożnej, samochodach albo kobietach. Wiedzą to wydawcy „Playboya” czy dzienników sportowych na całym świecie. Ale porady dotyczące stylu życia i psychologii to kobieca działka. Oczywiście istnieją bardziej ogólnotematyczne periodyki dla mężczyzn, które jakimś cudem utrzymują się przy życiu („Malemen”), ale to kropla w morzu w porównaniu z sektorem pism tego typu adresowanych do kobiet. Podobnie jest z poradnikami. To kobiety są tradycyjnymi odbiorczyniami książek w rodzaju „Jak być piękną, odnosić sukcesy i nie dać się porzucić”. Do kobiet także adresuje się zwykle „lekcje stylu”, ubierania się, czesania itd.
Można to łatwo uzasadnić tradycyjnym podziałem ról oraz różnicą mentalności pomiędzy płciami (bez wnikania, na ile jest ona biologiczna, a na ile kulturowa). Każda kobieta, która próbowała kiedyś wydobyć od mężczyzny odpowiedź na proste pytanie: „jaki jest X?” albo „jaki jest związek X i Y?”, doskonale wie, o czym mówię. Trzeba mężczyzny naprawdę ponadprzeciętnie wrażliwego, żeby mógł stać się partnerem do zwykłej kobiecej rozmowy o znajomych. Ten ukochany kobiecy sport mężczyźni nazywają pogardliwie „plotkowaniem”, ale ja wolę nazywać go „analizowaniem”. Co do „lekcji stylu”, to odpowiedź jest jeszcze prostsza – podobanie się to zwyczajnie kobieca rzecz.
Męski dress code
A jednak okazuje się, że istnieje niezagospodarowana wcześniej nisza „męska”, nieuwzględniająca gier drużynowych ani erotycznych, na którą naprawdę jest popyt – bardzo praktyczne porady na temat stroju i manier. W ostatnim czasie zapoczątkowała ten trend Jolanta Kwaśniewska książką „Lekcja stylu dla mężczyzn” (Pascal 2010 – 60 tys. sprzedanych egzemplarzy). Niedługo potem wielką popularnością (choć niemogącą oczywiście mierzyć się z sukcesem porad pani prezydentowej) cieszyła się książka stylisty i projektanta Krzysztofa Łoszewskiego „Dress code” (Bosz 2011 – 7,5 tys. sprzedanych egzemplarzy). Obie były ilustrowane, przystępne i praktyczne, przy czym Kwaśniewska wybrała szerszą tematykę (strój i savoir vivre), Łoszewski ograniczył się zaś do swoich zainteresowań zawodowych, czyli ubioru.
Teraz weszły na rynek dwie kolejne książki o podobnej tematyce – „Smart casual”, również Krzysztofa Łoszewskiego (Bosz), oraz „Sztuka życia dla mężczyzn” Szczepana Twardocha i Przemysława Bociągi (Świat Książki). O ile „Dress code. Tajemnice męskiej elegancji” zalecał różne stroje na różne okazje („dress code” znaczy po polsku „kodeks ubierania się”), to „Smart casual. Męski styl” dotyczy eleganckiego wyglądu w sytuacjach nieformalnych („smart casual” to „elegancki styl codzienny”). Natomiast książka Twardocha i Bociągi jest projektem znacznie ambitniejszym, literacko i poznawczo, bo autorzy radzą nie tylko, jak wyglądać (choć książka nie ma zdjęć), lecz także jak się zachowywać i w ogóle jak żyć, by móc się nazwać „prawdziwym mężczyzną”.
Książki te łączy po pierwsze konstatacja, że w świecie, w którym kobiety zewsząd dowiadują się, jak mają wyglądać, i same poświęcają tej kwestii ogromną uwagę, mężczyźni traktowani są (i sami siebie traktują) po macoszemu. Drugą cechą wspólną jest konkretny styl, który proponują w miejsce bezstylowości – elegancki, lecz nade wszystko zachodnioeuropejski. Wszystkie te spodnie „chino”, tweedowe marynarki i skórzane półbuty to dzisiaj kanon ubioru mężczyzn z bogatej klasy średniej europejskich stolic.
