Katarzyna Kubisiowska: Policzyłaś wszystkie kostiumy w Twojej pracowni?
Justyna Krzepkowska: E tam, za dużo roboty. Tu jest 100 metrów: cztery pokoje, korytarz, wieszaki, półki, zakamarki, pudełka i pudełeczka Ale bezbłędnie znajduję to, co jest mi potrzebne. Ubrania zbieram od lat 90., no i kolekcja zrobiła się pokaźna.
Pierwsza wartościowa zdobycz?
Jako dwunastolatka wyżebrałam u babci przedwojenną, granatową, pięknie odszytą sukienkę z półprzeźroczystej żorżety, która ma mięsistą, lekko szorstką fakturę. Babcia była szczuplutka, ja pulpet, więc spódnicę zrobiłam w ten sposób, że w pasie sukienkę nożyczkami chlasnęłam. Lecz najpierw wsadziłam ją do miednicy, ręcznie przeprałam, wyjęłam z wody i serce mi stanęło: z rozmiaru 36 zrobiło się ubranko na Calineczkę. I po wyschnięciu sukienka nadal pozostawała w rozmiarze mini. Rozłożyłam deskę do prasowania i sunę żelazkiem. Pod wpływem temperatury sukienka wróciła do wyjściowego rozmiaru. To było dla mnie objawienie.
Były jakieś inne?
Przedwojenny płaszcz dziadka: on był tak sztywny, że dało się go postawić na baczność. W liceum zabrałam się za jego przeróbkę, wyprułam wnętrze, w którym znajdowało się plecione, kłujące końskie włosie. Trudno nawet zliczyć ilość sztywników powodujących, że płaszcz zachowywał nieskazitelną formę. Legenda rodzinna głosi, że dziadek jeździł z proboszczem do miasta na zakupy: ksiądz kupował ryps na sutannę, a on na płaszcz. Ryps to drogi, szlachetny materiał z fakturą w postaci mikrorowków. Do dziś można go dostać.

A jakich materiałów dziś już się nie dostanie?
Lista jest długa, niestety. Kiedy zamieszkałam w Krakowie na początku lat 90. i pojawiły się sklepy z tanią odzieżą, to z tych stosów szmat wygrzebywałam perełki – kaszmiry i jedwabie – w postaci kłębu psu z gardła wyjętego. Zmięte i ohydne, a po małej renowacji olśniewające i szlachetne. Dziś niewykonalne jest znalezienie czystej bawełny, lnu, aksamitu. Do prawie wszystkiego dodawane są sztuczne domieszki.
Z domieszką materiał jest tańszy w produkcji?
Oraz łatwiejszy w noszeniu. Choćby wełna: nie mnie się, więc nie trzeba prasować. Żyjemy w czasach, w których stawia się nie na jakość i elegancję, ale na praktyczność i wygodę. Jesteś w wiecznym ruchu, w zadaniach. Wsiadamy do pociągu, wysiadamy z samochodu, lecimy samolotem, biegniemy na zawodowe spotkanie i nie chcemy zawracać sobie głowy tym, że coś nie gra w garderobie i trzeba poprawić. Tyle że w sztucznych materiałach my się gotujemy. Ciało w koszuli z poliestru nie ma prawa oddychać tak, jak ciało w koszuli z lnu. Znikają nie tylko materiały, ale i części garderoby. Widzę, że jesteś w spódnicy. Masz pod spodem halkę?
No co Ty!
A ja mam kolekcję kilkudziesięciu halek, część jest z lat 30. XX wieku. Szyte z jedwabiu i satyny, a te z PRL-u z nylonu. Z pasją wyszukuję je na starociach. Dla mnie halka to esencja kobiecości. W „Kotce na gorącym, blaszanym dachu” Elisabeth Taylor ubrana jedynie w białą, jedwabną halkę oraz szpilki wyglądała tak dobrze, jak nigdy w żadnej sukience. Marzę o zrobieniu pokazu mody z samymi z halkami, bo to świat, którego już za chwilę nie będzie.
Dlaczego przestałyśmy nosić halki?
Nasze babki jeszcze je nosiły, matki – rzadziej, my – w ogóle. Pomijając historyczne korzenie obecności halki w damskiej garderobie, praktycznie służyły do tego, by nieelastyczna sukienka dobrze się układała na ciele. Ale halki krępowały, opinały, pod sukienką kobieta miała coś, co było jakąś namiastką gorsetu. Te starsze halki były bogato zdobione w koronki, falbanki, mereżki, plisowanki. A w latach 60. były szyte ze sztucznych materiałów i po wypraniu schły błyskawicznie.
Zmienił się też i krój ubrań?
