Muszka i oko diwy

Turysta idzie tam, gdzie spodziewa się czegoś wystawnego i kolorowego. Opery grane w plenerze takie właśnie są. Bilety sprzedają się nawet wtedy, gdy „Carmen” wystawiana jest na środku pustyni.

26.06.2012

Czyta się kilka minut

Plenerowa inscenizacja "Carmen" pod Masadą w Izraelu, 2012 r. / fot. Yossi Zwecker / Israeli Opera
Plenerowa inscenizacja "Carmen" pod Masadą w Izraelu, 2012 r. / fot. Yossi Zwecker / Israeli Opera

Stoiska z napojami rozstawione są na tyłach wielkiego rusztowania widowni. Butelka, puszka, plastikowy kubek – w przerwie spektaklu obsługa biegiem sprzedaje napoje napierającej na blaty publiczności. Przedstawienie „Carmen” na kamiennej pustyni zaczęło się o 21.30. Po dwóch godzinach temperatura wciąż nie spadła poniżej 30 stopni. W sumie chłodno – kilka godzin wcześniej pod Masadą było ponad 45 stopni. Tysiące ludzi gotowych było jechać 7 czerwca prawie 100 kilometrów z Jerozolimy, wśród rozpalonych słońcem skał, żeby zobaczyć zapowiadane od roku przedstawienie. Ekstremalna turystyka operowa?

– Melomani w wakacje czują się osieroceni i opuszczeni – mówi nam reżyser Michał Znaniecki, który przygotował wiele operowych inscenizacji. – Dlatego traktują wakacyjne festiwale jak wypełnienie dziury repertuarowej. Organizują się jednak raczej na wyjazdy do oper Salzburga, Bayreuth, Bregencji czy Santa Fe. Tam pojawiają się operowi idole, splendor i wielcy sponsorzy. – Bayreuth i Salzburg mają specyficzną publiczność. Wielbiciele dramatów muzycznych Ryszarda Wagnera wędrują po świecie, aby obejrzeć kolejną nową inscenizację ulubionego kompozytora. Podczas Festiwalu Wagnerowskiego w Bayreuth często spacerują z partyturą w ręce – opowiada Ewa Michnik, dyrektor Opery Wrocławskiej, która to scena od 15 lat specjalizuje się w plenerowych widowiskach operowych. – Za to we Wrocławiu jak w Weronie – wielu turystów zwiedzanie miasta łączy z udziałem w naszym operowym spektaklu. Czy letnie festiwale operowe na wolnym powietrzu organizowane są więc dla współczesnego widza-turysty, który w swoim mieście do opery nie wchodzi, na wyjeździe zaś szuka wrażeń połączonych z efektem „wow!”? Hanna Munitz, dyrektor Opery Izraelskiej, pomysłodawczyni i organizatorka spektakli na pustyni, nie ma wątpliwości: – Ci, którzy przychodzą do budynku opery, przeważnie chcą słuchać muzyki. Ci zaś, którzy przyjeżdżają na festiwal, chcą wydarzenia. Dajemy im to wydarzenie – wielkie i spektakularne. I nawet, jeśli jest im wszystko jedno, czy zobaczą „Carmen” czy „Aidę”, to przypuszczalnie będą reagować bardziej spontanicznie niż widownia w operze.

WRAŻENIE NA WABIA

Twierdza Masada postawiona została na płasko ściętej górze, która wznosi się 400 metrów nad poziom oddalonego o pięć kilometrów morza Martwego. To szczególne miejsce dla Izraelczyków. W 73 roku popełniło tam samobójstwo 960 Żydów, którzy nie chcieli zostać niewolnikami Rzymian. Zginęli, gdy wróg był bliski zdobycia twierdzy. Masada jest więc monumentalna i rozmiarami własnymi, i ciężarem historii. Oświetlona w operową noc wznosi się niepokojąco nad sceną i całą Pustynią Judzką. To niemal dosłowne tło dla „Nabucco” (była pierwszą operą wystawioną pod Masadą – w 2010 r.), podobnie dla „Aidy” (2011), której akcja toczy się w starożytnym Egipcie. Ale tak naprawdę okolica to kamień na kamieniu, Sewilli zaś daleko do miasta zrównanego z ziemią. Co więc łączy operę Georgesa Bizeta z Judeą?

