Kiedy w sierpniu ubiegłego roku gruchnęła wieść, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zamierza wyłonić nowego dyrektora naczelnego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w drodze konkursu, polskie środowisko muzyczne i widzowie wstrzymali oddech po raz pierwszy. Część pracowników, nauczona przykrymi doświadczeniami z czasów „interregnum” między dwiema dyrekcjami Waldemara Dąbrowskiego, który wrócił do teatru w 2008 r. i od tamtej pory nieprzerwanie dzierżył stery instytucji, wpadła w panikę.
Z kolei część krytyków i melomanów, zaniepokojona coraz skromniejszą ofertą repertuarową warszawskiej sceny i nie zawsze zadowalającym poziomem muzycznym przedstawień, wyraziła ostrożny optymizm. Większość trwała na stanowisku, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Wkrótce wrzawa przycichła i wszyscy doszli do wniosku, że resort poprzestanie na szumnych deklaracjach.
Na początku lutego 2025 r. wstrzymaliśmy oddech po raz drugi. To wtedy Ministerstwo ogłosiło konkurs, i to w dodatku w formule zamkniętej, nie zaprosiwszy do udziału dotychczasowego dyrektora. W gronie kandydatów znalazł się za to scenograf, architekt i projektant Boris Kudlička. Podejrzliwi zaczęli wietrzyć spisek, mający na celu ugruntowanie dotychczasowej pozycji Mariusza Trelińskiego, pełniącego funkcję dyrektora artystycznego instytucji.
No bo jakże inaczej tłumaczyć fakt, że Kudlička, współtwórca, a zdaniem niektórych główny sprawca sukcesów reżysera, przystąpił do konkursu mimo wcześniejszego odejścia z TW-ON i zapowiedział, że pracę w teatrze operowym traktuje w swym życiu jako rozdział zamknięty? Zaintrygowani obrotem spraw – w tym niżej podpisana – poczuli, że Kudlička nie jest w tej rozgrywce tylko figurantem, a co więcej, ma realną szansę na wygraną.
Po raz trzeci wstrzymaliśmy oddech w marcu, kiedy Komisja Konkursowa jednogłośnie poparła kandydaturę Kudlički – sądząc z lektury jego propozycji programowej, jednej z dwóch, których autorzy wyrazili zgodę na publikację, niebezpodstawnie. Odetchnęliśmy dopiero w maju, kiedy minister Hanna Wróblewska oficjalnie powołała Kudličkę na stanowisko. Pięcioletnia kadencja nowego dyrektora rozpoczęła się 1 września.
Teatr Wielki: otwarcie i odbudowa kolosa
Kilka dni wcześniej spotkałam się z nominatem, żeby wyjaśnić część wątpliwości i poznać więcej szczegółów jego programu. Misja poprowadzenia największej – w sensie dosłownym i metaforycznym – instytucji muzycznej w Polsce wciąż sprawiała na mnie wrażenie misji straceńczej. To nie jest i nigdy nie był zwykły teatr. Wzniesiony według projektu Antonia Corazziego – notabene wyłonionego w drodze konkursu – od początku był symbolem dążeń polskich elit. Miał stanąć w samym sercu stolicy ówczesnego Królestwa Polskiego, zorganizować wokół siebie całą przestrzeń urbanistyczną Warszawy, prześcignąć urodą i rozmachem wszystkie dotychczasowe osiągnięcia architektury teatralnej.
Otwarty w 1833 r., przetrwał wszelkie zawirowania historii. W XIX w. gościł na swoich deskach największe sławy wokalistyki – choćby i w drodze do bardziej renomowanych teatrów rosyjskich. Po odzyskaniu niepodległości stał się kuźnią rodzimych talentów i torował im drogę na światowe sceny. Mimo poważnych zniszczeń w 1939 r. legł w gruzach dopiero w czasie powstania warszawskiego.
Cudem ocalała fasada wznosiła się nad morzem ruin niczym wyrzut sumienia, prowokując do podjęcia niezwłocznej decyzji o odbudowie. „Czy można było zburzyć kolumnadę na placu Teatralnym i postawić bloki mieszkalne na tym miejscu? Chciałbym zobaczyć warszawiaka, który by autora takiego pomysłu nie uważał za pomyleńca”, pisał Władysław Kopaliński na łamach „Życia Warszawy”.
Ostatecznie powstał całkiem nowy teatr, pokrewny staremu tylko fasadą. Kolos o przeszło trzykrotnie większej kubaturze, cud techniki, a zarazem coś w rodzaju samowystarczalnej fabryki teatralnej, wyposażonej w dziesiątki warsztatów i zatrudniającej ponad tysiąc pracowników. I w gruncie rzeczy takim kombinatem pozostał do dziś, sześćdziesiąt lat po otwarciu. Przestarzałym nie tylko w porównaniu z tym, jak funkcjonuje większość oper na świecie, ale też pod względem modelu zarządzania, do niedawna przypominającego bardziej hierarchiczne stosunki władzy niż partnerskie, oparte na wzajemnym zaufaniu relacje między członkami zespołu.