Tylko pozornie wybór ten wydaje się naturalny. Jeszcze w latach 90., jeśli jakiś styl narodowy nas inspirował, to raczej amerykański, co dobrze współgrało z rodzącą się podmiejskością naszego stylu życia. Polacy zaczęli się przenosić do osiedli na obrzeżach miast i ich ulubionym zajęciem w niedzielne popołudnia stał się grill po powrocie z supermarketu. Nic dziwnego, że chętniej czerpano z mody amerykańskiego Środkowego Zachodu – gdzie każdy mężczyzna po przyjściu z pracy wskakuje w szorty khaki, T-shirt i klapki, by skosić trawę – niż z Paryża. Kwintesencją dobrego ubioru były buty sportowe Nike’a i bluza Reeboka, albo na odwrót. Dodajmy, że przez większość Amerykanów – wyłączając oczywiście zeuropeizowane elity Bostonu i Nowego Jorku, może jeszcze pracowników uniwersytetów w innych miastach – styl zachodnioeuropejski uważany jest za śmieszny i niemęski.
My nie podzielamy tego zdania i uważamy fakt wyboru zachodnioeuropejskiego stylu dla Polaków za korzystny – jeśli się choć trochę przyjmie, będzie ładniej. Kwestia ta budzi jednak jeszcze jedną refleksję – jeśli proponuje się wzorowanie na obcym stylu, znaczy to, że nie ma się własnego. I tak oceniają sytuację autorzy omawianych książek – w Polsce tradycje męskiego ubierania się zostały zniszczone przez komunizm oraz obrażające estetykę ostatnie dwudziestolecie.
Dżentelmen – reaktywacja
Podobnie rzecz się ma z innymi aspektami męskości, którym nie pomogło demokratyczne wymieszanie klas i emancypacja kobiet. Słyszy się to dzisiaj dość często: rola mężczyzn jest tak niejasna, męskość tak podważana i pogardzana, że wielu mężczyzn nie wie, kim właściwie ma być i jak zachowywać się wobec kobiet. Jeszcze do niedawna należało być po prostu dżentelmenem, ale przecież dziś jest jasne, że dżentelmen traktował kobietę jako istotę nierówną z nim, to jest gorszą i lepszą zarazem. Było to tym łatwiejsze, że nie spotykał jej w swoim świecie, a więc w pracy, działalności politycznej, klubie. Ale jak ma się zachować dzisiaj mężczyzna wobec kobiet, z którymi pracuje w biurze, rywalizuje w polityce etc.? To budzi ogromne wątpliwości (zresztą kobiety mają bliźniaczy problem – jak pozostać kobiecą, będąc zarazem równą mężczyźnie).
Twardoch i Bociąga unikają tego naprawdę trudnego tematu obyczajowego. Ich wyobrażenia o męskości oraz relacji pomiędzy kobietami a mężczyznami pachną mi trochę powieściami Chandlera i książkami o Panu Samochodziku, zresztą sami się na te ostatnie powołują (alkohol, samochody, a z kobietami to tylko romanse), no ale przynajmniej w tych kwestiach mają jasno sprecyzowane poglądy – uważają męskość za godną reaktywacji i obrony, elegancki ubiór jest zaś dla nich jednym z elementów wizerunku „prawdziwego mężczyzny”.
Na czym jeszcze polega ten wizerunek? Poza tym, że musi posiadać odpowiednią liczbę gustownych zegarków w szufladzie (co najmniej trzy) i „męski” samochód (najlepiej nową beemkę, a jak kogoś nie stać, to może być stara alfa – choć mężczyznę jednak powinno być stać), znać się na winach i przeczytać kilka książek, powinien również umieć się zachować w sytuacjach towarzyskich i zawodowych. Zaprosić na randkę, a potem zrobić kolację ze śniadaniem etc. Poruszane są także kwestie egzystencjalne i dowiadujemy się, że prawdziwy mężczyzna musi się ożenić, mieć dzieci i dobrze traktować żonę (choć nieustanne żarciki o skokach w bok wprowadzają w tym temacie pewną niejasność), a także prowadzić bogate życie towarzyskie i podróżować. W gruncie rzeczy „Sztuka życia dla mężczyzn” to trochę taki współczesny „Żywot człowieka poczciwego”.
Książka Twardocha (autora głośnej niedawno powieści „Morfina”) i Bociągi (znanego pasjonatom krawatów i innych dodatków do garderoby z bloga smaknabyty.pl) napisana jest dowcipnie, tym nieco barokowym stylem, który w najlepszych momentach zdradza u autorów fascynację Wiechem i Tyrmandem, w gorszych zaś nadmierny sentyment do powieści przygodowych z dzieciństwa. Zasadniczo jednak dobrze się bawiłam i nawet zamierzam kupić książkę w prezencie przyjaciółce, którą ciekawią kwestie przemian społecznych. Tym, co jednak najbardziej rzuca się w oczy, jest całkowita rezygnacja z dobrotliwego tonu, pełnego wyrozumiałości połączonej z protekcjonalizmem, do którego przyzwyczaiły nas dotąd poradniki. Wręcz przeciwnie, autorzy są złośliwi, okropnie się wywyższają i obrażają czytelnika na każdym kroku. Samo w sobie jest to dość przyjemne i ożywcze, i zapewne wymyślone zostało jako lepszy sposób dotarcia do „szorstkich” mężczyzn niż słodycz rodem z pism kobiecych. Lecz przede wszystkim jest spójne z konserwatywnymi przekonaniami, które są treścią książki.