Pini Shani, wicedyrektor działu marketingu ministerstwa turystyki Izraela, odpowiada szczerze, że tym razem nic: – Ale chodzi o to, by przyciągnąć turystów. Czy jest ktoś, kto nie słyszał tytułu „Carmen”? Nawet ci, którzy nie są miłośnikami opery – wiedzą, o co chodzi. Ja sam nie chodzę do opery, ale chętnie oglądam przedstawienia pod Masadą. Nieprzypadkowo współorganizatorem przedstawienia są Arkia Israel Airlines. Te drugie pod względem wielkości linie lotnicze kraju (po El Al) utrzymują stałe połączenia z Europą i czarterowe ze Stanami Zjednoczonymi – więc w USA także rozprowadzano bilety na „Carmen” i oferowano przelot oraz zakwaterowanie. Szacuje się, że na każdym przedstawieniu było 3,5 tys. zagranicznych widzów (na ponad 7,5 tys. publiczności).

W sumie pięć przedstawień oraz próbę kostiumową miało zobaczyć 50 tys. osób. To tyle samo, ile w całym zeszłym, rekordowym roku zasiadło w rzymskich Termach Karakalli (mają 3,5 tysiąca miejsc). – Bilety na każdy spektakl są wyprzedane – mówi nam Catello De Martino, dyrektor Opery Rzymskiej, która wystawia tradycyjne przedstawienia w budynku Teatro dell’Opera oraz plenerowe w Termach Karakalli. – Kupują je ludzie z całego świata. Poza Włochami przyjeżdżają licznie Japończycy, Brytyjczycy, Rosjanie i Amerykanie. Miłośnicy opery oraz turyści, którzy chcą spędzić miły wieczór.

– Letni Festiwal Operowy we Wrocławiu wpisano w europejski kalendarz wydarzeń kulturalnych – mówi dyrektor Ewa Michnik. – Rekomendują go, zapowiadają i recenzują prestiżowe czasopisma. Festiwal znajduje się również w kalendarzu imprez ponad 80 zagranicznych biur podróży organizujących turystykę kulturalną.

Szacuje się, że 40 procent plenerowej publiczności dojeżdża tutaj z zagranicy lub z innych rejonów Polski. – Najliczniej reprezentowani są Niemcy i Czesi. Nasze superwidowiska ogląda także wielu Austriaków, Słowaków, Szwedów, Szwajcarów. Mamy wierną publiczność z Włoch i Wielkiej Brytanii. Możemy się pochwalić stałymi bywalcami z Japonii. Korei, Tajwanu i Stanów Zjednoczonych – wylicza dyrektor.

Michał Znaniecki mówi – i zaznacza, że bez złośliwości – „grillowa opera”. – To niesamowite zjawisko. W dzień widowiska cały Wrocław idzie piechotą na operę. I ja lubię iść z nimi – wspomina.

WIDOWISKO DLA ZMYSŁÓW

Ostry cypel wzgórza wbija się w niewielkie miasto Orange we Francji. Na końcu cypla Rzymianie wznieśli imponujący amfiteatr, w którym już od 1860 r. 9 tysięcy widzów ogląda opery. Na przedstawienia w Arena di Verona 15 tysięcy widzów – z poduszkami w dłoniach, czasem z materacami w ramionach – zmierza od 1913 r. Nie będą spać – po prostu miejsce na kamiennej ławie rzymskiego amfiteatru jest tanie, ale twarde. Bilet za 15 euro daje za to swobodę stroju. Za 198 euro usiądziesz na miękkim krześle z przodu, ale tam wymagany jest garnitur.

Pod Masadą krzesła są plastikowe i obłożone materiałem, a siedzenie w nich kosztuje – po przeliczeniu z szekli – od 70 do 270 euro. Drożej jednak za postawienie amfiteatru w Weronie zapłacili Rzymianie, i to już prawie dwa tysiące lat temu. Termy Karakalli zbudowano w III wieku. Jako miejsce dla oper debiutowały w 1937 r. wystawieniem „Łucji z Lammermooru” Donizettiego. W Szwecji Dalhalla Opera Festival organizowany jest w byłym kamieniołomie. Tam też scena powstała od zera, podobnie jak na Cyprze w Paphos, nad samym brzegiem morza. Obecnie letnie widowiska operowe organizuje się już na całym świecie. Najbliżej Europy – od 1994 r. – funkcjonuje festiwal w amfiteatrze w tureckim Aspendos.

