Na początku nie było nic. W starożytnej Grecji mężczyźni, wolni i bogaci, ćwiczyli w stroju Adama, a kobiety nie ćwiczyły wcale. Młodym dziewczętom pozwalano co prawda biegać na herajach, czyli igrzyskach ku czci Hery, ale stanowiły one inicjację przedślubną, czyli ostatni zryw wolności. I to, co ciekawe, odbywany w męskich tunikach.
Średniowiecze na długie wieki oddzieliło brudne ciało od czystego umysłu, więc ruchu zażywali już tylko ci, którzy nie mieli wyjścia. Arystokracja odpoczywała, kler i uczeni studiowali księgi, pracując nad garbem i oświeceniem. To oczywiście uproszczenie, bo były w końcu polowania i potańcówki. Ale ogólnie rzecz ujmując, kto nie musiał wstawać, wolał siedzieć. Na tyle wygodnie, na ile pozwalały gorsety, fraki i krynoliny.
Idea ruchu dla sportu narodziła się w XVIII w. wraz z doktryną higienizmu, która w naszej części świata ma raczej złowieszcze konotacje, ale pierwotnie odnosiła się do profilaktycznego dbania o jadłospis, gimnastyki i podróży „do wód”.
Najpierw były spacery. Już one wymagały zmiany garderoby, bo, jak widać na portretach osiemnastowiecznych arystokratek, szerokie suknie czasem nie mieściły się nawet we framugach, co ograniczało przestrzeń życiową właścicielek do salonów i fraucymerów. W kolejnych wiekach pojawił się tenis, automobil i tak aż do aerobiku z Jane Fondą. Co sport, to strój. A potem to już nawet strój bez sportu, bo niech pierwszy rzuci młotem ten, kto nigdy nie gnuśniał w dresie na kanapie.

Sprintem przez historię
Ewolucję ubrań sportowych przedstawia wystawa „La mode en mouvement” („Moda w ruchu”) w paryskim Palais Galliera. Ścieżka edukacyjna prowadzi nas od XVIII-wiecznych fiszbin i stójek przez kolejne dekady, aż do współczesności (kończymy adidasem). Można też zanurzyć się w modzie plażowej, bo kilka sal wydzielono na prezentację kostiumów kąpielowych.
Kuratorki zadbały o to, by wizyta nie ograniczyła się do przyjemnej przechadzki wśród manekinów ubranych w pocieszne trykoty i cyklistówki. Już na wejściu dostajemy sążnisty tekst z wyjaśnieniem, jaka problematyka wyłania się z historycznego zestawienia i na co zwracać uwagę.
Nieuchronnie pada też słowo klucz wszystkich muzealnych katalogów, czyli „dialog”. Co z czym dialoguje? Ubrania codzienne ze strojami sportowymi. I co wyłania się z tego dialogu? Zagadnienia takie jak: specjalizacja strojów sportowych, dostosowanie ubrań kobiecych do ćwiczeń, wpuszczenie sportswearu do codziennej garderoby oraz „ewolucja ciała sportowca i sposobów, w jakie strój podkreśla jego piękno” (tak, dla mnie też brzmi to dość mętnie).
Wyposażeni w tematy do przemyślenia i mapkę wystawy ruszamy do pierwszej sali, gdzie francuska publiczność musi przełknąć bolesną pigułkę: moda sportowa, wraz ze sportem, przywędrowała z Anglii. Zresztą do dziś widać to w języku – Akademia Francuska może gwizdać i wlepiać czerwone kartki, promować jouer de tennis i chaussures de sport, a i tak wszyscy, nawet dziennikarze ambitnych stacji, mówią tennismania i baskets.