Bycie na pokaz
Po pierwsze, autorzy twierdzą, że męskość jest czymś, czego nie da się nauczyć, i polega na posiadaniu charakteru – cokolwiek to znaczy (raczej nie wgłębiają się w kwestie psychologiczno-moralne, pewnie dlatego, że są zbyt niemęskie). Podważają przez to nie tylko poradnikowe zalety swojej książki, lecz także przeciwstawiają się optymizmowi naszej kochającej postęp epoki.
Po drugie zaś uważają, co jest równie antynowoczesne, że „bycie sobą” należy zostawić dla siebie, w relacjach z innymi być zaś bardziej na pokaz, to znaczy podporządkować się regułom społecznym. Teza ta przypomina kazania rodziców z czasów niedzielnych obiadów u cioci i brzmi dziś dziwnie. Wszak na każdym kroku słyszymy teraz, że wręcz przeciwnie, powinniśmy „być sobą”, „poszukiwać siebie”, „realizować swoje pasje”, bez przerwy wysyła się nas na terapie, w czasie których naszym zadaniem ma być dotarcie do dziecięcych traum, które będą odtąd uważane za wyjaśnienie i usprawiedliwienie naszych wad i problemów. To kolosalna różnica w porównaniu z tym, czego uczono jeszcze pokolenie naszych rodziców, nie mówiąc o pokoleniu naszych dziadków.
Autorzy „Sztuki życia dla mężczyzn” ledwo zahaczają o tę kwestię, traktując ją przy tym raczej po sztubacku, jak zresztą wiele innych kwestii, choć i tak miło, że w ogóle ją poruszają w rozrywkowej przecież książce. A jest to sprawa fundamentalna dla zrozumienia, kim się staliśmy i kim stajemy się coraz bardziej. Okazuje się dziś na przykład, że nie tylko noszenie T-shirtu z nadrukiem, które tak obraża poczucie smaku Twardocha i Bociągi, lecz także na przykład świństwa wyrządzane ludziom możemy usprawiedliwić traumą i byciem sobą. Sama znam ludzi, którzy na przykład nie zajmują się swoimi starymi rodzicami, bo matka w dzieciństwie była dla nich nadopiekuńcza, a ojciec zbyt surowy. Wydaje się, że o ile dawniej, jeszcze w latach 20. XX wieku, głównym zadaniem człowieka było wypełnić w jak najlepszy sposób swoje obowiązki wobec społeczeństwa, to dziś głównym przykazaniem jest przede wszystkim być szczęśliwym. Wtedy uczono etykiety, kodeksów honorowych i bon tonu – teraz poradniki uczą nas, jak być asertywnym, awansować w pracy, nie dać się wykorzystać i porzucić, itd.
Oczywiście prawda jest taka, że wszystkie te przykazania często tylko pozornie mają na celu ułatwienie człowiekowi samorealizacji, w rzeczywistości zaś nadzwyczaj szybko kostnieją i zamieniają się w kolejny kodeks zachowań. Okazuje się na przykład, co odkryli z pewnością liczni pracownicy korporacji, że „samorealizacja” oznacza awansowanie z młodszego specjalisty na starszego specjalistę oraz nurkowanie w Egipcie. Ponadto, jak dzisiaj „bycie sobą” używane jest jako wymówka usprawiedliwiająca różne słabości, tak kiedyś celowi temu służyło „wypełnianie swoich obowiązków”, o czym łatwo się przekonać, wracając na nowo do dowolnej powieści XIX-wiecznej albo na przykład do dramatu Gabrieli Zapolskiej „Moralność pani Dulskiej”.
Zasady i pozy
Szczególnie kontrowersyjne mogą się dzisiaj wydać uwagi Twardocha i Bociągi na temat konieczności ożenku i spłodzenia dzieci. Obaj autorzy już tego dokonali i są chyba bardzo z siebie dumni. Wyobrażam sobie oburzenie zwolenników wolności i samorozwoju na dictum, że prawdziwy mężczyzna musi mieć żonę i dzieci. Mnie jednak opinia autorów – choć wyrażona w sposób ich zdaniem „męski”, a moim sztubacki – raczej cieszy. Przeciwstawia się kolejnym pobożnym życzeniom naszej kultury, która twierdzi, że wszystkie postawy życiowe są równe i że w każdej można osiągnąć szczęście.
