Cztery tysiące osób zapisało się na listę oczekujących na półlitrową puszkę tegorocznej oliwy z gaju w wiosce Deir Dibwan nieopodal Ramallah, na Zachodnim Brzegu Jordanu. Każda kosztuje w przeliczeniu jakieś 150 złotych, a to jeszcze bez transportu, szczególnie kosztownego nie tylko z racji dystansu (no cóż, oliwki zawsze rosną daleko), ale też rozmaitych restrykcji, jakie na logistykę rolnictwa palestyńskiego narzucają warunki okupacji.
300 złotych za litr to jest cena superpremium, godna towaru z najbardziej prestiżowych miejscówek w Europie – takich jak brzegi jeziora Garda albo okolice miasteczka Taggia w Ligurii, skąd wedle włoskich gastrofaszystów powinno się wyłącznie brać oliwę do najprawdziwszego bazyliowego pesto. Inaczej to nie to, za każdym razem, kiedy wlewacie jakiegoś generyka z dolnej półki, wpada do beczki z oliwą i umiera mały kotek.
Kulinarny fanatyzm a przemoc symboliczna
Ten fanatyzm w pilnowaniu wydumanych zasad zasługuje na więcej niż rechot, bo w swoich rozwiniętych (i podsycanych przez politykę) formach pokazuje niestety, że kołtun wepchnięty pod czapkę poprawności zawsze i tak wylezie gdzieś z boku. W dziedzinach niesłusznie uznanych za mniej istotne, takich jak jedzenie. Ale tym się zajmiemy kiedy indziej, bo przemoc symboliczna odprawiana nad talerzem nie zabija, nie okalecza, nie głodzi. Tymczasem w szczycie nowego sezonu oliwnego warto się zająć tą prawdziwą przemocą.
Jak się zatem rzekło, oliwa z Palestyny jest piekielnie droga, nawet w kontekście tego, że w ogóle najlepsze, dopieszczone promocyjnie i estetycznie butelki tego tłuszczu zaczynają powoli służyć snobom jako śródziemnomorski symbol statusu, wypierając przy tym wino, które traci popyt, prestiż i luksusową aurę. A jednak ten towar „schodzi” u nas w Europie bez problemu, podobnie jak daktyle i inne jeszcze płody rolne stamtąd.
Firmy nimi handlujące raportują od dawna stały wzrost obrotów. Oczywiście mówimy o ilościach homeopatycznych, cała produkcja tego kraju – wolno tak powiedzieć czy to już deklaracja polityczna? – to jakieś 20 tysięcy ton, z czego większość spożywana jest na miejscu.
Dla porównania, pierwsza na świecie Hiszpania produkuje z grubsza półtora miliona ton oliwy albo i więcej, jeśli urodzaj dopisze. Świat by nie zauważył, gdyby oliwa palestyńska zniknęła – co wcale nie jest wykluczone w niedalekiej przyszłości: rok w rok na wzgórzach Zachodniego Brzegu izraelscy osadnicy lubią sobie wyciąć i spalić trochę cudzych gajów albo pogonić kijami ludzi udających się na zbiór owoców po uzyskaniu wszystkich niezbędnych w poruszaniu się po własnej ziemi przepustek.
Kampanie antyoliwne i łatka antysemity
Z punktu widzenia globalnego rynku oliwnego mówimy więc o czymś nieistotnym, jednak dla tamtejszych, coraz mniej licznych producentów możliwość sprzedaży części urobku z dużą górką to istotny budżetowy zastrzyk. A też i psychiczny, jako się rzekło – gaje i ich właściciele są od lat obiektem systematycznych ataków wandalizmu i zastraszania.
Wycięcie drzewa oliwnego to szczególna krzywda, i to nie z racji tego, że jego gałązka symbolizuje pokój. Jeśli wróg spali ci pole rzepaku, za rok obsiejesz nowym, zbierzesz i wytłoczysz. A nowo zasadzone drzewo będzie potrzebować dwudziestu lat, by wydać owoce.

Kampania antyoliwna jest dobrze udokumentowana jeszcze od czasów daleko poprzedzających obecną wojnę, kiedy dało się jako tako rozmawiać o niegodziwościach popełnianych przez osadników na Zachodnim Brzegu oraz sprzyjające im organy władzy izraelskiej bez zyskiwania z automatu łatki antysemity.