Zanim jednak awansujemy do tenisa, golfa czy hippiki, zaliczamy pocieszną rozgrzewkę w postaci wspomnianych już spacerów. Gorsety musiały się bowiem poluzować, a spódnice minimalnie skrócić, inaczej nawet przechadzka po parku byłaby sportem ekstremalnym. Na uwagę zasługuje zmyślny zestaw troczków i sznureczków, który pozwalał spacerowiczce, w razie absolutnej konieczności, podnieść nieco rąbek spódnicy, a potem, jak najszybciej, skromnie go opuścić. Panom oczywiście od zawsze było łatwiej, bo mieli spodnie, laski, a na koniu mogli siadać okrakiem.

Biała miniówka
Żeby zobaczyć, jak daleko zaszłyśmy (albo – według ówczesnych standardów – jak nisko upadłyśmy), wystarczy zestawić stroje Igi Świątek, zwłaszcza te kolorowe od szwajcarskiej marki ON, ze „skandalizującym” kostiumem, który dla francuskiej tenisistki Suzanne Lenglen uszył Jean Patou. Publiczność Wimbledonu w 1919 r. spodziewała się tradycyjnej długiej do ziemi białej sukni z bufiastymi rękawami, tymczasem Lenglen wystąpiła w plisowanej spódnicy tuż za kolano. Warto przypomnieć, że niewiele wcześniej wiktorianie za szczyt wyuzdania uważali obnażenie kostki.
Spódniczka tenisowa – bo po Patou już nie było odwrotu i co turniej, to krócej – stanowi feministycznie ciekawy kazus. W wywiadzie dla „Madame Figaro” analityk trendów Thomas Zylberman zauważa, że z jednej strony miniówka wyzwoliła tenisistki, bo dała im swobodę ruchów, ale z drugiej „była erotycznie rozbuchana”, głównie ku uciesze męskiej części widowni.
No i jeszcze ta biel – tradycyjne barwy tenisowe (i krykietowe, i golfowe – wiadomo, sporty dla bogatych, których stać na praczki) bywają problematyczne w, jak mawiają dziennikarze TVP Sport, „te dni”. Tradycyjnie zawodnicy i zawodniczki nadal grają w bieli, choć regulamin większości turniejów wcale tego nie wymaga. Wyjątkiem jest Wimbledon, gdzie reguły „white only” przestrzega się tak rygorystycznie, że w 2013 r. Roger Federer musiał po pierwszej rundzie zmienić buty ze skandalicznie czerwoną podeszwą. Wcześniej André Agassi, wielbiciel kolorowych getrów, zupełnie zbojkotował londyński turniej. Czasy się zmieniają, reguły się luzują, ale biel nadal jest de rigeur.

Skórzana pilotka
Wracajmy jednak do muzeum. Jako się rzekło, początki sportu wiążą się z higienizmem. Na czarno-białych niemych filmikach możemy oglądać, jak dziewczęta w halkach i pumpach pociesznie podskakują i robią pajacyki. Po co? Żeby być zdrowe, a przede wszystkim, żeby rodzić zdrowe dzieci.
Arystokratki, oprócz radosnych podskoków przedciążowych, mogły uprawiać też „jazdę konną, myślistwo, strzelectwo, tenis ziemny, golf, szermierkę, krokieta i jazdę automobilem”. Każda z dyscyplin stanowiła okazję do spotkań w kobiecym gronie i wymagała oczywiście odpowiedniego stroju, który umożliwia w miarę swobodny ruch, ale nie pozwala luzować obyczajów. Większość ciała była skromnie zakryta.
W przypadku automobilistyki zasłaniano też oczy, bo zawrotna prędkość ponad 10 kilometrów na godzinę wymagała ochrony przed kurzem. Służyły do tego okulary, które przypominają dzisiejsze okulary pływackie, tyle że z gumką ze skóry (takie jak u Ropucha z „O czym szumią wierzby”). Kobiety zakrywały jeszcze włosy, żeby wiatr nie potargał im fryzury. Na jedwabne apaszki noszone à la Audrey Hepburn przyjdzie czas później. Tymczasem należy przypomnieć sobie skórzaną pilotkę, jaką Tamara Łempicka ma na autoportrecie w zielonym Bugatti. W ogóle dominowały wtedy „naturalne” tkaniny, bo żeby nie zmarznąć podczas jazdy, opatulano się futrami szopa, kozy lub żbika.
