Najpierw widać nogi tancerek w czarnych botkach. Dopiero potem pojawia się ona: blondynka w błyszczącej sukience – tak krótkiej, że można ją uznać za nieco rozciągnięty sweterek. Śpiewając, odwraca się tyłem do widza, wyzywająco spoglądając przez ramię. Mężczyźnie, do którego się zwraca, wypomina tchórzostwo i zdradę. „Mniejsza z tym facetem (rzuca niedbale), za moment rozpocznę nowe życie, popatrzcie tylko na moje buty – czyż nie są stworzone do drogi?”.
Przebojowa piosenka country „These Boots Are Made for Walkin’”, śpiewana przez Nancy Sinatrę, wywołała obyczajowy skandal, stając się numerem jeden amerykańskich list przebojów. Jest początek 1966 r., ośmioletnia Madonna Ciccone siedzi wpatrzona w ekran telewizora w rodzinnym domu w Pontiac w stanie Michigan, przyrzekając sobie, że równie bezpardonowo jak Nancy przeskoczy tych, którzy tak bardzo ją wtedy wkurzają. Tylko jak zdobyć te magiczne buciki?
Jest smutna i rozgniewana z powodu śmierci mamy. Madonna Fortin Ciccone, po której dziewczynka nosi imię, umiera na raka w wieku zaledwie 30 lat. Z dziećmi nikt nie rozmawia o tym, co się stało. Pracujący w zbrojeniówce młody inżynier Silvio nie ma czasu na żałobę. Nie radząc sobie sam z szóstką maluchów, z których najstarsze dopiero co zaczęło szkołę, weźmie ślub z kobietą, której dzieci nie polubią. Na przekór karcącej macosze, dorastająca Madonna zacznie się nosić dużo odważniej niż Nancy Sinatra: robi ostry makijaż, odsłania ciało i wypycha stanik. Szuka w ten sposób powodów do rodzinnych sprzeczek i trzaskania drzwiami.
Po latach będzie powtarzać, że gdyby nie śmierć mamy, byłaby kimś zupełnie innym, a z pewnością nie miałaby w sobie tej napędzanej gniewem energii, domagającej się nieustannego działania (piosenkę dedykowaną rodzicom, w której opowiada o bólu po stracie, nagra jeszcze na płytę „American Life” w 2003 r.). Wciąż powracające wspomnienia związane są przede wszystkim z gorliwą religijnością Madonny Fortin. Ale pobożność w przemysłowym Pontiac łączy się w oczach przyszłej artystki także z muzyką. Pracujący w fabryce samochodów imigranci z różnych stron świata dzielą się swoimi tradycjami, tworząc nowe brzmienia. Wielu spośród tych, którzy rano grają w kościele, wieczorem zabawia ludzi w klubach, porywając ich do tańca. Madonna obserwuje, że muzyka może być źródłem bardzo różnych przyjemności – od nabożeństwa po rozpustę.
Żeby zachować nieustanny kontakt z tą pulsującą w miasteczku energią, zapisuje się na lekcje baletu prowadzone przez Christophera Flynna. Nauczyciel sprawia, że nastolatka czuje się z siebie dumna, po raz pierwszy od bardzo dawna ktoś ją komplementuje. W klubach dla gejów i lesbijek, do których trafia za sprawą poznanych na lekcjach tancerzy, czuje się wreszcie jak w domu. Nie tylko dlatego, że jej zachowanie, ubiór i makijaż są tam akceptowane.
W wydanej pod koniec lat 60. książce na temat kultury drag queen nowojorska antropolożka Esther Newton zauważy, że siła ówczesnej kampowej estetyki wynikała z jej mocy rozbrajania wściekłości. Społeczność LGBTQ+ nauczyła się zabawą przekraczać rozpacz, by dać sobie radę z opresją i odrzuceniem. Strategia, polegająca na teatralnym afekcie i nieznającej wstydu ostentacji, stanie się bliska także Madonnie, szczególnie gdy w 1974 r. po raz pierwszy zobaczy na żywo androgenicznego Davida Bowiego (na koncert dotrze oczywiście wbrew zakazowi taty, podróżując do Detroit stopem).
Ciało i seks, żałoba i gniew, religia i taniec oraz kultura queer – to wszystko będzie jej towarzyszyć, gdy w nowych, wdzianych na długą podróż butach, wyjedzie do Nowego Jorku, by stać się tym, kim jest do dziś – genialną performerką.