Boris Kudlička: kim jest i co planuje nowy dyrektor Teatru Wielkiego
Wyczekiwaną od lat różnicę dostrzegłam już podczas naszej pierwszej rozmowy, która w niczym nie przypominała uroczystej audiencji w dyrektorskim gabinecie. Kudlička nie tworzy dystansu, podkreśla swoją więź z samym teatrem i jego pracownikami; tym także tłumaczy swoją koncepcję wprowadzania zmian stopniowo, z szacunkiem dla poprzedników, a zarazem pełną świadomością, że w zaistniałej sytuacji trzeba przede wszystkim zadbać o bezpieczeństwo instytucji, uspokoić nastroje, unikać zbędnych konfliktów.
Sytuacja jest szczególna, choć niestety w Polsce powszechna – w większości teatrów na świecie „przejęcie władzy” odbywa się w zupełnie innym trybie. Ustępujący dyrektorzy mają kilka lat na dokończenie podjętych wcześniej przedsięwzięć – nowi rządcy wdrażają się stopniowo do swoich zadań, inicjują kontrakty, które wejdą w życie dopiero po tym czasie.
Na szczęście Kudlička zna TW-ON od podszewki. Podkreśla, że właśnie ten teatr go ukształtował i doprowadził na olimp sztuki scenograficznej. Trafił tu jeszcze jako student Akademii Sztuk Pięknych w Bratysławie, w wieku zaledwie 23 lat, za namową Andrzeja Kreütza-Majewskiego, z którego pracami zetknął się przy okazji Praskiego Quadriennale, jednego z największych na świecie wydarzeń poświęconych projektowaniu spektakli, scenografii i architektury teatralnej. Poznał go później w Krakowie i z miejsca przyjął propozycję, by zostać jego asystentem.
Jesienią 1995 r. wysiadł z pociągu na Dworcu Centralnym i tak to się zaczęło. Z Kreützem-Majewskim pracował między innymi przy warszawskich spektaklach „Mazepy” Czajkowskiego oraz baletu „Romeo i Julia” Prokofiewa. W roku 1998 zaprojektował dekoracje do „Strasznego dworu” w kontrowersyjnym ujęciu Andrzeja Żuławskiego.
Rok później rozpoczął współpracę z Trelińskim: legendarnym już przedstawieniem „Madame Butterfly”, wciąż inspirowanym minimalizmem Roberta Wilsona, zapowiadającym już jednak charakterystyczne dla jego późniejszej twórczości zderzenia faktur, spektakularną grę światłem i konsekwentne pogłębianie przestrzeni teatralnej. Talent Kudlički docenili też inni reżyserzy, na czele z Keithem Warnerem, z którym zrealizował między innymi słynnego, wznawianego do dziś „Otella” w londyńskim Royal Opera House.

Katalog jego dokonań w dziedzinie scenografii jest naprawdę imponujący i w pewnym sensie uzasadnia niedawną decyzję o wycofaniu się z czynnego udziału w produkcjach. Kudlička mówi o tym ze spokojem i pewnością, że zatrzymał się na tej drodze we właściwym momencie – kiedy był już klasykiem, ale nie zdążył jeszcze zostać własnym epigonem. Do roli dyrektora naczelnego TW-ON czuje się przygotowany zarówno jako artysta, jak i menedżer z kilkunastoletnim doświadczeniem.
Nawiązanych w przeszłości kontaktów nie zamierza wykorzystywać do promocji własnej twórczości. Chce rozszerzyć ofertę koprodukcji: wciągnąć TW-ON we współpracę z festiwalem w Salzburgu, z operami w Madrycie, Monachium i Wiedniu. Ściągnąć znów na warszawską scenę Krzysztofa Warlikowskiego, podnieść prestiż teatru inscenizacjami Christofa Loya i Clausa Gutha, otworzyć operową publiczność na interdyscyplinarny teatr Ersana Mondtaga i poruszające inscenizacje Kornéla Mundruczó.
Co powinno się zmienić w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej
Na razie jednak, przez co najmniej sezon, będzie kontynuował plany poprzedniej dyrekcji. I zapewne narazi się tym na nieprzychylne reakcje części odbiorców, oczekujących rewolucyjnej zmiany. Być może złagodzi ich frustrację, ogłaszając za kilka miesięcy nazwisko nowego dyrektora muzycznego – a będzie nim doświadczony dyrygent, który zbuduje renomę teatru na tym, co w operze najważniejsze: rzetelnym przygotowaniu orkiestry, pieczołowicie dobranych obsadach, mądrych decyzjach repertuarowych, podejmowanych wspólnie z dyrektorem naczelnym.