Zanim przyszły kąpielówki
Jak można dostrzec już w pierwszych salach, cały ambaras ze strojami sportowymi polega na tym, że muszą łączyć przyzwoitość, praktyczność i elegancję. Ale ten melanż bywa problematyczny. Doskonale widać to w galerii strojów kąpielowych. Początkowo na dominację wysuwała się przyzwoitość – XIX-wieczne plaże i kąpieliska nie były koedukacyjne.
Zażywane wyłącznie w celach zdrowotnych kąpiele wymagały pełnego osprzętowania: pumpy, ciężka suknia, w której łatwo się było zaplątać, a jeszcze łatwiej utonąć. No i kabina kąpielowa na kółkach, którą wciągano do morza, żeby kąpielowiczka mogła się taplać z dala od wścibskich spojrzeń. Taplać, bo jeszcze w XIX w. tylko nieliczni potrafili pływać. Morze długo uważano za środowisko nieprzyjazne człowiekowi i pomysł, żeby dobrowolnie rzucać się na głęboką wodę, wydawał się takim samym absurdem, jak pokazywanie na plaży męskiego torsu (kąpielówki, w jakich panowie paradują dzisiaj, to dopiero lata 30. XX w.).
Stopniowo pływakom i pływaczkom przybywa jednak śmiałości, a kostiumom ubywa materiału. We Francji bombę obyczajową spuszczono dość wcześnie, bo już w 1946 r., kiedy na pływalnię Molitor w XVI dzielnicy Paryża wparowała tancerka wodewilowa Micheline Bernardini w trzech trójkątach materiału i, o zgrozo, z odsłoniętym pępkiem.
Polo, tenisówki i skarpety
Paryska socjeta od pierwszej połowy XIX w. rytualnie pielgrzymuje do Deauville. Odkąd do normandzkiej wioski doprowadzono linię kolejową, błyskawicznie powstał tam kurort z kasynem, torem wyścigów konnych, kortami tenisowymi i parasolkami do wynajęcia. Czyli mnóstwem rozrywek wymagających głębokich kieszeni i modnej odzieży. W Deauville, nazywanym XXI dzielnicą Paryża, nie można było spuszczać z tonu, gdyż prawdopodobieństwo spotkania znajomych było odwrotnie proporcjonalne do szansy wygranej w ruletkę.
W uroczym i nieco staroświeckim Musée Villa Montebello w sąsiednim Trouville na wystawie stałej poświęconej historii kąpieli morskich i rozwojowi turystyki w regionie, oprócz dzieł lokalnych impresjonistów podziwiać można też ubrania, głównie suknie, kapelusze i dziergane na szydełku kostiumy. Jak bowiem czytamy w przykurzonej gablotce, dzień w kurorcie był serią aktywności wymagających nieustannych zmian garderoby: suknia poranna, strój do krokieta, lekka suknia na obiad, kostium kąpielowy, kreacja na kolację, suknia na bal w kasynie.
Dziś w Deauville króluje odzież sportowa – eleganckie starsze pary w wygodnych tenisówkach i gustownych polo Lacoste, trochę blichtru w kasynach i na koncertach, ale ogólnie (pozorny) luz i lekki kicz. Łatwo dać się nabrać, kiedy człowiek spędza tam jedną upalną niedzielę. Coco Chanel (która swój pierwszy butik otworzyła właśnie w Deauville) przewracałaby się w grobie na widok dziewczyn w dresach z błyszczącym logo LV i chłopaków w klapkach i białych skarpetkach.