W Polsce zaczęła w 1997 r. Opera Wrocławska – jak Werona – także „Aidą”, którą pokazano w Hali Ludowej. Od tego czasu w stolicy Dolnego Śląska co roku regularnie prezentowane są wielkie spektakle. W 2003 r. 30 tysięcy osób oglądało „Giocondę” Amilcare Ponchielliego, zrealizowaną na scenie ustawionej na sześciu palach wbitych w dno Odry. W tle spłonął statek podpalany strzałą. W tym roku trzydziestą megaprodukcją dolnośląskiej sceny jest znowu Verdi – 15 i 16 czerwca na stadionie olimpijskim we Wrocławiu prezentowano „Bal Maskowy” w reżyserii Znanieckiego. Organizatorzy czuli niepokój – deszcz mógł popsuć widowisko. Niepewna pogoda (obok braku wielkich pieniędzy) to powód, że rzadko organizuje się w Polsce wielkie spektakle plenerowe.

Setki osób na scenie, gra światłem i scenografią – to elementy charakterystyczne dla oper granych w plenerze. Jeśli dodamy, że teatralna wrażliwość na tekst zastąpiona jest w operze wrażeniami słuchowymi, okaże się, że spektakle open air działają głównie na zmysły. To coś, co współczesny widz uwielbia. Bogactwo inscenizacji przyciąga tłumy, te płacą za bilety, które częściowo pokryją koszty wystawnej inscenizacji. Ale tłumy to także korzyść dla przemysłu hotelowego, dla przewoźników. Także dla rynku pracy.

MILIONY NA WYDANIU

Pod Masadę 120 ciężarówek przywiozło na pustynię piach do usypania gór i zboczy za sceną. Ta, ze swoimi 3,5 tysiącami metrów kwadratowych, była trzy razy większa od dużych scen operowych (stojący dalej śpiewacy narzekali, że nie są w stanie dostrzec dyrygenta). Wysokie na kilka pięter rusztowanie mieściło 7,5 tysiąca miejsc siedzących.

Nad tym wszystkim pracowało przez pół roku 2,5 tysiąca ludzi. To tyle, ile mieszka na stałe (łącznie z niemowlakami) w bliższych i dalszych okolicach Masady. – Pracę przy operze znalazło wiele osób z tego rejonu – zaciera ręce Michael Finkelstein, szef Dead Sea Regional Enterprises Company, która z ramienia lokalnych władz dba o rozwój okolicy. I już cieszy się, że w okolicach jesiennego święta Sukkot znów stanie tam scena.

Przedstawienie odbywa się bowiem na terenie parku narodowego i w ciągu miesiąca wszelki ślad po „Carmen” ma zniknąć. Jak co roku. Mimo to organizatorzy do kosztującego ponad sześć milionów euro przedstawienia nie dopłacają. – Dzięki pomocy ministerstwa i sponsorów. Choć ani ja, ani żaden z moich kolegów dyrektorów nigdy jeszcze nie zarobił na operze – przyznaje Hanna Munitz.

– Poprzedni rok wyszedł nam na zero – mówi dyrektor Catello De Martino. – Koszt produkcji opery w Termach nie jest wyższy niż w budynku Teatro dell’Opera. Ale dzięki wysokim dochodom, które przynosi duża liczba widzów w Termach, oraz dzięki sponsorom, zbilansujemy wydatki i przychody.

„Ze wszystkich hałasów znanych człowiekowi opera jest najdroższa” – twierdził już Molier.

PIASEK W GARDLE

– Czekają mnie prawdziwe kamienie i prawdziwy kurz – westchnęła z niewyraźną miną „Carmen”, czyli Nancy Fabiola Herrera (urodzona w Wenezueli), podczas konferencji pięć godzin przed rozpoczęciem spektaklu pod Masadą. Już wcześniej narzekała na nadwyrężenie głosu, gdy próba odbywała się w burzy piaskowej. Jej niedyspozycję dało się słyszeć w pierwszej części opery.