Punkrock, graffiti i kociaki
Madonna towarzyszy od początku lat 80. wszystkim momentom, w których „odmieńcy” (artyści graffiti, czarni, homoseksualiści, chorzy na AIDS, przeciwnicy wojny w Iraku albo rosyjskie opozycjonistki) wkraczali w przestrzeń publiczną. Więcej – wielokrotnie ich wejścia w tę przestrzeń inspirowała albo inicjowała, często bez pytania kogokolwiek o zgodę, zamieniając je przy tym w spektakl.
„Moja siostra jest swoim własnym arcydziełem” – powiedział kiedyś w rozmowie z „Vanity Fair” Christopher Ciccone, wiele lat pracujący jako tancerz podczas tras koncertowych Madonny. Żeby zrozumieć, dlaczego ten rodzaj działalności definiuje karierę artystki, musimy poczuć, jak i czym żyło nowojorskie śródmieście w początkach lat 80. A był to nie tylko szczytowy okres Patti Smith, którą Madonna będzie skądinąd bardzo przypominać, grając z początku w punkowych zespołach, ale ważny moment dla seksualnie niejednoznacznych artystów, takich jak np. Lou Reed.
Nowy Jork prowadzi wielką kampanię, by wypromować się na scenerię hollywoodzkich filmów, więc na każdym rogu Manhattanu stają kamery, łatwo się załapać, zagrać, statystować. Tańczy się w modnych, legendarnych klubach. Na początku lat 80. mówi się o odrodzeniu tańca jako środka komunikacji, ale też manifestu, a nawet deklaracji niepodległości. Młoda Ciccone bierze udział w castingach, gra na perkusji i śpiewa w różnych kapelach, próbując być jak Chrissie Hynde, charyzmatyczna liderka rockowej grupy The Pretenders. Kobiety coraz częściej przejmują mikrofony – na szczycie list przebojów w roku 1980, wyżej od Michaela Jacksona i Pink Floyd, jest przecież Blondie. W roku 1981 rusza MTV, teledysk staje się nowym kanałem komunikacji z publicznością, a Madonna zaczyna brać udział w konferencjach potwierdzających jego znaczenie dla młodzieży.
Wreszcie: zaczyna się era DJ-ów. Poszukiwacze talentów śledzą, do czego najchętniej tańczą ludzie. To dlatego sposób na to, by zmusić nas do tańca, stanie się najważniejszym celem Madonny, która po latach przyzna, że pragnęła głównie tego, by „każdy jej koncert był równie intensywnym przeżyciem, co noc w dyskotece”. Ludzie, którzy przychodzą na jej występ, nie mają go jedynie oglądać, mają „poczuć, że są wewnątrz dyskotekowej kuli” – w samym środku show. A ponieważ dyskoteka to nie tylko zabawa, ale też siła i wytrzymałość – już wtedy artystka poświęca na próby ok. 70 godzin tygodniowo, dopracowując każdy element występu w najdrobniejszych szczegółach. Na zdjęciach z tras koncertowych wygląda jak kulturystka. Jej pracoholizm stanie się z czasem legendarny: do dwunastominutowego występu na Super Bowl w 2012 r. ćwiczy z tancerzami kilkaset godzin – ma wtedy 54 lata.
W telewizji pojawia się po raz pierwszy jako dwudziestosześciolatka z piosenką „Holiday” – ubrana, jak powie sama, w stylu „punkrockowego szaleństwa i motocyklowego kociaka”. Występuje w łańcuchach na szyi i gumowych bransoletkach sięgających prawie do łokci. W getrach z lycry, odciętych powyżej pępka topach i jaskrawozielonych skarpetach – zupełnie jakby wpadła na nagranie wprost z lekcji tańca w nowojorskim śródmieściu. Żeby zrozumieć, jak bardzo wydaje się telewizyjnemu mainstreamowi przybyszką z innej planety, wystarczy spojrzeć na prowadzącego i publiczność – plisowane spódnice i spodnie w kant, szarości i brązy, grzeczne, staromodne fryzury. Dla nastolatków staje się nie tylko reprezentantką nowej fali w muzyce, jest przede wszystkim cool.
„Holiday” to jej pierwsza piosenka, która trafia na szczyty list przebojów. A kiedy dziewczyny zobaczą teledysk do „Borderline”, zaczną się ubierać jak ona – zakładać kolarki, przezroczyste koszulki, jeansowe kamizelki i rękawiczki bez palców. Oraz długie jaskrawe skarpetki do równie jaskrawych butów na obcasie (jako jedna z pierwszych w branży Madonna zacznie zarabiać na strojach i gadżetach sygnowanych marką „Boy Toy”). Dziewczyny chcą się już nie tylko bawić, a stanowić same o sobie, być niezależne. A wolność wygląda jak Madonna.