Co prawda niektóre ich opinie o tym, co jest męskie, a co nie, mogą zadziwiać. Pierwsze słyszę na przykład, że (jeśli już nie jest się Jamesem Bondem) bardziej męskie jest wykonywanie wolnego zawodu niż siedzenie w biurze. Wydawało mi się zawsze, że wszyscy sądzą wręcz przeciwnie – nikt nie był tak zniewieściały jak „humaniści”, za kwintesencję współczesnej męskości uważano zaś brutalne korporacje. Gdyby Twardoch i Bociąga sami pracowali w korporacji, zapewne tak by właśnie napisali (choć wtedy raczej nic by nie napisali).
Na koniec wróćmy jednak do kwestii wyjściowej, czyli ubioru. Nauki o tym, w jakim kolorze powinien być pasek, a w jakim marynarka, nie tylko pokazują mężczyznom, jak wyglądać ładnie i elegancko, tak jak od dawna wyglądają kobiety, lecz w równym stopniu mają odróżnić mężczyzn od kobiet. Moda damska jest wielokrotnie bardziej liberalna niż te lekcje stylu męskiego, i nikt dziś chyba nie stwierdzi na poważnie, że nie łączy się pasków z kropkami, czerwonego z różowym, sandałów z białą koszulą czy co tam jeszcze usiłowały nam wmawiać nasze mamy. Przeciwnie, sprawy te zmieniają się tak szybko i stały się dawno kwestią wyczucia niemal artystycznego, że trudno dziś o jakikolwiek kodeks, chyba że mówimy o zasadach dobierania butów do garsonek dla konsultantek finansowych. Wśród młodych mężczyzn na zasadzie równouprawnienia także zaistniał ten trend, i zaobserwować go można w hipsterskich dzielnicach (na przykład na Mokotowie). Młodzi chłopcy zaczynają się ubierać trochę jak dziewczyny (dekolty, sandały), lecz przede wszystkim wybierają kobiecą, artystyczną dowolność stylu. Autorzy omawianych przeze mnie książek proponują podejście radykalnie przeciwne. Ich zdaniem prawdziwy mężczyzna musi trzymać się właśnie dość sztywnych zasad, i – to już moje dopowiedzenie – różni się tym (pod względem zasad ubierania się) od kobiety.
A jednak i zwolennicy takiej „męskości” mogą wpaść w pułapkę pozerstwa i przesady, a wtedy grozi im postawa dandysa – takie osobniki można spotkać na różnego rodzaju blogach o męskiej elegancji, o cygarach, krawatach, poszetkach, okularach etc. (jest nawet, wprawdzie po angielsku, blog o binoklach). Zresztą, jeśli już o tym mówimy – po lekturze kilku z nich może człowieka najść refleksja, iż na liście czynności niemęskich wypadłoby jednak dość wysoko umieścić nadmierne poświęcanie uwagi poszetkom.
I na koniec anegdota. Nieco ponad dziesięć lat temu poznałam kilku młodych mężczyzn, którzy właśnie wrócili ze stypendiów na uniwersytetach Wschodniego Wybrzeża USA. Wraz z koleżanką spotykałyśmy się z nimi á propos jakiejś konferencji. Do dziś pamiętam, jak wyłaniali się z przejścia podziemnego koło Rotundy. Byli ubrani dokładnie tak, jak doradzają Łoszewski, Twardoch i Bociąga: tweedowe marynarki, poszetki, spodnie chino zamiast dżinsów, półbuty i jeszcze parasole z długimi drewnianymi rączkami. Obiektywnie wyglądali świetnie – nam jednak wydali się przebrani, jakby szli na bal karnawałowy. A przecież widywałyśmy takich mężczyzn za granicą i tam nam się podobali. W Warszawie byli jednak śmieszni. To gwoli przestrogi dla wszystkich, którzy chcą zbytnio brać sobie do serca porady na temat męskiej elegancji.
Zdarzają się okazje na czarny garnitur i okazje na beżowy garnitur, lecz zdarza się też szerszy egzystencjalny i kulturowy kontekst, w którym nie należy tak dosłownie traktować tego typu reguł.

MAGDALENA MIECZNICKA – pisarka i publicystka, autorka recenzji, szkiców krytycznoliterackich oraz powieści „Cudowna kariera Magdy M” (Kraków 2009) i „Złość” (Kraków 2012).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]