Przed wojną był skomplikowany. Dziś – to właśnie zawdzięczamy elastycznym materiałom – nikt nie bawi się w kliny, godety, zaszewki, których kilkadziesiąt lat temu była taka ilość, że trzeba się mocno nadłubać, by je zliczyć. Dawne sukienki to misterna konstrukcja dopasowana do konkretnej sylwetki. Nie obowiązywały zunifikowane wymiary, w użyciu były rzeczy na prawdziwych ludzi, np. sukienka na mikroskopijną panią z dużym biustem. Krawcy szyli ubrania w ten sposób, by używane spodnie czy kamizelkę można było przenicować czyli rozpruć, przełożyć stronę lewą na prawą i zszyć na nowo. To była nieprawdopodobna praca wiążąca się ze zdekonstruowaniem całości i na podstawie tego, co istniało, odtworzeniem formy. Krawiectwo przypominało umiejętności wybitnego konstruktora.

Zaczynam rozumieć, dlaczego kostium uznawany jest za dzieło sztuki użytkowej.
Ponad ćwierć wieku temu, kiedy rozpoczynałam pracę przy produkcjach telewizyjnych, kręciliśmy na Skałce dużą imprezę okolicznościową. Trzeba było ubrać poczet królów polskich. Do dyspozycji dostaliśmy magazyny Teatru Słowackiego. No i weszłam do raju! Już na parterze było bajkowo, w mroku majaczyła złota karoca. Magazyn wyglądał jak nawa kościelna.
Na pierwszym piętrze był dział męski. Stała tam szafa z trzema szufladami, a w niej na półkach męskie koszule. Bawełniane, delikatne, znoszone, mięciutkie od ilości prań i wszystkie poskładane w równiutkich rzędach. Wysunęłam pierwszą szufladę, a tam same dopinane kołnierzyki. Drugą: fulary. Trzecią: gorsy do koszuli. Czyli ruchome – przypinane i odpinane – wymienne elementy męskiej garderoby.
Dział damski?
Na drugim piętrze. Na wysokich konstrukcjach metalowych były podwieszone sukienki i kiedy zdejmowało się je kijem drewnianym zakończonym haczykiem, docierało, że jedna potrafi ważyć dobrych kilka kilogramów. Osobne pomieszczenia dla zbrojowni, butów, rekwizytów itd. Magiczne miejsce stanowiła antresola z najcenniejszymi kostiumami. Takimi, których za żadne skarby nie dało się wypożyczyć. To były dzieła kostiumografów projektujących dla Teatru Słowackiego.
Teatr Słowackiego liczy ponad 130 lat.
Kurz, roztocza i wojny przez dekady wbijały się się w te materiały. Na części z bielizną pachniało mleczną serwatką. Bo tam były masy surówek, na wieszaku wisiały halki, bluzki, wszystko, co jest związane z płótnem. Była tam jedwabna sukienka empire, czyli klasyczna „Józefinka” odcięta pod biustem. I kiedy przechodziłam obok wieszaka, to widziałam, że podmuch powietrza „Józefinkę” unosi jak motyla, po czym ona opadała jak duch. Postanowiłam obejrzeć ją w detalu: złapałam za wieszak przekonana, że podnoszę piórko. I moja ręka zastygła na moment: okazało, że pod leciutką suknią jest sztywny gorset. Co powodowało, że żadna aktorka w nią ubrana nie będzie się garbić, tylko utrzyma wyprostowaną sylwetkę. Dzięki takim zabiegom nikt nie siadał byle jak, od niechcenia, pokrzywiony i pokurczony. Wszystko było korekt.
Korekt, ale jakże niewygodnie.
Ostatnio ubierałam w dziewiętnastowieczne spodnie młodego człowieka, był tuż po szkole aktorskiej. Dla niego to było nowe i dziwne doznanie, gdyż nie miał na sobie jeansów czy dresu. Proszę: „Nie zsuwaj paska na biodra, spodnie mają się trzymać w pasie. I nie zdejmuj kostiumu między ujęciami. Oswój go, rozchodź, patynuj, żeby nie wyglądał na wyjęty prosto z szafy”. Po kilku godzinach młody człowiek mówi, że czuje się doskonale w tych spodniach. Więc jego komfort zagwarantował materiał w postaci dobrej wełny. Spodnie miały też wewnętrzną podszewkę wszywaną z przodu, kończącą się poniżej kolan. Czyli nie cały przód nogawki, tylko jej środkowy fragment. Służyło to do tego, by chronić materiał przed naturalnymi konsekwencjami użytkowania, np. przy siadaniu i przykucaniu nie wypychać kolan. W XIX wieku w męskich spodniach wszywano w dolną listwę nogawki gumki, które wkładano pod obcas, by naprężały całość. Dlatego też spodnie szyte były dokładnie do linii kostki. Zamiast gumek czasem wszywano guziczki z pętelką, różne techniki stosowano dla uzyskania efektu idealnej linii.