Inna sprawa, że za nieustanne próby przenoszenia stylu „odmieńców” do mainstreamu purytańska Ameryka każe artystce przez całe dekady słono płacić. Wystarczy przyjrzeć się postaciom grającym w teledysku „Borderline”, mając w pamięci, że w roku, w którym powstał, trwa zaciekła walka władz Nowego Jorku z artystami graffiti, którzy namiętnie tagują miejsca publiczne swoimi ksywami. Tylko w 1979 r. aresztowano za malowanie wagonów nowojorskiego metra ponad 200 osób. Tymczasem w swoim teledysku Madonna wciela się w pochodzącą ze środowiska graficiarzy dziewczynę, obnażając snobizm artystów rzekomo zafascynowanych sztuką ulicy. I maluje sprayem ich samochody.

Rasa, seks i pieniądze
Dziś uważa się ją za współtwórczynię brzmienia przełamującego bariery rasowe sterujące muzycznym rynkiem lat 80. Mało kto pamięta o zjawisku takim jak apartheid w radio, gdy media dbały o to, żeby białe dzieci nie słuchały czarnej muzyki, a czarne – białej. Kiedy w teledysku do „Like a Prayer” Madonna modli się, klęcząc przed figurą czarnego świętego, z sondażu National Opinion Research Center wynika, że jeden na pięciu białych chciałby zakazu małżeństw międzyrasowych.
Tam, skąd przyjeżdżano do Nowego Jorku, nie trzeba było sobie zaprzątać głowy myślą o tym, kim jesteśmy – tożsamość dostawało się w pakiecie z włoską, żydowską, albo polską babcią. Przyszłość była jasno określona i domknięta. Nic dziwnego, że w dzielnicy uciekinierów, wyrzutków i fantastów odgrywano role, by zostać kimś zupełnie innym. „Potrzebna jest mi tożsamość, której mogę używać jak broni, broni równie skutecznej jak ta, którą wymierzyło we mnie społeczeństwo” – pisała w swoich dziennikach Susan Sontag. Te słowa mogłyby posłużyć za credo świata Madonny.
Jeśli tożsamość wiązała się z odgrywaniem ról, to role oznaczały przyjmowanie póz. To wszystko charakteryzuje wczesne, nowojorskie, w jakiś sposób brzmieniowo brudne płyty artystki, a także jej singiel „Vogue” z 1990 r., odwołujący się do taneczno-teatralnych pojedynków, wywodzących się z tradycji czarnych dzielnic miasta. To właśnie tam, w piwnicach Harlemu, najwięksi odmieńcy, czarni i latynoscy geje, podczas występów zwanych balami przyjmowali pozy białych kobiet z prestiżowych magazynów modowych, m.in. „Vogue’a”. Była to, poza zabawą, strategia oporu wobec heteronormatywności i jednocześnie dowód uwiedzenia hollywoodzką popkulturą. Madonna wzięła sobie tradycję voguingu, alternatywnego tańca wolności, by pokazać ją światu podczas wyreżyserowanego przez siebie spektaklu.
Performerką Madonna bywała jednak także poza sceną – kiedy w maju 1991 r. promuje w Cannes dokument „W łóżku z Madonną”, jej prowokujące różowe kimono zaprojektowane przez Gaultiera, przykrywające jedynie bieliznę, to przypis do konsternacji, jakie wzbudziła w tym samym miejscu czterdzieści lat wcześniej Brigitte Bardot. Kiedy indziej Madonna wciela się w postać Dity Parlo, niemieckiej anarchistki i aktorki, grającej w filmach Jeana Renoira. Osobnym rozdziałem są jej wcielenia filmowe i teatralne – na koncie ma m.in. Złoty Glob dla najlepszej aktorki za rolę Evy Perón w „Evicie” oraz Oscara za piosenkę nagraną do filmu Warrena Beatty’ego „Dick Tracy”.
Z każdym kolejnym albumem Madonna sięga do jakiejś niszy, subkultury albo postaci, by ją na swój sposób zdefiniować albo zdemaskować, jak w przypadku country i westernu na płycie „Music” z roku 2000. Poszukuje nowinek i najświeższych trendów, sprawdzając, kogo i jak gra się w najmodniejszych klubach oraz w jakim stylu się tam tańczy. Z tego powodu jej płytę „Ray of light” z 1998 r. komponował Brytyjczyk William Orbit, młody twórca rodzącej się dopiero muzyki elektronicznej, a w teledysku do „Hang up” z 2005 r. oglądamy popularny w tamtym czasie na amerykańskich ulicach krumping – taniec będący sposobem na rozładowanie agresji bez użycia przemocy, poprzez odgrywanie walki. Ponieważ nowojorska scena artystyczna wpoiła jej, jak ważne są współpraca i nieustanny kontakt z życiem miejskich gett, nigdy nie zakłada, że jest w stanie zrobić cokolwiek sama.