Nie od dziś jednak wiadomo, że moda jest językiem, a każde pokolenie ma swój idiom i nawet bez otwierania ust widać, kto z którego szymla. Ostatnio w poważnym programie w radio BBC analizowano na przykład TikTokową wojnę o długość skarpetek – by odróżnić się od milenialsów, zetki rytualnie wyrzucają stopki i wciągają skarpety za kostkę. Niby detal, ale znaczący. To samo w Deauville: pozornie wszystkie eleganckie paryżanki mają proste czarne kostiumy, ale wprawne oko wie, ile zer było na metce.
Sześć butów Jordana
Wróćmy z burżujskiego Deauville, gdzie od XIX w. głównym sportem niezmiennie pozostaje paradowanie po deptaku, do Palais Galliera. Jak dowiadujemy się z gablot poświęconym latom 80. – po wspaniałym (we Francji) trzydziestoleciu (1945-1975) przychodzą kryzysy gospodarcze, epidemia AIDS i moda na amerykański rap, co odzwierciedla się we wzroście popularności wygodnego sportswear. Na przedmieściach, a potem na pokazach mody królować zaczynają sztuczne tkaniny, T-shirty, dresy i tenisówki.
A wiek XXI to już zupełna hegemonia ubrań sportowych. Tak silna, że nawet luksusowe marki haute couture nawiązują współpracę z ich producentami. I tak dresy, w których chłopcy z przedmieść paradowali pod blokiem, trafiają na wybieg „jako owoc twórczej współpracy Gucci i Adidasa”.
Podobnie z butami, które po polsku niezależnie od marki nazywano adidasami, a które po francusku określa się jako les baskets. W muzeum poświęcono im prawie całą salę, bo to „ikony mody” – z butów, które początkowo naprawdę służyły do gry w koszykówkę, stały się obuwiem niemal uniwersalnym i już nikogo nie dziwi, że na wielkich galach do sukien i garniturów zakłada się trampki na słoninie. Obuwie sportowe produkują teraz nawet wielkie domy mody (Christian Dior, Chanel czy Valentino), a kolekcjom sneakersów poświęca się wystawy muzealne, albumy Taschena (World’s Greatest Sneaker Collectors) i aukcje.
W lutym tego roku sześć butów Nike Air Jordan, które gwiazdor NBA nosił na meczach, poszło w Sotheby’s za osiem milionów dolarów. Warto podkreślić, że pod młotek trafiło właśnie sześć butów, a nie trzy pary, co i tak nie ma pewnie większego znaczenia, bo przecież anonimowy nabywca i tak nie będzie w nich chodził. Przywołana nazwa modelu, Nike Air Jordan, pozwala musnąć temat sponsoringu.
Od lat 30. mężczyźni mogą publicznie pokazywać torsy. Co sporadycznie robią, na przykład na boisku, kiedy bardzo się cieszą ze zdobytego gola (od 2004 r. pod karą żółtej kartki). Czemu jednak nie grają w samych gatkach? Byłoby im mniej gorąco. Tylko gdzie widniałaby wtedy nazwa „dumnego partnera drużyny”? Może przemawia przeze mnie cynizm, ale mam mocne przypuszczenia, że Quatar Airlines wolą mieć logo na piersi niż na pupie Kyliana Mbappé.
Tak oto historia zatoczyła koło: ubrania sportowe, które nosiły wyłącznie klasy wyższe w ściśle określonych kontekstach, stały się strojem ulicy, który potem znów przejął świat luksusowej mody. Przejął i przemielił przez młyny sztuki i skandalizującej przesady, czego doskonałym przykładem są sneakersy 10XL Balenciagi. Za bagatelną kwotę 1100 euro można nabyć obuwie tak olbrzymie, że trudno w nim komukolwiek chodzić, a co dopiero biegać. Sztuka dla sztuki, bo raczej nie dla sportu.
Wystawę „La mode en mouvement” można oglądać w paryskim Palais Galliera do 5 stycznia 2025 r. Warto też obejrzeć dostępny na darmowej platformie ARTE film dokumentalny „Moda i sport”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