A ten kontusz wiszący blisko okna?
Kilkanaście lat temu wykonana replika kostiumu szlachcica z XVII wieku. Odkupiłam okazyjnie, po cenach rynkowych nie byłoby mnie stać. To droga zabawa, lekką ręką koło 15 tysięcy złotych. Powtarzam: lekką ręką. Na sam kontusz – rodzaj płaszcza z długimi rękawami – potrzebne jest pięć metrów materiału. Na żupan – rodzaj męskiej rozpinanej tuniki – drugie pięć. Znajomi rekonstruktorzy, którzy ten strój odtwarzali, zamawiali materiał tkany na wzór tych z XVII wieku. Wielowątkowe, skomplikowane sploty. Do tego trzeba liczyć dodatki: koszula, portki, skórzane buty. Żadnych widocznych guzików, biżuterią są guzy przy żupanie. Oraz pas szlachecki mierzący plus minus 4 metry, wzorowany na tych tkanych w XVII-wiecznej wytwórni słuckiej. Do tego czapka z obszyciem z prawdziwego futra i z zapinką składającą się z piór drapieżnego ptaka i broszy. Pas skórzany na szablę. I sama szabla. Czasem buława lub buzdygan zatknięte za pas.
To obszycie na czapkę musi być z prawdziwego futra?
No przecież nie ze sztucznego! Panowie rekonstruktorzy uprawiają cudny sport: wyszukują w taniej odzieży futra oraz plądrują strychy dziadów i pradziadów swoich i znajomych. Wynajdują naturalne futra, których nikt już nie używa i przerabiają na kołnierze i wszelkie obszycia.
Dobrze, ale dlaczego futro w kostiumie nie może być sztuczne?
Bo to prowizorka. Kiedy oglądam film historyczny, który stara się odtworzyć realia epoki i nagle widzę pana, który paraduje w sztucznym futerku, to myślę w duchu, że to jest nieuczciwość historyczna.
Moment, patrząc na filmowy kadr, odróżniasz futro prawdziwe od sztucznego?
Natychmiast. W filmie widać matowość sztucznego materiału. Oraz to, że jest ono sztywniejsze. Może to kwestia tego, że natura jest doskonała. Prawdziwe futro pachnie zwierzęciem, w dotyku jest delikatniejsze i jedwabistsze.
Eh.
Podkreślam: jestem przeciwna fabrykom hurtem mordującym zwierzęta dla uzyskania skór i futer. Ale też nie ma co chować głowy w piach: to ze skór i futer zwierząt szyto ubrania jeszcze całkiem niedawno. Przez setki lat zimowe wersje kobiecych i męskich butów były wyściełane futrem od wewnątrz. To samo pantofelki satynowe czy jedwabne. Delie, szuby, peleryny podszywano futrem, ponieważ miały chronić przed zimnem. A nic tak nie grzeje jak futro. Do niedawna byliśmy bardzo, ale to bardzo nieekologiczni. W dwudziestoleciu międzywojennym popularne były buty z węża, torby z krokodyla oraz futra z małpy – wówczas szczyt nowoczesności i ekscentryczności.
W Twojej kolekcji widzę różowo-beżową złotą sukienkę art déco i w głowę zachodzę, dlaczego nie ma ona wcięcia w talii.
Ta sukienka jest stylizowana na art déco. Zwróć uwagę, że nie jest obszyta obszyta frędzlami, tylko koralikami. Frędzle to kompromis stylistyczny, de facto nadużycie. Są tanią wersją koralików z epoki. A ten brak talii, fason przypominający worek, to efekt gigantycznego wpływu sztuki na modę. Geometria obowiązywała wszędzie: w architekturze, malarstwie, rzemiośle. I też sylwetka kobieca została sprowadzona do prostokąta. Każda epoka dostosowywała kobietę do obowiązujących ideałów piękna.
Paradoksalnie, wcale nie zniknęły gorsety, tylko były delikatniejsze i elastyczne. Tyle że spłaszczały biust, a w workowatości formy chowały smukłość bioder i wcięcie w talii. Coś takiego dobrze mogło leżeć tylko na kobietach wysokich i wiotkich. Obowiązywał identyczny mechanizm, który znamy ze współczesności. Bo art déco próbowało stworzyć modę dostosowując ją do sylwetki chłopczycy, która jest aktywna, nie cierpi na żadne dolegliwości, nie urodziła dzieci, a nawet nie wyszła z okresu dojrzewania, nie wie, co to hormonalne cykle i jest w tym momencie życia, że jeszcze uważa się za nieśmiertelną. Taka kobieta ma odsłoniętą szczupłą łydkę, co sylwetce nadaje lekkości. Na głowie nosi malutki kapelusz-budkę.