Z każdą płytą Madonna stwarza też na nowo siebie, zmieniając sceniczny wizerunek tak, jak robił to jej idol David Bowie. Ten wizerunek miał często wiele wspólnego z tym, czym właśnie żył świat, albo był na tyle kontrowersyjny, by skierować uwagę mediów na to, czym świat powinien żyć. Chcesz być na czasie? Obejrzyj najnowszy teledysk Madonny.
Piosenka „Live to tell”, to pierwszy utwór Madonny, którego słuchałam na okrągło. Był prawdopodobnie rok 1991, może 1992. Na kupionej w Peweksie kasecie znajomy taty nagrał dla mnie składankę przebojów z przełomu lat 80. i 90., na której znalazł się między innymi singiel z płyty „True Blue”. Ponieważ kaseta nie była opisana, nie wiedziałam, kto śpiewa tę baśń głosem wróżki, prosto w słuchawki mojego nowego, czerwonego walkmena.
Wedle Madonny piosenka opowiada o człowieku, który jest bardzo młody, ale – widząc zbyt wiele strasznych rzeczy – zmuszony jest szybko dorosnąć. Tak właśnie, zdecydowanie za szybko, dorastał młody Nowy Jork na przełomie lat 80. i 90., gdy miasto dziesiątkowała epidemia AIDS. Gwiazdy muzyki pop bały się skojarzenia z czymś tak „brudnym” jak choroba przenoszona drogą płciową, a dla jadących na testosteronie grup rockowych stosunek dwóch mężczyzn wciąż był tabu. O wirusie i bezpiecznym seksie mówiła przede wszystkim Madonna, a „Live to tell” stało się „hymnem czasów udręki”. Kolejnym – w czasie demonstracji pod hasłem „Occupy Wall Street” – stanie się utwór „Material girl”, który, z dedykacją dla bankierów, na ulicach Nowego Jorku zaśpiewa Sean Lennon, syn Johna.
Biegnij, biegnij
Pamiętacie jeszcze piosenkę Nancy Sinatry, której słuchaliśmy na początku tej historii? Tę o rozstaniu i magicznych butach, które ubiera się na nową drogę życia? Otóż w roku 2005 brytyjski rząd zakazuje imprez tanecznych z obawy przed atakami terrorystów. Stany Zjednoczone wciąż pogrążone są w lęku po zamachach 11 września. Rozpoczyna się proces Saddama Husajna, trwają wojny w Iraku i Afganistanie. Właśnie wtedy Madonna wydaje swoją najbardziej dyskotekową płytę „Confessions on a Dance Floor” – chce podnieść ludzi na duchu, pozwolić im na chwilę zapomnieć o strachu. Pierwszym singlem albumu zostaje „Hung up”, piosenka inspirowana latami 70., muzyką Abby i Bee Gees; teledysk to hołd dla „Gorączki sobotniej nocy”.
Madonna śpiewa tam o kimś, kto miał do niej zadzwonić, ale tego nie zrobił – okazuje się, że po tak długim oczekiwaniu może być zbyt późno na zadośćuczynienie. „Mam dość” – rzuca. Ale nie ma tu mowy o smutku czy chandrze, bo zaraz dodaje, że na pewno, mimo rozstania, odnajdzie własną drogę. Na ekranie rozpoczyna się pokaz kumperów. Tylko ci, którzy biegną, czują radość życia.
Obchodząca w sierpniu 66. urodziny Madonna swoją ostatnią piosenkę nagrała ledwie pół roku temu, we współpracy z amerykańskim raperem Playboi Carti oraz kanadyjskim wokalistą i producentem The Weeknd. Od tamtego czasu odtworzono ją na Spotify ponad 800 mln razy. Popatrzcie tylko na jej buty – czyż nie są stworzone do drogi?

Mary Gabriel, Madonna. A rebel life. Biografia, tłum. Anna Dorota Kamińska, Zbigniew Kościuk, Tomasz Macios, Lucyna Wierzbowska, Znak koncept, Kraków 2024
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