Dopóki oferta jest skromna, trzeba przynajmniej zwiększyć liczbę przedstawień – na razie co najmniej dwukrotnie niższą niż w najważniejszych, działających na pełnych obrotach teatrach europejskich. Rozszerzanie repertuaru musi iść w parze z edukacją i rozsądnie pomyślaną strategią pozyskiwania nowej publiczności. Zbyt wiele jest w tej kwestii do nadrobienia, by ryzykować wprowadzanie na scenę zbyt śmiałych eksperymentów inscenizacyjnych albo utworów, do których zespoły nie są jeszcze przygotowane pod względem muzycznym.
Teatr nie może sobie jednak pozwolić na dalsze zaniedbywanie twórczości kompozytorów współczesnych – Kudlička obiecuje, że w każdym sezonie będzie się starał wzbogacać ofertę o prapremiery nowych oper, realizowanych we współpracy z najwybitniejszymi reżyserami i scenografami.
Nie obejdzie się bez bolesnych nieraz kompromisów. W najbliższych sezonach trudno liczyć na prezentacje oper barokowych zgodnie z regułami wykonawstwa historycznego, nie zanosi się też na spektakularny powrót twórczości Wagnera na warszawską scenę. Kudlička chce zacząć od podstaw – oswoić publiczność z podstawowymi kodami teatru operowego, zachęcić muzyków do eksploracji nieznanych stylów, pozyskać fundusze na bardziej ambitne przedsięwzięcia. Dyrektor rozważa między innymi zwiększenie częstotliwości organizowanego przez teatr Konkursu Wokalnego im. Stanisława Moniuszki, co podniesie nie tylko prestiż instytucji, ale pozwoli też wyłowić młode talenty.
A pieniędzy, wbrew pozorom, wciąż brak. TW-ON – zdany w głównej mierze na dotacje ministerialne – dysponuje mniejszym budżetem niż większość „prowincjonalnych” teatrów niemieckich. Tymczasem trzeba nie tylko się zatroszczyć o pokrycie kosztów bieżącej działalności i realizacji nowych przedstawień, lecz także uporządkować przestrzeń wokół gmachu, urządzić w teatrze sale prób z prawdziwego zdarzenia, przede wszystkim zaś przeprowadzić pierwszy od otwarcia budowli kapitalny remont urządzeń scenicznych.
Cóż nam po scenie obrotowej, sześciu dwupoziomowych zapadniach i przeszło pięćdziesięciu wyciągach hydraulicznych, z których każdy ma udźwig przeszło pół tony, skoro wszystkie te cuda techniki sprzed sześćdziesięciu lat działają wyłącznie dzięki pomysłowości operatorów, bez dawno wycofanych z produkcji części zamiennych, w archaicznym systemie niezgodnym z jakimikolwiek normami bezpieczeństwa? Rozmiary tego kolosa zaczynają działać na jego niekorzyść: utrudniają koprodukcje z innymi teatrami, generują dodatkowe koszty, uniemożliwiają szybki transport dekoracji ustawionych do innych spektakli i czekających w gotowości w kieszeniach bocznych sceny.
Co będzie, jeśli MKiDN nie przedłuży Kudličce kadencji?
Boris Kudlička nie chce zamykać gmachu przy placu Teatralnym i zmuszać zespołów do grania w innych salach. Prace remontowe zamierza prowadzić stopniowo – skracając sezon do ośmiu miesięcy w roku, żeby pozostałe cztery wykorzystać na sprawny montaż prefabrykowanych elementów urządzeń. A trzeba jeszcze zadbać o historyczną substancję gmachu, zmodernizować Salę Młynarskiego, by nadawała się w pełni do organizowania spektakli kameralnych, spróbować zrewitalizować parking i uzupełnić o strefę zieleni we współpracy z miastem.
Co będzie, jeśli Ministerstwo nie przedłuży Kudličce kadencji? Dyrektor w pełni się z tym liczy w tych niespokojnych czasach. I znów tłumaczy cierpliwie, że postara się doprowadzić wszelkie inicjatywy do takiego etapu, by jego następca naturalną koleją rzeczy podjął się ich kontynuacji. A jeśli uda się zostać na stanowisku dłużej niż pięć lat i wszyscy będą zadowoleni – to pozostaje się tylko cieszyć.
Udziela mi się ten spokój, bo w coś wreszcie trzeba uwierzyć. Tak jak wciąż wierzę w słowa cytowanego już wcześniej Kopalińskiego, który w tym samym felietonie dla „Życia Warszawy” napisał, że „Opera pracuje i pracować będzie dla naszych wnuków i prawnuków, przeżywając lepsze i gorsze dziesięciolecia, dyrekcje o szczęśliwej i pechowej ręce, kształcąc i zatrudniając artystów o najróżniejszych talentach i uzdolnieniach. Nasze zapalczywe oceny przykryje z czasem pył zapomnienia i wdzięczna patyna dawności. Mimo to Teatr Wielki przygotowywać będzie nową, kolejną premierę”. Pod okiem dyrektora o szczęśliwej ręce powinno pójść jak z płatka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