Dziś właściwie to już niemożliwe, ale dla porządku zaznaczmy, że po świeższe relacje z gajów nie trzeba sięgać do mediów arabskich albo po organy raczej niechętnej Izraelowi zachodniej lewicy, takie jak „Guardian”. Wystarczy czytać gazetę „Ha’aretz” lub izraelski serwis informacyjny „+972”.
Etyczny zakup czy uspokajanie sumienia?
Czy to zatem wyłącznie czytelnicy „Guardiana” przepłacają za oliwę z Palestyny? Faktycznie, największy jej rynek w Europie to Wielka Brytania. Można więc to interpretować jako „etyczny zakup” ze strony świadomych konsumentów, dobrze już oswojonych z faktem, że ich solidnie wypchany portfel w czasach, gdy prawdziwą władzę sprawują „rynki”, może być bardzo skutecznym narzędziem działania na rzecz czegoś.
Albo przeciw czemuś. Pieniądz staje się wówczas niematerialnym kamieniem, którym ciskają, zostawiając akcję bezpośrednią młodym i biedniejszym.
Można też nieco złośliwie zauważyć, że taka politycznie motywowana konsumpcja to charakterystyczna dla spasionego Zachodu forma usypiania wyrzutów sumienia, jakie powinni mieć ludzie dysponujący na tygodniowe zakupy spożywcze budżetem porównywalnym z tym, co gdzie indziej wystarcza rodzinie na pół roku. I ta podszewka fałszu sprawia w nieunikniony sposób, że nie kieruje nimi rozsądny namysł nad poprawianiem świata tam, gdzie to naprawdę będzie skuteczne, tylko odruch stadny.
I wtedy różne bieżące paniki moralne decydują, kto będzie w danej chwili beneficjentem łaskawości.
To bardzo grząska sprawa mówić ludziom, jak powinni czynić dobro. Teraz, kiedy w adwencie szmacianosiwe świty ożywia blask roratnich świec (wiem, lubicie pospać, to tylko taka metafora) i w tym blasku sami chcemy wypaść przed sobą jacyś lepsi.
Dziękczynny sos z pora
Amerykanie tymczasem mieli swoje Dziękczynienie (mam wrażenie, że to my powoli stajemy się ich indykami do zarżnięcia). Utylizacja resztek po uczcie stanowi osobny, dobrze zakorzeniony gatunek w prasie kulinarnej za oceanem. Kartkując te remanenty, natknąłem się na przecier z pora, który winien być wzbogacany sosem spod indyka, jaki po czwartku zalega w brytfannie. Ale i bez tego stanowi dobry dodatek, np. do purée ziemniaczanego. Kiedyś robiłem go często do pieczonych warzyw korzeniowych.
3 duże pory
0,5 l lekkiego bulionu drobiowego lub warzywnego
2 łyżki masła
1 łyżka białej mąki
sól
pieprz
gałka muszkatołowa
Odcinamy z porów zeschłe końcówki, rozcinamy wzdłuż, spomiędzy warstw wypłukujemy ziemię. Tniemy na kawałki ok. 10 cm, dokładnie suszymy ręcznikiem papierowym, kładziemy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i wstawiamy do górnej części piekarnika rozgrzanego do 200 st. C. Kluczowe dla smaku sosu – jeśli nie dodamy potem resztek z pieczeni – jest mocne przypalenie. Powinno to trwać z 10 minut, ale może i więcej, musicie obserwować uważnie – część liści powinna się prawie całkowicie zwęglić, nie bójcie się tego. Możemy pod koniec jeszcze na chwilę obrócić kawałki na blasze, żeby tej spalenizny było więcej.
Kiedy por trochę przestygnie, tniemy go na małe kawałeczki, wrzucamy do blendera z około 300-350 ml bulionu, miksujemy. Powinien wyjść nam rzadki krem, dający się łatwo przetrzeć przez sito. Jeśli trzeba, dodajemy jeszcze trochę płynu. Przecieramy starannie (ale i tak trochę włókien przedostanie się do końcowego produktu).
Ogrzewamy w garnuszku i powoli dodajemy miękkie masło roztarte z mąką – w takiej ilości, by osiągnąć gęstość, jaka nam pasuje. Gdyby ciągle wydał nam się za rzadki, odparowujemy na wolnym ogniu. Doprawiamy pieprzem i gałką – ale delikatnie. Kiedyś oprócz masła dodawałem też odrobinę sera z niebieską pleśnią. Jeśli macie przypadkiem tłuszcz wytopiony z boczku na śniadanie – też pasuje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