Dziś mało kto zakłada nawet mały kapelusz.
Widziałam ostatnio w jednej z sieciówek kolekcję kapeluszy, ale z kiepskiej jakości materiału, szybko zaczną wyglądać jak kawał połamanej tektury. Kiedyś kapelusze wykonywano z filcu wełnianego lub filcu z sierści z królika czy zająca. Robi się tzw. kaplin, „dzwon”, a z niego pod wpływem pary formuje się kształt albo na formie – głównie męskie modele, albo na „główce”, tu przeważnie free style damskie. Ewentualnie słomiane – zszywa się taką „pasmanterię” słomianą w formę kapelusza. Ja chodziłam w kapeluszu, ale zrezygnowałam, bo wiało na rynku w Krakowie.
Przez wiatr?
Nie śmiej się, mówię serio. Ale kapeluszy nie nosimy też z innych względów. Przede wszystkim nie umiemy ich nosić. Trzeba wtedy iść z wyprostowaną głową i patrzeć ludziom w oczy. Kiedyś mężczyźni witali się ze sobą, lekko uchylając kapelusza. A dziś na ulicach unikamy spojrzeń, ba, nie mamy szans na wzrokowy kontakt, bo gapimy się w komórkę. Dawniej nie wszystkich stać było na to, by posiadać cztery kapelusze, ale każdy gospodarz na wsi miał ten jeden, bo nie do pomyślenia było, by w niedzielę poszedł do kościoła z odkrytą głową.

Najcenniejszy dla Ciebie kostium z Twojej kolekcji?
Mundur uszyty przed drugą wojną światową z wbitą pieczątką administracji niemieckiej po zajęciu Krakowa we wrześniu 1939 r. Wszystkie teatralne kostiumy wówczas zostały w ten sposób zinwentaryzowane. Mam też ogromny sentyment do sukienek z czasów okupacji. Tu ważny jest aspekt historyczny i nieodwracalność rozpadu materii. No i status posiadacza czegoś wyjątkowego.
A kostium, z którego wykonania sama jesteś zadowolona?
W tym zawodzie niebezpieczna jest rutyna, która często przychodzi z liczbą doświadczeń, filmów i telewizyjnych realizacji. Np. ostatnio miałam zrobić kostium dla człowieka bezdomnego, sponiewieranego życiem. Pozornie nic trudnego, swojego czasu zrobiłam z takich typów habilitację, bo pracowałam przy produkcji, gdzie kreowałam ich na różne sposoby. Ale nie chciałam powtarzać tego samego. I inspiracja przyszła z ulicy: zobaczyłam pana stojącego na skrzyżowaniu. Był lipiec, żar lał się z nieba, a on miał na sobie czerwony, brudny, sięgający kostek płaszcz puchowy. Właściwie nic więcej go nie opisuje, od razu dostajesz komunikat, że on ma cały dom na sobie – łóżko, kołdrę, szafę, zabezpieczenie.
Dobry kostium to ten wiarygodny?
Każde medium wymaga innych narzędzi. W filmie kluczowe są proporcje sylwetki. To one budują postać. Dobre nogi, brak talii? Pokazujemy atuty w pęcinie i kolanie. Dobra talia, dobre nogi? Mała czarna w pół kolana. Wysoka szczupła androgyniczna – męski, za duży garnitur, z którego wystaje delikatna długa szyja. Pan z brzuszkiem, dobre nogi? Zgrabne spodnie i koszula na zewnątrz, bez widocznego paska, ale nie za długa na biodrach, żeby optycznie nie wydłużyć kadłuba, a wydłużyć optycznie nogi. Można też użyć koloru. Ten dominujący ma skupić uwagę na największych atutach sylwetki, ale nie przysłonić najważniejszego – twarzy.
W sesjach modowych głównym aktorem jest kostium, w teatrze komunikat musi być czytelny nawet w ostatnim rzędzie widowni. Bądźmy szczerzy, głównym narzędziem dla mnie jest nie ubranie, ale człowiek do ubrania.
Justyna Krzepkowska posiada magazyn z kostiumami, głównie stylowymi. Pracuje jako kostiumolożka przy serialach i filmach fabularnych, ostatnio przy komedii „Na bank się uda”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