Ale organizatorzy spodziewali się kłopotów z głosami, które wystawiane są na suche powietrze pustyni. Dlatego już wcześniej zaprosili drugą Carmen – Włoszkę Annę Malavasi. Mezzosopranistki miały występować na zmianę w kolejnych czterech przedstawieniach (drugim torreadorem Escamillo był na przykład polski baryton Michał Bronikowski, ciepło przyjęty w późniejszych spektaklach). Malavasi uderzyła się jednak boleśnie w głowę, gdy na próbie spadła z wozu.

Nie mogła zastąpić Herrery, która po pierwszej części przedstawienia zrezygnowała z występu. Poinformował o tym spiker przed rozpoczęciem części drugiej. – Poza piaskiem i pyłem widzowie nawet nie zauważają, że wokół głów śpiewaków latają owady przyciągane światłem, a po scenie biegają małe zwierzątka – mówi Hanna Munitz.

Duże zwierzęta sprowadzają sami organizatorzy. Na przykład konie zawsze chętnie są wykorzystywane w przedstawieniach plenerowych. Galopowały podczas „Aidy” w Termach Karakalli, 12 koni pojawiło się we wrocławskim „Kniaziu Igorze”. Pod Masadą było 10 koni; na scenę wprowadzono też siedem osłów. Diwa podczas arii muszki raczej nie połknie, podobnie jak mikrofonu, który umieszczano we włosach solistów. – Mikrofon nie jest tym, co śpiewacy operowi najbardziej lubią – mówi dyplomatycznie Hanna Munitz, a spotkana na widowni pewna solistka (też wiele razy grająca Carmen) mimo upału wzdryga się na wspomnienie mikrofonu. Tłumaczy, że z wpiętym urządzeniem nie może śpiewać pełnym głosem, że musi go tłumić. Dyrektor Ewa Michnik ma inne zdanie na ten temat: uważa, że naprawdę dobry solista nie boi się mikrofonu. – Przykładem jest wiele transmisji z największych teatrów operowych, między innymi z Metropolitan Opera w Nowym Jorku – mówi – Solista z mikrofonem musi śpiewać pełnym głosem, wydobywając wszystkie niuanse interpretacyjne i stosować dynamikę od pianissimo do fortissimo. Jednak warunkiem dobrego śpiewania z mikrofonem jest dysponowanie przez artystę znakomitą emisją głosu. Wielu śpiewaków już w młodym wieku, na skutek śpiewania źle dobranego do swoich możliwości głosowych repertuaru, nabywa słyszalnego tremola, czyli głosu rozwibrowanego. Przy przekazie przez mikrofon staje się to przykre dla słuchacza. By mikrofon jak najmniej wpływał na ego solisty, a przede wszystkim – by publiczność zasłuchała się w pięknych dźwiękach, na aparaturze nagłaśniającej się nie oszczędza. Zresztą liczby i statystyki robią zawsze wrażenie i są jednym z elementów, który przyciągnie turystę”. W Masadzie na scenie i poza nią pracowało podczas przedstawienia osiemset osób, wykorzystano trzy tysiące kostiumów, z Hiszpanii przyjechało 32 tancerzy flamenco. Poza ludźmi, końmi, osłami na scenie poruszała się lokomotywa, był mały dziecięcy chór, duża orkiestra. Czego chcieć więcej? Może tego, by wszystkim pokierował Polak? Jesteśmy w kraju cudów – w minutę po zakończeniu spektaklu na dwóch wielkich ekranach, ustawionych po bokach sceny, reklamowano już przyszłoroczne przedstawienie „Turandot”. Bilety można znaleźć w sieci. Spektakl wyreżyseruje Michał Znaniecki.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka, korespondentka „Tygodnika Powszechnego” z Turcji, stały współpracownik Działu Zagranicznego Gazety Wyborczej, laureatka nagrody Media Pro za cykl artykułów o problemach polskich studentów. Autorka książki „Wróżąc z fusów” – zbioru reportaży z… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 27/2012